Etykiety

Co tu się dzieje?

Witam!
Szybkim wstępem: Morfina to moja suka (Golden Retriever), przez którą wielokrotnie jestem świadkiem sytuacji których normalnie bym nie zobaczyła. Te sytuacje są opisywane na tym właśnie blogu. Jeśli jesteś tu przypadkiem to wiedz, że bardzo zbłądziłeś.

środa, 19 czerwca 2019

Sterylizacja vs natura

Morfina została wysterylizowana (technicznie wykastrowana) zaraz po pierwszej cieczce. Miała wtedy koło roku i postanowiliśmy zrobić to jak najszybciej, wiedząc, że nie będzie rozmnażana i nie mając ochoty na spacery ze sznureczkiem rozkochanych psów.
Likwidowaliśmy też ryzyko ropomacicza, ciąż urojonych, guzów listwy mlecznej i wielu innych. Widzieliśmy same plusy takiego zabiegu, więc nie wahaliśmy się ani przez chwilę. Ta decyzja miała ulżyć zarówno nam, jak i jej.

Dwie klatki dalej mieszkał sąsiad z dwuletnią wtedy suką Owczarka Niemieckiego. Piękny pies, nieco rozszczekany i nielubiący towarzystwa własnego gatunku, ale jednak bardzo dostojny i karny.
Właściciel suki słysząc o tym, że pozbawiliśmy naszego zwierza możliwości rozpłodu i zostania matką, nie omieszkał wypominać nam tego latami.
- Jak mogliście ją tak pociąć? - lamentował widząc sukę zaraz po zabiegu - Jak ona wygląda? Przecież ta blizna to jej zostanie. Będzie się bać weterynarzy. Po co poprawiać naturę. Przecież nie musicie rozmnażać, ale żeby od razu pod nóż? Suka sobie sama ze swoimi kobiecymi sprawami poradzi, a tak to ją upośledzicie. Nie będzie już wiedziała, że jest suką. To mnóstwo pieniędzy, lepiej za te pieniądze byście jej zabawek kupili.

Sąsiad nie był ignorantem. Nie był też starej daty. Wiedział jak należy żywić psa, czego mu nie wolno i jakie plusy niesie ze sobą kastracja. Był po prostu trochę skąpy jeśli chodzi o wydatki (on powiedziałby, że oszczędny) i uważał, że lepsze jest wrogiem dobrego, a natury nie trzeba poprawiać. 

Za każdym razem kiedy jego suka miała cieczkę zachwalał jej ciętość i to, że nie dopuszczała do siebie samców.
- I to jest pies. Ona wie sama co dla niej najlepsze. Instynkt jej podpowiada - mawiał - Instynkt którego Wasza już nie ma.
Prawda była jednak taka, że Owczarek nie akceptował żadnego psa. Niezależnie od płci.

Lata uciekały, a suki mijały się na odległość. Sąsiad co jakiś czas rzucał uwagą w stylu "Na spacer idziecie z tym swoim obojnakiem?" i życie się toczyło.
Początkowo próbowaliśmy nakłonić mężczyznę do zmiany punktu widzenia, ale widząc, że jego upartość większa jest od naszej, daliśmy spokój. Był w końcu dorosły i w pełni odpowiedzialny za swojego psa.
To była jego decyzja i kim byliśmy, by prawić mu morały?

Suka Owczarka zaczęła miewać napady niespodziewanej agresji. Potrafiła rzucać się na przechodniów. Rzadko bywała na smyczy, ponieważ do tej pory była w pełni odwoływana. To musiało się jednak zmienić po tym jak wystraszyła nie na żarty kilkunastu przypadkowych ludzi.
Właściciel twierdził, że to instynkt, że suka czuje fałsz w człowieku i rzuca się tylko do złych ludzi, których niegodziwych zamiarów my nie potrafimy wyczuć. Uważał, że ona go tylko broni przed zagrożeniem którego nie widać na pierwszy rzut oka.
Było oczywistym, że mężczyzna kocha swojego psa, ale przypisywał mu przez to cechy których zwierzę tak naprawdę nie posiadało. Tłumaczył wszystko po swojemu, nie mając w tym racji.

Jakieś trzy miesiące temu zauważyłam, że suka powłóczy na spacerze łapami. Miała problemy z załatwianiem się, przestała jeść i z pochyloną głową dyszała na trawniku, wypluwając kolejne porcje żółci.
Mężczyzna był przestraszony. Krążył wokół niej i próbował zachęcić ją do opróżnienia pęcherza. Suka była tak wymizerniała, że nie miała siły nawet ujadać na Morfinę.
- Jadę z nią dzisiaj do weterynarza. Jest taka od wczoraj. Myślałem, że czymś się zatruła, ale to nie wygląda na zatrucie. Jest cała napęczniała, może ktoś jej podrzucił trutkę. Kolejny psychol - usłyszałam kiedy podeszłam bliżej - Uważaj lepiej na swoją.

Kilka dni później spotkałam Owczarkę na spacerze. Miała na sobie ubranko pooperacyjne i kołnierz. Niechętnie stawiała kroki, ale widać było, że jest już w znacznie lepszym stanie. Jej głowa nie wisiała bezwładnie na szyi i rozglądała się dookoła. Widząc Morfinę próbowała nawet zaszczekać, ale ból z tym związany szybko odwiódł ja od tego zamiaru.
Od właściciela dowiedziałam się, że suka przeszła operację. Diagnoza - ropomacicze z postępującym wrzodzieniem i toksykacją całego organizmu. Konieczne było wycięcie macicy, jajowodów i jajników. Sąsiad musiał codziennie jeździć na dożylne antybiotyki i wlewy. W ciągu trzech dni wydał prawie 4 000 zł żeby ratować swojego psa.
- Weterynarz powiedział, że jakbyśmy ją wysterylizowali profilaktycznie to byśmy takich akcji nie mieli. Ale skąd ja mogłem, wiedzieć? Żadne z moich psów, a miałem ich już sporo, nigdy takiego numeru nie wywinęło. Musiałem się zapożyczyć - powiedział sąsiad, głaszcząc obolałą sukę.

Widziałam ich wczoraj na spacerze. Futro nie odrosło jeszcze w pełni, ale szwy zostały już zdjęte i Owczarek wrócił do zdrowia. Je, pije, bawi się z właścicielem. Do tej pory nie próbował też atakować żadnego przechodnia.
O tym, że cokolwiek działo się na przestrzeni ostatnich miesięcy świadczy tylko odrastający meszek na brzuchu.

Sąsiad wita się z nami bez tradycyjnych docinek. Teraz i on posiada sukę obojnaczą. Nie wydaje mi się jednak żeby tak to widział i żeby żałował decyzji o pozbawieniu jej "instynktu".

Ten post nie ma na celu prawienia morałów, czy chełpienia się decyzją o sterylizacji. Nie ma też na celu namawiania nikogo do podjęcia takiej decyzji.
Wiem jakie kiedyś panowały poglądy i że niektóre suki są już albo za stare, albo mają za wiele problemów zdrowotnych które stanowią przeciwwskazania do zabiegu.

Ważne jednak żeby zawsze mieć z tyłu głowy, że ciała naszych zwierząt nie są idealne, a natura nie zawsze jest sobie w stanie poradzić sama. Przyroda nie zawsze wie lepiej i czasem pozorna oszczędność niesie za sobą wiele przyszłych wydatków.
Tym razem natura musiała ustąpić medycynie. Nie zawsze jednak jest na to czas i nie zawsze są na to środki.
Czy bardziej opłaca się zapobiegać niż leczyć każdy zdecyduje jednak sam.
W zgodzie z własnym sumieniem.


wtorek, 18 czerwca 2019

Nie dyskutuj z babcią

Kiedy byłam na drugim semestrze studiów, przyjechała do nas rodzina.
Nie pamiętam już jakie to były święta, ale zjechali się w ramach jakiejś uroczystości.


Zanim przejdziemy dalej musicie coś wiedzieć. Mam ogromną rodzinę. Prawdopodobnie nie znam nawet jej wszystkich członków. Jesteśmy rozrzuceni po różnych krajach i widujemy się stosunkowo rzadko. Wśród tylu ludzi z różnych miejsc nie ma opcji, żeby wszyscy mieli jedne poglądy na życie.
Nie jest to możliwe.

Po obiedzie część rodziny posnęła, część wyszła na piwko, a część została żeby sobie poplotkować. Tak się złożyło, że głównym tematem rozmowy były moje studia. Ciotki i wujkowie pytali jakie to studia, gdzie są, co po nich będę robić i jak mi idzie - bazowe rzeczy.
Wtedy jeden z wujków starszej daty spojrzał na mnie, pokiwał z niesmakiem głową i powiedział coś w stylu:
- Ja to nie wiem jak Ty to znosisz. Tam się aż roi od czarnych i żółtków, i tych całych muzułmanów. Przecież lada dzień można wylecieć w powietrze.
Przytkało mnie. Brakowało tylko słynnego "Kobita to powinna siedzieć w domu i rodzić dzieci, a nie po uczelniach się włóczyć" do pełni stereotypu.
Część rodziny przytaknęła wujowi i poparła tę rasistowską uwagę, część nie. Jednak Ci którzy mieli przeciwne zdanie z jakiegoś powodu postanowili siedzieć cicho. Wujek był starszym człowiekiem i panowała niepisana zasada, że starszy ma zawsze rację, ponieważ przeżył znacznie więcej, ergo jest o wiele mądrzejszy.
Wujek kontynuował:
- Na moje to oni powinni wrócić do swojego kraju. Co się pchają do naszego. Tam u nich uczelni nie ma? To jest Polska dla Polaków.
- Ale część z nich urodziła się w Polsce - odparłam - Mają obywatelstwo i są Polakami. Co z tego, że mają inny kolor skóry?
Wujo spojrzał na mnie i z wyniosłością człowieka który z gówniarzami nie rozmawia odparł:
- Ty się lepiej nie kręć koło tego tałatajstwa. Można się czymś egzotycznym zarazić. Koło homosi też nie łaź. Kiedyś pedalstwo to prądem leczyli, a teraz ich na uczelnie wysyłają.
Już chciałam powiedzieć kilka niemiłych słów, za które rodzina pewnie obraziłaby się na amen, kiedy poczułam na ramieniu dłoń babci, łupiącej do tej pory orzechy. Przerwała na chwilę łamanie skorupek, uśmiechnęła się i powiedziała.
- Tadzik, ale Ty pie*dolisz bez sensu.
Nastała cisza. Ktoś zaczął krztusić się herbatą, dzieci zleciały się żeby popatrzeć dyskretnie co to za afera.
- Ania, wyrażaj się - odparł wujek i już chciał kontynuować, kiedy babcia przerwała mu uniesieniem ręki.
U nas zawsze najstarszy miał pierwszeństwo do głosu.
- Zaraz, zaraz - powiedziała babcia - Ty już powiedziałeś co chciałeś. Swoją drogą mógłbyś iść sprawdzić, czy Ci się nie chce srać, bo gówno przez Ciebie przemawia. Teraz ja mówię.
Babcia miała różne poglądy na życie. Czasem się ze mną zgadzała, czasem nie, ale zawsze słuchała argumentów drugiej strony zanim wyraziła własną opinię.
Z czasem potępiała coraz mniej zachowań i nauczyła się żyć z większą otwartością.
- Dzieciaki, weźcie sobie orzeszki - zawołała i kiedy małe gnomy porwały miskę i poszły do sąsiedniego pokoju oglądać telewizję, zaczęła mówić.
- Kiedyś też myślałam jak Ty Tadziu. Nie aż tak radykalnie, ale miałam podobne poglądy. Jak wiara to tylko Chrześcijańska. Jak Bóg, to tylko jeden. Jak rosół, to tylko z kury. Urodziłam dzieci, wychowałam je tam jakoś, potem te dzieci urodziły dzieci i okazało się, że wychowanie się zmieniło. Dziewczynki nie ubierało się już tylko w sukienki. Spodnie były wygodniejsze. Dzieci nie zmuszano do chodzenia na mszę, bo i tak się tam nudziły. Niepełnosprawnych przestało się zamykać w domu i ich wstydzić. Ludzie zaczęli wychodzić na ulicę.
Za naszych czasów nie do pomyślenia.
- Bo za naszych czasów było lepiej - wtrącił wujek. Babcia wróciła do łuskania orzechów i kontynuowała.
- Kto Ci takich pierdół naopowiadał Tadzik? To jest kwestia tego, czy wolisz mieć pieniądze i problem z dostaniem towaru, czy nie mieć pieniędzy kiedy towary leżą na półkach. Co było lepsze? To, że kobiety miały gówniane prawa i służyły tylko jako maszynki do rodzenia dzieci? To, że można je było bić, bo to mąż był głową rodziny i miał do tego prawo? Tak samo do bicia dzieci? Za rządami twardej ręki tęsknisz? Ludzie którzy używają przemocy są słabi Tadziu. Bardzo słabi. Tak samo jak Ci którym się wydaje, że są lepsi od innych bo myślą inaczej, wierzą w co innego, albo mają inny kolor. W Twojej rodzinie ktoś miał bielactwo nie?
- Kuzyn miał.
- I co? Myślisz, że to kara od Boga, czy klątwa jakaś że się taki urodził?
- To jest choroba, przecież on sobie tego nie wybrał.
- A myślisz, że ktokolwiek sobie wybiera kolor skóry z jakim się rodzi? Jakby tak było, to ja bym była niebieska. Lubię niebieski.
- Co Ty w ogóle porównujesz. On się w swoim kraju urodził i tu był. Oni przyjechali z jakiejś Afryki, czy innej Azji.
- Oj Tadzik, Ty im starszy tym mniej myślący. Ci ludzie też się tu mogli urodzić. Ich rodzice, albo dziadkowie może i przyjechali z innego kraju, ale zdaje się Ty też mieszkasz w Rosji. To się wnusia jakoś nazywa nie? Jak ktoś robi za czym sam nie jest?
- Hipokryzja - podpowiedziałam babci.
- No widzisz. Masz nowe słowo do słowniczka Tadziu. Ty też nie jesteś Rosjanin, choćbyś najpłynniej w ich języku mówił, nie? Poza tym z tego co pamiętam zanim wyjechałeś, to Rosjanie byli Twoim najgorszym wrogiem zaraz po Niemcach. 
- To co innego. Brudasy się lęgną w Twoim kraju, a Ty pozwalasz na to. Taka patriotka z Ciebie.
- O, czysty się odezwał, co się kąpie jak w dzienniku powiedzą, że trzeba. Fajnie Twojemu kuzynowi było jak go dzieciaki przezywały? Niespecjalnie chyba. Teraz sobie wyobraź, że masz tak całe życie. Wszyscy jesteśmy stworzenia Boże. Wszyscy są równi. Nasz Jezus też miał ciemniejszy kolor skóry niż Ci się wydaje. Przecież on się w Polsce nie urodził. Ja Tylko mam nadzieję Tadeusz, że Ciebie Bóg tak kiedyś surowo osądzi jak Ty teraz innych ludzi osądzasz.
- Pewnie. Pewnie, weź jeszcze tą swoją wydaj za takiego. Niech sobie urodzi takie kolorowe dziecko i niech się rozmnaża zaraza.
- Po pierwsze Tadeusz, to Ty u mnie w domu jesteś, więc przystopuj. Po drugie, to moja wnusia sobie wyjdzie za kogo będzie chciała. A to czy on będzie czarny, biały, czerwony, żółty, czy zielony to ma akurat małe znaczenie. Tak samo czy będzie miał takiego samego Boga co ja. Dobrze by było jakby był Katolik, ale jak nie będzie to już trudno. Może się da nawrócić, a może nie. Różnie bywa. 
- Bój się Boga Ania, co Ty jej do głowy nakładasz?!
- To może być nawet kobieta Tadzik. Ja to bym wolała mieć prawnuki, ale to jest jej decyzja co tam sobie upoluje i czy będzie żyć na kocią łapę, czy nie.
- Anka! 
- Bo jedni wolą rosołek z kurki, a inni z kaczuszki Tadziu. Ważne żeby się dogadywali, byli dla siebie dobrzy, żeby się kochali Tadziu. Żeby nie skończyła jak ja z takim osłem, co mi rodzice go wybrali bo "dobra partia". Żeby go tak przeczyściło po ogórkach porządnie parę razy. Jedyne co on mi dał dobrego to dzieci.
- Jak Ty możesz w ogóle mówić o czymś takim w Chrześcijańskim domu?
- Ja Ci zaraz lepsze rzeczy powiem. Ja wiem, że to wbrew kościołowi, ale powtarzać to będę zawsze. Wnusia "te sprawy" to przed ślubem. Ty nie czekaj jak ja, bo się potem okaże, że się nie dobraliście. To nie jest najważniejsze w życiu, ale jednak istotne żebyście sobie nawzajem potrafili sprawić przyjemność.
- Dość, dość. Ja tego słuchać nie mogę. Czego Ty ją uczysz do cholery?
- Życia Tadeusz, życia. Przecież ona już wie, że dzieci to nie z kapusty, czy bociana. Bez przesady.
- Ania, opamiętaj Ty się - zaczęła ciotka, podczas gdy wujek wyszedł na papierosa żeby ochłonąć, trzaskając drzwiami - Kto Ci tego do głowy nakładł. Kiedyś byś się bała nawet tak pomyśleć, a co dopiero mówić. To nie po Bożemu Ania, co Ty? To dzieci Ci takich rzeczy nakładły? Wnuki?
- Nic mnie nie nakładły. Co najwyżej uświadomiły parę rzeczy. Kiedyś też tak myślałam, ale jak sobie to przemyślałam to doszłam do wniosku, że to głupie było. Jak przyprowadzi kogoś kogo będzie kochała, ale mnie się on nie spodoba to co, wydziedziczyć mam? Z rodziny wygnać? Zmusić do ślubu z kimś innym? Przecież ona i tak zrobi jak będzie chciała, a tylko się na siebie obrazimy. Po co sobie zabierać kontakt z rodziną, no powiedz? A to takie straszne mieć w rodzinie czarnoskórego, czy muzułmanina?
- Ania, to jakbyś miała miskę i w tej misce były cukierki, i wiedziałabyś, że pięć cukierków w tej misce jest trujących. To wzięłabyś i ryzykowała, czy raczej sobie odpuściła wszystkie cukierki? Przecież nie wiadomo na kogo trafi. Może nam zło do rodziny przywlec.
- Ale ludzie to nie cukierki. Jak są trujący, to po jakimś czasie można się zorientować i odejść. Te Twoje cukierki zmieniają kolor jak są zatrute, to chyba oczywiste, że ich nie weźmiesz, nie? Widać je przecież.
- Ania, przestań. Krzywdę jej robisz.
- Nie. To mnie krzywdę zrobiono, że z zamkniętymi oczami mi kazano przez życie iść. Tobie krzywdę zrobiono, a temu nerwusowi to już w ogóle. Ja poznałam kilku jej znajomych już i to jak jeszcze w liceum była. Z zagranicy, niektórzy mieli inny kolor skóry, niektórzy mówili w innym języku i musiała mi tłumaczyć, niektórzy byli cali obkolczykowani i w dredach, że normalnie to byś nie podeszła. Wiesz jacy to mili ludzie są? Oni mnie nie rozumieli, ja ich nie rozumiałam, ale mi tapetę położyli w pokoju, łóżko przenieśli, do sklepu po zakupy poszli. Jedna dziewczyna to mi nawet ciasto przyniosła. Takie od nich, u nas się takiego nie robi. Kiedyś bym nawet kebaba nie skosztowała, bo to nie nasze, ale Ty wiesz jakie to jest pyszne? Jeszcze jak tym sosem poleją. Ja to cały ostatni tydzień jadłam dzień w dzień, aż się na wagę boję stanąć.
- Ania Ciebie przekupili. Poza tym nie znasz wszystkich, nie możesz powiedzieć, że wszyscy są dobrzy.
- Guzik, a nie przekupili. Ja bym to ciasto od tej dziewczyny mogła codziennie jeść. Jak ona się zwała?
- Natasha.
- No. Ona mięsa nie je, bo jej szkoda zwierząt. Taka dobra dziewczyna. Wy nawet części tych ludzi nie znacie, a oceniacie najwięcej. Człowiekowi się tak nie da metki przykleić i gotowe. Jak się czegoś nie zna, to się tego boi, ale jak już się pozna, to się okazuje, że wcale nie było czego się bać.
- Tadzik wraca, może już go nie denerwuj. Po co się kłócić?
- A czy ja się kłócę? Tadeusz? Wracaj tu, ja nie skończyłam.
- Ale ja skończyłem.
- To nikt Ci nie każe mówić. Słuchać będziesz. Ja się całe życia nasłuchałam pierdół. Teraz Wy się możecie nasłuchać czegoś mądrzejszego.
- I co, mam słuchać jak tu będziesz piać jacy to wszyscy dobrzy i jak dla niej każdy będzie dobry, tak?
- Nie każdy Tadeusz, a mądry. Taki co to nie tylko mówić, ale i słuchać potrafi. Ja to bym chciała żeby to był ktoś taki żeby z nim wytrzymała te wszystkie lata i się nie zastanawiała jak uciec. Żeby nawet jak będą różni, to żeby byli tacy sami. Żeby się troszczyli o siebie i sami sobie siebie wybrali, a nie z przymusu. To jaki ten ktoś będzie z zewnątrz to już mnie mało obchodzi. Ja to bym chciała żeby mnie ktoś tak powiedział jak młoda byłam, ale nikt mi nie powiedział, to teraz ja mówię. A jak zły dla niej będzie, to go do mnie przyprowadzi i lachą się go dwa razy pogłaszcze po głowie, to od razu zmądrzeje. A jak nie, to się poprawi z drugiej strony żeby równo puchło i wtedy już na pewno dotrze. Bo ja to chcę żeby moje dzieci miały lepiej niż ja miałam wiesz Tadzik? A lepiej mieć nie będą jak je będziesz takimi słowami nienawiści karmił. Bo ta nienawiść im wejdzie do ciała Tadeusz i wyjdzie w postaci takiego soczystego pierda prosto na Ciebie i w te Twoje otwarte usta, zobaczysz. Wszyscy kiedyś umrzemy i zjedzą nas robaki. Zostaną z nas same szkielety Tadzik. Takie same u każdego, tylko jedne mniejsze, a drugie większe. Po tym szkielecie nie poznasz, czy to był biały, czarny, czy gej Tadziu. Po trumnie też nie, chociaż dla mnie to XXL trzeba będzie zamówić.
Tego dnia nikt już nie podjął dyskusji o wielokulturowościach i tolerancji.

Byłam z mojej babci strasznie dumna.
To była kobieta która stanęłaby przed bramą do nieba ubrana w tęczową flagę, z petem w jednej dłoni, koniaczkiem w drugiej i poprosiła o rozmowę z szefem, bo ona by chciała negocjować warunki umowy.

Gdziekolwiek teraz jest, mam nadzieję, że ma z kim dyskutować.

poniedziałek, 17 czerwca 2019

Lab-dżungla

Studiuję. Chyba każda żywa jednostka która jest tutaj od jakiegoś czasu już o tym wie.

Co dokładnie studiuję?

Ochronę środowiska. Brzmi fajnie, lekko i przyjemnie. Kojarzy się z ekologami biegającymi za króliczkami i przypinającymi się do drzew. W mózgu wielu ludzi buduje się obraz hipisa z kwiatami we włosach i piosenką na ustach kiedy słyszą o moim kierunku.

Co moje studia mają z tym obrazem wspólnego?

Absolutnie nic.

Prawda jest taka, że Politechnika ma podział na kierunki w większości przypadków tylko żeby stworzyć pozory różnicy w systemie studiowania. To złudzenie. Materiałem różnią się tylko wydziały. Kierunki zaczynają mieć swoje przedmioty tak na drugim / trzecim semestrze. Problem polega na tym, że one tylko brzmią inaczej.

Dam Wam przykład:

Ochrona środowiska ma przedmiot który nazywa się "Zagospodarowanie odpadami i procesy ich przeróbki".
Inżynieria środowiska posiada "Techniki minimalizacji odpadów".
Energetyka - "Gospodarkę Odpadami i Recykling".
Inżynieria bezpieczeństwa za to "Unieszkodliwianie Odpadów Niebezpiecznych".

Widać do czego zmierzam? To jeden i ten sam przedmiot, tylko nazwę ma zmienioną. Dzieje się na nim z grubsza to samo i chodząc na wykłady grupy innego kierunku można spokojnie zaliczać ten przedmiot na własnym kierunku.

Coś co kryje się pod nazwą "Ochrona środowiska" jest tak naprawdę zbiorem informacji zarówno konstrukcji maszyn i urządzeń o których nie powinniśmy mieć pojęcia, jak i zagadnieniami z ekonomii, psychologii, chemii, fizyki, geologii, informatyki i wielu innych.
Najwidoczniej inżynier musi wiedzieć wszystko. Bez wyjątków.

Ten post nie jest jednak rantem na Uczelnię. Jest rantem na jedną konkretną salę laboratoryjną. 
Politechnika ma wiele pięknych i nowoczesnych sal, przystosowanych do przeprowadzania w nich testów wszelakich. Sale te są rozmieszczone w różnych budynkach. Jedne są bardzo nowoczesne, inne pamiętają jeszcze jak po ziemi stąpały mamuty, ale jedna z nich wyróżnia się z tłumu.
Sala ta jest chyba najstarszą salą jaka istnieje we wszystkich czterech budynkach i mam wrażenie, że od momentu wybudowania, nic nie zmieniło się zarówno w jej wyglądzie, jak i urządzeniu. Właściwie nie wiem dlaczego ktokolwiek ma tam jeszcze zajęcia. Samych sal jest tyle, że zawsze zostaje ich kilka wolnych.
Jest to więc kwestia przyzwyczajenia prowadzącego, albo przymuszenie nas do pracy w warunkach polowych żebyśmy mogli konstruować pompownie wód opadowych w wojennych okopach, używając tylko śliny i tuby po Pringlesach.

Od progu sali witają nas girlandy kabli, drucików i przewodów. Wiszą z sufitu jak liany w dżungli i wiją się po podłodze jak jadowite węże. 
Pierwsze zdanie prowadzącego to:
- Nie dotknijcie ich przypadkiem, bo są podpięte do bardzo ważnych urządzeń których zepsuć nie chcecie.
Challenge accepted. Pierwsza misja - nie dotykać kabli. Pewnie przez wiele z tych przewodów przepływa też prąd, więc jest to dodatkowa motywacja.
Wchodzimy do środka, odziani w fartuchy, gogle i rękawiczki, szukając wolnej przestrzeni na podłodze i manewrując między niebezpiecznym spaghetti.
Jestem pewna, że po dwóch semestrach tego skakania przez "gumę" i zabawy w "podłoga to lawa" mogłabym już startować na primabalerinę, nie ma opcji żeby mnie nie przyjęli po takich codziennych treningach jeziora łabędziego.
Dostajemy instrukcję w dłoń, profesor wskazuje gdzie szukać odczynników i które z palników są zepsute, ostrzega przed silnymi kwasami i zostajemy pozostawieni sami sobie. Każdy zabiera się do pracy w swojej sekcji i usiłując nie zabić się nawzajem w maleńkim pomieszczeniu pełnym przewodów i syczących zbiorników, tańczymy sobie wesoło jak dzieci wokół majowego słupa.
Biorę litrową zlewkę i maszeruję do wypatrzonego wcześniej kranu. Mam zdobyć dwa litry wody, ale jako, że największy pojemnik ma tylko litr, ta podróż czeka mnie dwukrotnie. Wiję się między przewodami i po dotarciu na miejsce odkręcam kurek.
Coś nie działa. Woda kapie jakby chciała, ale nie mogła. Już moje łzy mają większe ciśnienie. Odkręcam kurek mocniej, bojąc się, że za chwilę zostanie mi w dłoni. Bez zmian. W takim tempie napełnię te zbiorniki gdzieś tak za dwadzieścia lat, więc przekręcam kurek jeszcze mocniej. Słyszę stukanie w rurach i wiem już, że popełniłam błąd.
Atakuje mnie wodospad lodowatej wody. Walczę z "hydrantem" i usiłuję zakręcić kran na oślep, ponieważ przez spływające wodą gogle nie widzę nic. W tym samym czasie druga sekcja usiłuje odpalić palnik w którym gazu jest tyle, co u mnie wody w początkowym etapie jej pobierania. Teraz na brak wody nie narzekam. Jeśli za chwilę nie zakręcę kranu utoniemy wszyscy.
Udaje mi się i wycierając twarz spoglądam do zapełnionej w połowie zlewki. Gotowa na kolejny wybuch ciśnienia w rurach majstruję ostrożnie przy kraniku jak włamywacz przy pokrętle do sejfu i staram się nie wywołać Posejdona, który się gdzieś w tej konstrukcji ukrywa.
Druga sekcja dalej walczy z palnikami, zużywając drugie opakowanie zapałek.
Za chwilę będą musieli radzić sobie krzemieniem.
Została jeszcze jedna osoba, majstrująca przy dawkach kwasu i starająca się odczytać z pożółkłej etykiety jego stężenie.
Normalnie wykonalibyśmy to ćwiczenie w pół godziny. Mam jednak wrażenie, że zejdzie nam przy nim drugie tyle.
Udaje mi się zapełnić zlewkę i pozostać względnie suchą, więc wracam przeplatanką do saperki od kwasów, wymijając po drodze zespół pirotechników.
Kładę zlewkę na stole i wracam tą samą drogą. Urządzenia i komputery podpięte pod okablowanie wydają niepokojące dźwięki kiedy przypadkiem szturchnie się jakiś drucik. Twister audio wychodzi mi coraz lepiej i płynę do kraniku szybciej niż za pierwszym razem.
Gazownicy podpalają w końcu palnik i usiłują uruchomić dygestorium.
Walczę ze strumieniem i słyszę z boku niepokojące dźwięki. To nie kabelki. To dygestorium daje znać o braku ciągu.
Po otrzymaniu informacji od prowadzącego, że na całym obiekcie działa tylko jedno dygestorium - to pod oknem, zespół przenosi się ze swoją pochodnią i fiolkami na drugi koniec sali. Palnik raz gaśnie, raz się zapala, a raz służy za miotacz ognia, bo rurka od gazu jest powgniatana i wywołuje różnice przepływów. 
Jako syrenka cała pokryta wodą czuję się dość bezpiecznie, ale martwi mnie widok płomieni balansujących wokół włosów koleżanki przy kwasach. Para tańczy walca w ogniu pół metra od niej w rytm piszczących przewodów, które nucą pieśń swego ludu. Lekko kapiąca dostarczam drugi litr na miejsce. Jest mi zdecydowanie chłodniej.
Coś dymi się pod dygestorium zespołowi palaczy, a ja wyruszam na misję w poszukiwaniu wagi i spekolu, niosąc ze sobą gotowe próbki. Odnajduję urządzenie którego rok produkcji jest jednocześnie datą moim narodzin i wciskam odpowiednie guziczki. Waga w tym czasie się konfiguruje.
Coś piszczy przy oknie, a koleżanka walczy z pieniącym się kwasem.
Ja natomiast dalej czekam na konfigurację wagi.
Spektrofotometr raz pokazuje wartości ujemne, a raz dodanie jakby nie robiło mu to żadnej różnicy. Mnie natomiast robi. Z Tego powinna wyjść tylko wartość dodatnia.
Przychodzi kolej drugiego zespołu na walkę z kranem. Im też za chwilę będzie chłodniej. Koleżanka z drużyny przeżywa chyba jakiś kryzys egzystencjalny bo zaczyna mamrotać do siebie.
Ja dalej czekam na konfigurację wagi.
Przedzieram się przez kable i docieram do profesora, zgłaszając mu problem z ważeniem. Zostaję odesłana do innej sali, by tam użyć wagi. Wchodzę do sali. Jest czysto, jest spokojnie, nic nie mryga i nie wydaje z siebie dźwięków. Po ważeniu wracam do sali głównej. Połowa zespołu wygląda jakby za chwilę mieli dostać depresji, druga połowa jakby już jej dostali. Wszyscy tańczą i walczą z urządzeniami, nic się nie zmieniło. Siadam przy spekolu i usiłuję negocjować z nim prawidłowe wyniki. Ogniści odwalają spidermana przy ścianach, żeby donieść wyniki swoich wypocin na stanowisko.
Po dwóch godzinach wszyscy kończą.
Wyniki nie pokrywają się z założeniami, a wykresy właściwie nie istnieją.
Wszyscy jednak przeżyli i nikt nie stracił włosów, ani poczytalności. Można więc powiedzieć, że nie jest tak źle.
Wychodzimy z sali szczęśliwi, że to już koniec i zrozpaczeni myślą, że jutro również musimy tu wrócić.
Wszyscy czują się jak McGyver.
Waga dalej się konfiguruje i ten stan nie zmienia się również dnia następnego.

niedziela, 16 czerwca 2019

Odzienie wierzchnie to przeżytek 2 (?)

Pamiętacie post o topless panach w średnim wieku, jeżdżących komunikacją miejską?

Jeśli nie, zapraszam tutaj:


Odzienie wierzchnie to przeżytek


Jeśli tak, to mamy kontynuację (niestety).
W moim mieście trwa obecnie festyn. Na scenie na powietrzu występują wokaliści i rozstawione zostały różne atrakcje dla dzieci: dmuchane zamki, małe coastery i baseny z kulkami. Całe rodziny przychodzą na piknik i zjeść watę cukrową.
Impreza nie w moim typie, ale ludzie bawią się dobrze.
Wszystko pachnie popcornem i imitacją masła, małe gnomy drą się i haftują dopiero co pochłoniętym hot-dogiem na karuzeli, tatusiowie siedzą przy stołach i delektując się chmielowym napojem bogów rozmawiają o życiu. Ktoś na scenie produkuje się w upale, ktoś wykłóca się o zgubionego przez pociechę bucika w zamku z kulkami.
Obchodzę festyn dookoła i szukam cienia dla mojej foki na smyczy.

Wśród tłumu ubranych (mniej lub bardziej) ludzi widzę oczywiście kilku nudystów z cenzurą dolną. Jak zwykle przedział wiekowy tych ludzi to 50 +. Krążą między rodzinami z żółtym płynem w jednorazowym kubeczku i ocierają się ciałami o ludzi. Jest tłum, nie da się przejść inaczej. Widać, że jest to niekomfortowe dla otoczenia, ale przecież mr McGee ma pod pachą otoczenie. Jemu jest gorąco i w koszulce byłoby mu bardziej gorąco.
Na początku jest tylko jeden, ale jego zachowanie zachęca resztę i po chwili naliczam już trzech.
Zapytani przez kogoś czy im nie za chłodno, odpowiadają "Przecież Ty się też możesz rozebrać, kto Ci broni?".
Czwarty dziadzio zostaje powstrzymany przez jego żonę, za co jestem jej bardzo wdzięczna. Zwijam się stamtąd, zanim plaga obejmie więcej uprażonych słońcem umysłów.
Kiedy chwilę później wracamy z Morświnem do domu, zauważam jeszcze jednego jegomościa, który po obmyciu ramion w fontannie, gramoli się przez piasek na placu zabaw w drodze do klatki schodowej swojego domu.


Cenzura na klacie, bo rozmiar miseczek większy niż u niejednej kobiety.
Żeby więc panie nie dostały kompleksów a Google nie określił tego jako treści 18+ zachowujemy anonimowość tego pana... i jego biustu.
Ja naprawdę rozumiem wiele. Wiem, że jest niemiłosiernie gorąco i niektórzy źle znoszą upały. Można jednak wtedy nałożyć sobie na kark namoczony ręcznik, zainwestować w mały wiatraczek na baterie, albo wachlarzyk, zabrać z domu parasolkę, lub po prostu zostać w mieszkaniu, gdzie można biegać sobie na waleta do woli.
Zaakceptować nawet można tak luźny "strój" jeśli występuje na ławeczce przed blokiem, albo w parku gdzie nie przewija się obecnie wiele osób. Pomijając walory wizualne, nie trzeba się wtedy z człowiekiem przytulać żeby go wyminąć.

Pchanie się się jednak do autobusu, na festyn, czy do marketu gdzie jest niemiłosiernie dużo ludzi i klejenie się do nich jak naklejka jest średnio fajne.

Niestety jest coraz cieplej i trzeba będzie liczyć się z faktem, że populacja takich osobistości może się zwiększyć. 

sobota, 15 czerwca 2019

Zakaz dotykania psa

Wracam z uczelni. W jednej ręce fartuch, w drugiej próbki, na plecach miliony monet zakonserwowane w podręcznikach, z których cokolwiek zrozumieć potrafi tylko profesor.
Wychodzę zza zakrętu na ostatnią prostą, walcząc z oślepiającym słońcem i widzę na ławce moją mamę. Tuż przy niej śpi moje futrzane 30 kg miłości. Morfina najwidoczniej zmęczona upałem ucięła sobie drzemkę na matczynej stopie i znając tego psa, niemiłosiernie ją już ośliniła. 
Nie trzeba będzie wieczorem myć. 
Nie mogę powstrzymać rosnącego rogala na mojej twarzy. Prawdopodobnie każdy właściciel reaguje tak na widok swojego futrzaka, śpiącego snem niewinnych.
Rodzicielka rozmawia o czymś z kobietą siedzącą obok. Nic mi nie mówi ta twarz i raczej nigdy jej wcześniej nie widziałam. Przekładam wszystko do jednej ręki, żeby drugą móc poświęcić na mizianie mojej kokosanki. Zbliżam się do ławki, rzucam szybkie "dzień dobry", nie chcąc przeszkadzać w rozmowie i schylam się do ptysia. Morświn otwiera oczy i sennie się przeciąga. Nie ma pojęcia w jakim się teraz znajduje wymiarze, ale skoro głaszczą - znaczy, że jest w tym właściwym.
- No co za bezczelność - mówi głośniej obca mi kobieta i przez chwilę myślę, że to część dialogu, jaki prowadzi z moją mamą. Nie podsłuchiwałam, więc nie wiem o czym jest rozmowa. Jestem zajęta smyraniem psa.
Po chwili ciszy orientuję się, że coś jest nie tak i podnoszę wzrok.
Gdyby spojrzenie mogło zabijać, leżałabym trupem na tym chodniku.
- Do pani mówię, tak - rzecze kobieta. Rozglądam się niepewnie. Nie ma innej możliwości, patrzy na mnie.
- Słucham? - pytam zdezorientowana, bo pojęcia nie mam o co chodzi.
- Co? Nie wie, że się trzeba spytać najpierw czy psa można dotknąć? A jakby agresywny był? Odszkodowanie chce wyłudzić za pogryzienie? A może paluszki się znudziły? Poza tym pies śpi i może się wystraszyć jak mu tak nagle obcy podejdzie.
Jestem w lekkim szoku. Albo nie rozumiem żartu, albo kobieta mówi poważnie.
Wygląda jakby mówiła poważnie, a jej fryz na "żądam rozmowy z menadżerem" dodaje jej chyba pewności siebie, więc kontynuuje tym razem mówiąc do mojej mamy:
- Te ludzie to teraz myślą, że pies to jakieś publiczne dobro. Wszędzie te łapy pchają bez pytania.
- Ale, bo to jest... - zaczyna moja mama. 
Kobieta nie daje jej jednak dokończyć.
- Pani jej nie broni! Dorosła jest, tak ciężko spytać czy wolno? Jak mnie denerwują tacy podbiegacze. Pani nie? To pani pies.
- Tak właściwie to mojej córki...
- Ale mieszka z panią, więc jest pani. Nie denerwuje to pani?
- Tak właściwie to nie.
- To pani ma cierpliwość, naprawdę. Mnie to tak wkurza...
- To może ja już pójdę - wtrącam, w otępieniu odbierając mamie smycz.
- Masz klucze? - pyta rodzicielka, nie zamierzając mnie bronić przed atakującą.
Zapamiętam to sobie.
- Tak, mam - mówię i wchodzę z ptysiem na schody.
Grzebiąc w plecaku, wsłuchuję się w niezręczną ciszę i spoglądam dyskretnie za siebie.
- To... ale, co? Czemu pani jej psa dała? - pyta kobieta na której czole tworzy się zmarszczka tak wielka, że szparagi można sadzić.
- To moja córka właśnie.
Co dzieje się dalej nie słyszę, ponieważ znajduję klucze, otwieram drzwi i wchodzę do domu.
Mama wraca kilka minut później. Ponoć nowa sąsiadka z którą rozmawiała coś sobie nagle przypomniała i musiała już iść.
Pewnie zostawiła żelazko na gazie. 
No nic, miło było poznać troskliwą panią, która walczy o przestrzeń osobistą okolicznych psów.
Szanuję taki styl bycia.

piątek, 14 czerwca 2019

Cała prawda o tatuażach

Na pewno macie czasem tak, że przeglądacie sobie internet leżąc na łóżku i właściwie przysypiając scrollujecie kolejne zdjęcie słodkich piesków, kotków, czy małych dzieci. Widzicie zdjęcia znajomych z wakacji, jakieś filmiki o gotowaniu, czy makijażu, porady jak sobie radzić z upałem, bąbelka koleżanki, aż tu nagle natrafiacie na artykuł, który algorytmy Facebooka uznały za interesujący dla Was.
Klikacie z ciekawości, bo tematyka raczej Was średnio obchodzi, ale chcecie sprawdzić co ludzie o tym myślą.

Wchodzicie w sekcję komentarzy w której trwa wojna miedzy dwoma stronami o sprawy tak mało dla Was istotne, że nie potraficie wyobrazić sobie mniejszego problemu który mógłby doprowadzić do podziału setek dorosłych ludzi.
Nie macie ochoty brać w tym udziału, więc wycofujecie się po cichu, unikając kontaktu wzrokowego i licząc, że drapieżniki jeszcze Was nie wyczuły.

Mnie też to ostatnio spotkało. Z tym, że ja zostałam i z popcornem (nie szczurem) w dłoni oglądałam jak płonie Rzym.

Patrzyłam sobie jak jakiś Golden pochłaniał ogórka i kiedy przesunęłam stronę, Facebook zaproponował mi artykuł czasopisma religijnego.
Trochę kulą w płot, ale skoro już algorytmy się uparły, postanowiłam zajrzeć.
Artykuł opowiadał o sensie tatuaży z perspektywy katolika i człowieka niewierzącego. Szczerze mówiąc był średni. Niby przedstawiał obie strony, ale sam autor przychylał się bardziej ku religijnej wartości i jego brak bezstronności mógł kłuć niektórych czytelników w oczy.

Dowiedziałam się na przykład, że:
"Historycznie rzecz ujmując, ozdabianie ciała w podobny sposób było znane poganom, stąd też w Księdze Kapłańskiej spotykamy taki zwrot: „Nie będziesz się tatuować. Ja jestem Pan!” (Kpł 19, 28b). Jest także wspomniany już zwrot z Nowego Testamentu, w którym Paweł Apostoł przypomina, że ludzkie ciało ma być „świątynią Ducha Świętego” (1 Kor 6, 19)."
 I pod spodem pytanie:
"Dzisiaj tatuaż nie jest formą ślubowania złożonego bogom. Czym więc jest?"
Nie wiem. Ozdobą? Formą wyrażenia siebie? Przypominajką o jakimś ważnym wydarzeniu w naszym życiu, ukochanej osobie, albo życiowych wartościach?
Tatuaż może mieć wiele znaczeń, albo nie mieć ich wcale i być po prostu dodatkiem.
Autor artykułu wziął to w swoich refleksjach pod uwagę, ale zbył to przykładem Angeliny Jolie i Brada Pitta, którzy usunęli sobie kilka tatuaży, ponieważ przypominały im one o chwilach których nie chcieli pamiętać.
W całym artykule nie było jednak słowa o tym, że tatuaże są bezwzględnie złe, ani o tym, że ludzie je noszący powinni płonąć na stosach.
Zawsze pod takimi artykułami zaglądam jednak w sekcję komentarzy.

Nie rozczarowałam się.

Zarówno na samej stronie, jak i na odnośniku na Facebooku toczyła się batalia (głównie osób wierzących) z nielicznymi osobami które znalazły się tam przypadkiem i chciały jedynie wyrazić swoje poparcie dla takiej formy sztuki.

Komentarze ociekały tam jadem i dowiedziałam się z nich, że tatuaże to oddech szatana na skórze, znak bestii i objaw psychicznej choroby. 
Nie żartuję, przytoczę ciekawsze perełki (można w nie kliknąć, żeby je troszkę powiększyć i ułatwić sobie czytanie).

Nie wiem czy wiecie, ale tatuaże są objawem poważnych problemów psychicznych. Komentarze nie kłamią:








Według niektórych są też krzykiem o atencję, kiedy nie ma się żadnych umiejętności ani niczego do pokazania:




I robią je ludzie którym portfel nie mieści się do kieszeni:



Hasło "nie osądzaj nikogo po wyglądzie" tutaj nie działa:



Tu na przykład dowiadujemy się, że tatuaże są bramą dla demonów:




Ponieważ Adam Szustak (polski prezbiter rzymskokatolicki, dominikanin) wcale nie ma tatuaży. Absolutnie. To by z niego czyniło dziecko Lucyfera przecież.

Tatuaże są bardzo niebezpieczne:


To oczywiście moja własna opinia, ale jeśli trochę tuszu na skórze zakłóca czyjąś całą wiarę i światopogląd, to czy ta ideologia nie stoi przypadkiem na słabych fundamentach?
Może warto umocnić tę świątynię Ducha w sobie, zamiast przejmować się tym co robi z nią ktoś inny?
Just sayin.

Im głębiej w las tym więcej grzybów (głównie trujących).



Nie no, pewnie. W sumie dlaczego nie?

Idąc z kolei tą logiką...


Wszyscy wierzący powinni chodzić zarośnięci jak sam Mojżesz i unikać fryzjera jak ognia. To samo z paznokciami, makijażem, czy kolczykami.

Tutaj tak bardziej troskliwie:


A to mój osobisty faworyt, jak stoicie to usiądźcie:


To był ten moment kiedy nie utrzymałam herbaty w ustach i zrosiłam nią monitor. Tatuaże są grzybem duszy. Zapamiętajcie sobie.
Ta osoba wraca również żeby nam powiedzieć, że:


Serdecznie dziękujemy.

W tym całym biczowaniu znalazł się jednak jeden człowiek, z którego opinią się w pełni utożsamiam:



Jak i kilka głosów innych głosów:



Szczerze mówiąc świetnie się bawiłam czytając te komentarze. W jakiś sposób bawi mnie ból jaki czują niektórzy ludzie rozmawiając o tematach, które ich bezpośrednio nie dotyczą.
Bawiłam się tak dobrze i było mi tak wesoło, że aż Morświn przyszedł sprawdzić czy aby na pewno wszystko ze mną w porządku.
Postanowiłam zakryć nazwiska i pseudonimy osób komentujących.
Zrobiłam to na wszelki wypadek, żeby zablokować ewentualną falę hejtu w stosunku do tych ludzi. Mówcie co chcecie, mnie poprawili oni dzień.
Poza tym nie uważam żeby nienawiść miała zwalczyć nienawiść.
To się jeszcze nigdy nie udało.
Zastanawia mnie jednak jedno...
Jeśli tutaj powiało takim miłosierdziem, to wyobraźcie sobie co się musi dziać pod tematami poświęconymi homoseksualizmowi, albo polityce? 
Podejrzewam, że sam Mojżesz by tego morza miłości, dobroci i zrozumienia nie rozstąpił.

Ten post nie jest atakiem na religię i ludzi wierzących. Skomentowałabym te wypowiedzi w ten sam sposób gdyby pochodziły na przykład z grupy miłośników koła garncarskiego.
Jednak zwłaszcza ludzie religijni powinni chyba patrzeć sercem. Mylę się?
Wydaje mi się, że tego właśnie naucza kościół.

Uważam, że każdy ma prawo do własnych decyzji, wierzenia w co chce, kochania kogo chce, chodzenia w czym chce i robienia ze swoim ciałem co chce, dopóki nie krzywdzi tym innych.

Skoro ludzie mają prawo do wolności wypowiedzi, dlaczego piszę o tym post? Przecież oni tylko wyrażają opinię.

Cóż, jak mawiała moja babcia: 
"Z wyrażaniem opinii jest jak z dupą. Każdy ma własną i nie powinien się nią chwalić dopóki ktoś go o to nie poprosi"
Jest również różnica w powiedzeniu...
 "Nie lubię tatuaży, nie podobają mi się one. Ciężko mi się do nich przekonać"
a powiedzeniu...
 "Tatuaże są obrzydliwe, Ty jesteś obrzydliwy, nie zbliżaj się do mnie, uważam, że jesteś gorszym człowiekiem niż ja, ponieważ masz tusz na skórze. Bóg Cię nie kocha, jesteś marionetką Szatana"
Jestem pewna, że każdy widzi różnicę.

Nie definiuję człowieka ze względu na jego wygląd, a ze względu na charakter, osobowość i to jak traktuje mnie i swoje otoczenie.
Rozumiem, że pierwsze wrażenie jest ważne i czasem czyjś wygląd nie odpowiada naszym standardom, ale często przy bliższym poznaniu okazuje się, że nasze oczy się myliły i powinniśmy spojrzeć trochę głębiej. 
To jakbym pewnego dnia stwierdziła, że nie lubię łysych ludzi (bo powody) i traktowała ich zupełnie inaczej przez to, że zgolili sobie głowę. Mogłabym stwierdzić, że mnie to obrzydza, ponieważ kojarzy mi się z kulturą więzienną, ergo rani moje wizualne postrzeganie tego człowieka.

Nie wiem jak Wy, ja nie widzę w tym sensu.

"Ale to ludzie decydują o swoim wyglądzie, więc proszą się o osąd!"

Nie, wcale nie.
Ludzie podejmują decyzję jak chcą wyglądać, ale to Wy podejmujecie decyzję jak na to zareagować. 
To czy się tym przejmiecie, czy Was to obejdzie, oraz jak się zachowacie wobec drugiego człowieka to Wasza decyzja. Podjęta świadomie przez Was.

Powtórzę się, ale będę to mówić do skutku.
Traktujmy innych tak jak sami chcemy być traktowani.
Czy chcielibyśmy żeby po naszym wyjściu od fryzjera, albo ze sklepu z ubraniami ktoś obcy podszedł do nas i opiniował głośno nasz ubiór i uczesanie?
Osobiście czułabym się nieswojo.
To jednak tylko moja, prywatna opinia.

Tutaj link do artykułu, gdyby ktoś miał ochotę się zagłębić:

Gość Niedzielny

Przypominam żeby przed wejściem odłożyć pochodnie i widły. Proszę nikogo nie atakować i zachowywać się kulturalnie. 
Dziękuję.

czwartek, 13 czerwca 2019

Zagrajmy w grę

Chciałabym żeby każdy z Was przyjął na moment pewien życiowy scenariusz i potraktował go jako własny na czas czytania tego postu.
Taka zabawa.
Gotowi?

Załóżmy, że masz przyjaciela. Zarówno wiek, jak i płeć jest tutaj bez znaczenia. Możesz mieć więcej przyjaciół, kumpli i znajomych, ale to jest Twój najlepszy przyjaciel.
Twój przyjaciel jest niemową. Nie jest głuchoniemy, po prostu nie mówi. W życiu nie wykrztusił z siebie dźwięku który znaczyłyby dla Ciebie cokolwiek. Słyszy za to świetnie.
Nie zna migowego, nie potrafi pisać i można powiedzieć, że jest lekko opóźniony. Nie jakoś szczególnie. Nie zrozumie o co chodzi w fizyce kwantowej, ale posiada podstawy.
Mimo utrudnień, rozumiesz co chce Ci przekazać. Macie świetny kontakt. Łączy Was nić porozumienia jakiej nie masz z nikim innym. 
Właściwie jest dla Ciebie jak rodzina.
Przyjaciel nie za bardzo ma się gdzie podziać, więc proponujesz mu by z Tobą zamieszkał. Miejsca jest dość. Twój przyjaciel jest Ci za to bardzo wdzięczny i stara się nie zakłócać domowego spokoju. Zachowuje się najlepiej jak tylko potrafi.
Ten przyjaciel jest znakomitym słuchaczem. Potrafi godzinami wpatrywać się w Ciebie kiedy opowiadasz mu o swoim dniu, o tym jak Cię wkurzył szef, czy jak bardzo nie znosisz oliwek na zapiekance. Temat nie ma znaczenia. Przyjaciel zawsze słucha i potakuje. Zawsze jest skupiony i chłonie każde Twoje słowo jak gąbka, niezależnie od tego czy jest w stanie zrozumieć treść wypowiedzi.
Zawsze jest przy Tobie, zawsze Cię wspiera i wczuwa się w wydarzenia jakie miały w miejsce. W sytuacje które Cię dotknęły.
Jest szczęśliwy, kiedy Ty jesteś szczęśliwy.
Jest zły, kiedy Ty jesteś zły.
Jest smutny i przygnębiony kiedy widzi, że coś Cię dręczy.
Stara się wtedy poprawić Ci nastrój. Próbuje wszystkiego i kiedy wszystko zawodzi, po prostu siedzi obok i jest.
Ponieważ czasem właśnie tego potrzeba.
Na co dzień świetnie się dogadujecie i dobrze bawicie we własnym towarzystwie. Łatwo przekonać go do odkrywania nowych rzeczy i testowania, czy jakaś aktywność i zabawa mu się spodoba. On też pokazuje Ci wiele ciekawych miejsc i sposobów na zabicie nudy, o których wcześniej nie miałeś pojęcia.
Czasem Cię drażni. 
Jak każdy przyjaciel. 
Miewacie spięcia o to, że nabałaganił, czy że kontakt jest z nim strasznie utrudniony. I chociaż to nie jego wina masz wrażenie, że wszystko byłoby prostsze gdyby po prostu powiedział o co mu chodzi.
Ale nie może.
Nie potrafi.
Jest taki od urodzenia, nie ma na to wpływu.
Przez większość czasu te braki i defekty nie stanowią żadnego problemu. 
Wiesz, że zawsze możesz polegać na swoim przyjacielu, że wyciągnie Cię z najgorszego doła i niejednych problemów. 
Spędza przy Tobie czas kiedy jesteś chory, zmartwiony, albo po prostu czujesz się źle. Opiekuje się Tobą i wspiera całym sobą. 
Wiesz, że gdybyś zrobił coś głupiego i wszyscy by się odwrócili, on by został. Zostałby nawet gdybyś dopuścił się wobec niego najgorszego.
To ten typ przyjaciela który kiedy dowie się, że zabiłeś człowieka, zacznie się zastanawiać gdzie go zakopać i na jak długo Cię ukryć.
Żyjesz tak sobie przez lata. Ze swoim niemym przyjacielem.
Pewnego dnia poznajesz dziewczynę / chłopaka. 
Zakochujesz się, uważasz, że jest to najwspanialsza osoba na świecie.
Twój przyjaciel nie jest zazdrosny. Wspiera Cię, w końcu to Twój wingman. Pragnie dla Ciebie jak najlepiej. Jeśli Ty jesteś szczęśliwy, on jest szczęśliwy.
Przyjaciel chce poznać wybrankę Twego serca i skomplementować jej gust, bo wybrała najfajniejszego człowieka na świecie.
Organizujesz spotkanie.
Coś jest nie tak.
Twój przyjaciel stara się jak może żeby tylko dobrze wypaść. Chce żeby Wam się udało.
To po drugiej stronie wyczuwasz napięcie.
Dziewczyna / chłopak nie są przekonani. Z jakiegoś powodu Twój przyjaciel nie przypadł do gustu światłu Twojego życia. Nie polubi go. Wiesz to już teraz.
Chcesz żeby się lubili. W końcu to dwie najważniejsze dla Ciebie istoty.
Jednak nic z tego. 
Pomimo starań nie ma nici porozumienia.
Nie wiesz czy brak przychylności dla przyjaciela wynika z tego, że nie mówi, czy może z tego, że z Tobą mieszka.
Twoje przyszłe fiancé chce żeby przyjaciel się wyprowadził.
Nie może z Wami mieszkać, nie przy takich relacjach.
Rozumiesz, że musisz mu to przekazać. Nie powinieneś czuć się winny, w końcu jest dorosły i na pewno zrozumie. Możecie się dalej spotykać, ale musi znaleźć sobie inne lokum. Przecież i tak już mu pomogłeś.
Potrzebujesz prywatności. To przecież nie robi z Ciebie jeszcze złego człowieka, prawda?
Zbierasz się w sobie i idziesz obgadać to z przyjacielem.
Nie jest zły. Nie gniewa się. W pełni rozumie sytuację i konieczność podjęcia przez Ciebie takiej decyzji.
Nie ma jednak gdzie się podziać. 
Oprócz Ciebie nie ma nikogo. 
Jest zupełnie sam.
Dociera do Ciebie, że sam sobie nie poradzi.
Chcesz mu pomóc, ale tu nie może zostać.
Proponujesz podwórko. Namiot, zapewniony ekwipunek. Wszystko co jest mu potrzebne.
Przyjaciel się zgadza i jest wdzięczny, że nie wyrzucasz go na ulicę. Obiecuje nie przeszkadzać i nie wchodzić w drogę nowemu mieszkańcowi.
To wystarcza jednak tylko na jakiś czas.
Twoja druga połówka uważa sytuację za absurdalną. Żąda pozbycia się przyjaciela. Nie jesteś w stanie wygrać argumentami, ani prośbą.
Musisz zdecydować.
Ponownie idziesz więc pogadać z przyjacielem i ponownie tłumaczysz mu sytuację. On nie chce być ciężarem, widzisz to w jego oczach. Jednak dalej nie ma się gdzie podziać.
Zastanawiasz się nad ośrodkiem dla bezdomnych. Mógłby tam zostać, a Ty mógłbyś go odwiedzać. Czy jednak byłbyś w stanie patrzeć mu po tym wszystkim w oczy?
Wybaczyłby Ci, nie masz co do tego wątpliwości. Jak byś się jednak z tym czuł? Jak zdrajca i ostatni kretyn.
Nie, to nie jest dobre rozwiązanie. Co jeśli spotkacie go przypadkiem na ulicy podczas rodzinnego spaceru? Będzie niezręcznie.
Boli Cię też myśl, że mógłby sobie znaleźć nowego przyjaciela. Być tym, kim był dla Ciebie, tylko dla kogoś innego.
To jest najgorsze. Tego byś nie zniósł.
Tej niepewności co u niego i co teraz robi.
Wymyślasz inny plan.
Pakujesz przyjaciela do samochodu i zabierasz go na przejażdżkę. Znowu jesteście tylko we dwóch, tak jak było kiedyś. Tęsknisz za tymi czasami, ale wiesz, że nigdy już nie wrócą. Musisz iść do przodu. Nie możesz oglądać się w przeszłość.
Spoglądasz na przyjaciela.
Jest szczęśliwy. Zawsze był kiedy gdzieś razem jechaliście.
Dopadają Cię wyrzuty sumienia, ale odganiasz je wizją przyszłości. Przecież i tak musiałbyś to zrobić. Jeśli nie teraz, to za kilka lat. Pewnie i tak Twoje dzieci by go nie polubiły, albo prędzej czy później zacząłby Ci działać na nerwy.
To jedyne wyjście.
Zatrzymujecie się w lesie, wysiadacie z samochodu i wchodzicie na ścieżkę. Mijacie krzaki z malinami i jeżynami. Twój przyjaciel uwielbia jeżyny.
Mówisz mu, że gdyby to zależało od Ciebie mógłby z Wami zostać.
Mówisz mu, że Ci przykro.
Przyjaciel przytakuje i nie przestaje się uśmiechać. Rozumie. Wie, że to nie Twoja wina, że tak po prostu wyszło.
Schodzicie ze ścieżki i wchodzicie głębiej w las. Tu nie ma już ludzi i wścibskich spojrzeń. Nikt tędy nie chodzi. Za dużo tu pokrzyw i pajęczyn.
Siadacie pod drzewem. W ciszy.
Nie możesz się teraz rozkleić, właśnie teraz musisz pokazać siłę i stanowczość.
Prosisz przyjaciela żeby podał Ci ręce i się nie ruszał.
Robi to. Ufa Ci. Dlaczego miałby Ci nie ufać? Jesteście najlepszymi przyjaciółmi.

Wyciągasz z plecaka łańcuch i oplatasz nim ciało przyjaciela. Najpierw ręce, potem korpus. Koniec przypinasz do drzewa kłódką. Jesteś stanowczy i precyzyjny. Nie może za Tobą pójść. Nie może się uwolnić.
Kładziesz butelkę wody u stóp przyjaciela. Sam nie wiesz po co. Żeby przedłużyć mu cierpienia i dać fałszywą nadzieję? A może widzisz cień szansy, że ktoś go jednak znajdzie?
Patrzysz mu po raz ostatni w oczy.
Widzisz w nich dezorientację, strach, ale i mały płomyk nadziei. Nadziei, że to tylko taki żart, zaraz odwiążesz go od drzewa i wrócicie razem do domu.
To się nie stanie. Teraz już nie możesz się wycofać.
Żegnasz się i odchodzisz.
Nie musisz zakładać mu knebla. Nawet gdyby potrafił mówić, nikt by go tu nie usłyszał.
Wsiadasz do samochodu i zastanawiasz się, czy gdyby ktoś go w porę ocalił, to kiedy spotkałbyś go na ulicy byłby w stanie Ci to wybaczyć?
Pewnie tak. Przecież zawsze Ci wszystko wybaczał.
Po jakim czasie skończy mu się woda? Umrze z przegrzania, czy odwodnienia?
Jak długo będzie cierpiał?
Musiałeś to zrobić. Jeśli będziesz sobie to powtarzać dostatecznie długo, to w końcu w to uwierzysz. Nie miałeś wyjścia. 
To była jedyna opcja.
Masz ochotę wrócić tu za jakiś czas i sprawdzić czy zastaniesz odpięty łańcuch, czy może wysuszone zwłoki.
Lepiej nie.
Czego nie widać, tego nie żal.
Z tyłu głowy kołacze Ci się słowo "morderca". Nie jesteś mordercą! Dobre sobie. Dałeś mu dom, wieloletnią przyjaźń i szansę na opuszczenie domu. Poza tym, był niemową i nie miał nikogo. Tak naprawdę wyświadczyłeś mu przysługę. Miałby się tłuc po tym świecie całkiem sam, bez nikogo? Przecież nie mógł być przy Tobie do końca życia, a sam by sobie w życiu nie poradził. Ograniczyłeś mu tylko zbędne cierpienie.
O, widzisz. Już myślisz o nim w kategoriach przeszłości. "Był", nie "jest". Było fajnie, ale wszystko kiedyś przemija.
Podjąłeś słuszną decyzję...


~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Co? 
Nie podoba się scenariusz? 
No dobra, to weźmiemy inny, nie ma problemu.


~~~~~~~~~~~~~~~~~~

(...) Wymyślasz inny plan.
Pakujesz przyjaciela do samochodu i zabierasz go na przejażdżkę. Znowu jesteście tylko we dwóch, tak jak było kiedyś. Tęsknisz za tymi czasami, ale wiesz, że nigdy już nie wrócą. Musisz iść do przodu. Nie możesz oglądać się w przeszłość.
Spoglądasz na przyjaciela.
Jest szczęśliwy. Zawsze był kiedy gdzieś razem jechaliście.
Dopadają Cię wyrzuty sumienia, ale odganiasz je wizją przyszłości. Przecież i tak musiałbyś to zrobić. Jeśli nie teraz, to za kilka lat. Pewnie i tak Twoje dzieci by go nie polubiły, albo prędzej czy później zacząłby Ci działać na nerwy.
To jedyne wyjście.
Zatrzymujecie się przed przejazdem kolejowym i wysiadacie z samochodu.
Twój przyjaciel nie wie dlaczego tu jesteście, ale nie wymaga od Ciebie wyjaśnień. 
Nie chce sobie psuć niespodzianki.
Światła i powolne opuszczanie się szlabanu sygnalizują, że za chwilę będzie tędy przejeżdżać 90-tonowa maszyna. 
Przechodzisz pod szlabanem i trzymając swojego przyjaciela za rękę prowadzisz go na tory. Stajecie na nich razem. Z daleka już widać pędzący pociąg.
Doskonale go stąd widać.
Maszynista za to nie widzi Was wcale.
Spoglądasz na przyjaciela.
W jego oczach widzisz dezorientację, strach, ale i mały płomyk nadziei. Nadziei, że to tylko taki żart i zaraz wrócicie razem do domu.
To się nie stanie. Teraz już nie możesz się wycofać.
Mocno ściskasz rękę przyjaciela, kiedy maszyna zbliża się do Was w zastraszającym tempie.
Przyjaciel nie ucieka, nie wyrywa się. Ufa Ci. Dlaczego miałby Ci nie ufać?
Maszynista w końcu Was zauważa. Próbuje wyhamować, ale wie, że mu się to nie uda. Pociąg z piskiem i iskrami usiłuje się zatrzymać. Jest już kilka metrów od Was.
Uskakujesz w ostatniej chwili.
Twój przyjaciel nie. 
Zostaje na torach. 
Jego ciało niesione jest na czele pociągu jak osobliwy transparent.
Wracasz do samochodu.
Zastanawiasz się czy zginął na miejscu, czy dopiero po chwili.
Co jeśli przeżył?
Nie. Nie mógł przeżyć. Siła uderzenia była tak wielka, że kropelki jego krwi wypływające zapewne z nowo powstałego otworu w czaszce ubrudziły Ci koszulę.
Nowiutka koszula. No trudno, może się spierze.
Ciekawe jak daleko pociąg wywlecze zwłoki Twojego przyjaciela? Czy kiedy maszyna się zatrzyma i jej kierowca odkryje na szybie rozciapane kawałki mięsa, które kiedyś może przypominały jakieś stworzenie, będzie bardziej zdegustowany, czy wystraszony?
Dobrze, że Ty nie będziesz musiał tego oglądać.
Jeszcze miałbyś koszmary.
Może kiedyś znajdziesz na spacerze z rodziną kawałek jego ubrania, albo oko na żyłce?
Z tyłu głowy kołacze Ci się słowo "morderca". Nie jesteś mordercą! Dobre sobie. Dałeś mu dom, wieloletnią przyjaźń i szansę na opuszczenie domu. Poza tym, był niemową i nie miał nikogo. Tak naprawdę wyświadczyłeś mu przysługę. Miałby się tłuc po tym świecie całkiem sam, bez nikogo? Przecież nie mógł być przy Tobie do końca życia, a sam by sobie w życiu nie poradził. Ograniczyłeś mu tylko zbędne cierpienie.
O, widzisz. Już myślisz o nim w kategoriach przeszłości. "Był", nie "jest". Było fajnie, ale wszystko kiedyś przemija.
Podjąłeś słuszną decyzję...


~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Co? Też nie?
No dobra...

~~~~~~~~~~~~~~~~~~

(...) Wymyślasz inny plan.
Jeśli staniecie na skraju jakiegoś wysokiego mostu i "przypadkiem" go z niego zrzucisz, to będzie po prostu nieszczęśliwy wypadek.
Jeśli nie zginie na miejscu, to może chociaż połamie sobie nogi i nie będzie mógł się za Tobą powlec.
Będzie cierpiał. 
Będzie przeraźliwie cierpiał, ale Ty będziesz cierpiał bardziej jeśli tego nie załatwisz.
Jest szansa, że ktoś go znajdzie. Może się nim zajmie. Będzie mu woził soczki do szpitala i zostaną najlepszymi przyjaciółmi.
Tego przecież byś nie przeżył...
Może wystarczy jak zrzucisz go głową w dół, dla pewności?
Kiedy jego czaszka roztrzaska się o jezdnię jak nabrzmiały arbuz i wypłynie z niej mózg z jakąś wodnistą cieczą, będziesz mieć pewność, że już nie wstanie.
Z tyłu głowy kołacze Ci się słowo "morderca". Nie jesteś mordercą! Dobre sobie. Dałeś mu dom...

~~~~~~~~~~~~~~~~~~

...
Nie no, taka wersja też odpada?
Niech Ci będzie...

~~~~~~~~~~~~~~~~~~

(...) Wymyślasz inny plan.
Gdzieś w piwnicy masz przecież siekierę.
Jest może trochę tępa, ale powinna sobie poradzić.
Wystarczy, że każesz mu położyć głowę na konarze i nie ruszać się przez chwilę.
Kilka cięć i po sprawie. Głowa i tak nie była mu do niczego potrzebna. 
Przecież nie mówił, racja?
Będzie trochę zamieszania i bałaganu. Trzeba będzie zmyć czymś krew z trawnika, ale to bardzo prosty i poręczny sposób.
Kaci istnieli od wieków, więc widocznie byli potrzebni.
Jak mocno hukniesz, to może nawet nie zacznie uciekać bez głowy po podwórku. Zawsze można najpierw odrąbać mu nogi w kolanach.
Na kikutkach nie pobiegnie.
Co jeśli nie trafisz?
Jeśli uderzysz w głowę, może zginie na miejscu, ale będzie strasznie dużo juchy i galarety. Jeśli dostanie w ramię, zacznie się wić i ciężko będzie przekonać go żeby był spokojny.
Można pożyczyć od kogoś broń.
Jest bardziej pewna. Jedna kulka i po sprawie. Dużo mniej sprzątania i zamieszania.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Nie? 
Ok, czekaj.
No to, to już Ci się musi spodobać.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~

(...) Wymyślasz inny plan.
Dużo cichszy i spokojniejszy.
Zwiążesz mu razem wszystkie kończyny, wybetonujesz butki i po prostu wrzucisz do rzeki.
Taka zabawa w chowanego pod wodą.
Łyknie to, jest za głupi żeby tego nie łyknął.
Może w przyszłym wcieleniu będzie syrenką. 
Gdzieś na pewno wypłynie, ale przy odrobinie szczęścia będzie to już z dala od Twojego domu.
Gdyby Cię z tym powiązali byłyby problemy.
Po co to wszystko? Po co Ci zabawy z policją?

~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Nie?

~~~~~~~~~~~~~~~~~~


(...) Wymyślasz inny plan.
Trucizna. Dodasz mu to do żarcia, to się nawet nie zorientuje.
Jasne, trochę się pomęczy zanim umrze, ale lekarzowi wmówisz, że nie masz pojęcia co się stało.
Może samobójstwo?
Był niemową w końcu...

~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Też nie pasuje?
Nie ma problemu. 
W tym scenariuszu opcji jest nieskończenie wiele.
 W końcu coś wybierzemy.
Hm?
Nigdy byś tego nie zrobił?
A gdyby się okazało...

... że ten przyjaciel od początku był psem?
Zwierzęciem po prostu.
Może być dowolnym.

No dalej, przecież to tylko kundel.
Nie mówi, nie myśli i nie czuje.
Do tego przeszkadza.

Jak można pozwolić, żeby pies zniszczył Ci życie?
Plany?
Marzenia?
Nie komponuje się w grafiku.
Nie ma dla niego miejsca.

To co? 
Która opcja?
Czemu go komuś nie oddać?
Nie zawieść do schroniska?


I patrzeć na te wszystkie ludzkie spojrzenia pełne pogardy?
Nie żartuj.
Czułbyś się fatalnie.
Ten cały oskarżycielski wzrok...
... ton głosu jakbyś kogoś zdradził.
Nie, nie.
Trzeba to załatwić na miejscu.

Po cichu i bez świadków.
Przecież i tak nikt by go nie chciał.
Ma już swoje lata.
A tak, kto wie?
Może trafi do psiego nieba?

Starczy?
Wiesz co jest najgorsze?
Najgorsze jest to, że dla niektórych to nie tylko durna zabawa.
Dla niektórych to życie.
Ludzie... znaczy...
"Ludzie" świadomie podejmują takie decyzje.
Te historie dzieją się codziennie.
Każdego dnia jakieś zwierzę ginie z rąk kogoś, kogo uważało za opiekuna i przyjaciela, tylko dlatego, że te osoby nie chcą borykać się z "oskarżycielskim spojrzeniem", czy patrzeć jak ich pupil jest szczęśliwy w innym domu.
Z jakiegoś powodu nie mogą tego znieść.
Decydują się więc na krok, za który nie powinni nigdy otrzymać przebaczenia. Od nikogo.
Decydują się zabić przyjaciela.
Nie jest istotne czy ma on łapy, ogon, kopyta, czy ręce. Z jakiegoś powodu dla nich ma to jednak znaczenie. Jeśli ktoś nie mówi, znaczy że nie odczuwa bólu i nie cierpi.
Morderstwo jest morderstwem.
(Nie mylić z eutanazją)
Mam dość patrzenia na ogłoszenia adopcyjne porzuconych w lesie psów, czy podtopionych kotów.
Za każdym razem czuję się jakbym dostawała w twarz. Chodzę całymi dniami i myślę co siedzi w głowach takich ludzi. 
Jakim cudem uznali to za najlepszą możliwą opcję?
Jak oni mogą w nocy spać?
Czy to jeszcze są ludzie?
I wiesz co?
Nie znajduję odpowiedzi.
Zalewa mnie fala nowych scenariuszy które jakiś anonimowy człowiek przetestował na swoim biednym towarzyszu, a ja dalej nie wiem.
Obojętność?
Desperacja?
Poczucie wstydu?
Strach?
Bezsilność?
Znieczulica?
Co to jest? 
Co to jest i dlaczego to się pojawia tak często?
Nie wiem już nawet co ja czuję widząc kolejne zdjęcia i czytając kolejne informacje. Już nawet nie czuję złości. Czuję pełną bezsilność.
Czuję się jak ktoś kto stoi na statku o którym wie, że zatonie i nie jest w stanie nic z tym zrobić. Może więcej nie wsiąść na żaden statek, ale to nie znaczy, że uratuje ten konkretny i że następne przestaną tonąć.
Wiem, że ten post ma już przekroczony limit słów, ale musiałam go napisać.
Musiałam, bo czuję się chora.
Każdy kto to przeczytał pewnie zastanawiał się co jest nie tak z psychiką autorki? Dokąd to prowadzi? Kto postąpiłby w ten sposób?
Każdy odpowiada "ja bym tego nigdy nie zrobił".
Skoro jednak nikt by tego nie zrobił...
...to skąd te wszystkie ofiary?