Etykiety

Co tu się dzieje?

Witam!
Szybkim wstępem: Morfina to moja suka (Golden Retriever), przez którą wielokrotnie jestem świadkiem sytuacji których normalnie bym nie zobaczyła. Te sytuacje są opisywane na tym właśnie blogu. Jeśli jesteś tu przypadkiem to wiedz, że bardzo zbłądziłeś.

wtorek, 7 kwietnia 2020

Nie wszystko musi mieć cel


Kiedy miałam jakieś dwanaście lat, pokazałam mojemu (wtedy niespełna dziesięcioletniemu) kuzynowi pierwsze Simsy. W tamtych czasach był to szał.
Kuzyn pograł chwilę i zapytał: "Co trzeba zrobić, żeby w to wygrać?". Odpowiedziałam, że nic. Nie dało się "wygrać" w Simsy, tak jak można było to zrobić w grach wyścigowych, platformowych, czy bijatykach. Nie taki był zamysł.
"To po co grać?" - zapytał młody i odpowiedziałam, że dla zabawy i zabicia czasu. W grze można było obserwować progres postaci i budowli, odgrywać różne scenariusze, ale tak naprawdę gra sama w sobie nie miała zakończenia. Zależało ono od nas. Grało się do momentu znudzenia, nie do momentu osiągnięcia ostatniego poziomu i pokonania bossa. W Simsach nie było bossa. Na tym polegał fenomen tej gry. Nie miała ograniczonego czasu rozgrywki, a scenariuszy można było tworzyć właściwie nieskończenie wiele.

Kuzyn nie potrafił zrozumieć jak można grać w coś, w co nie można wygrać i szybko porzucił grę, chociaż ja bawiłam się świetnie mordując wirtualne ludziki na dziesiątki różnych sposobów.

(Kto nigdy nie zabrał z basenu simom drabinki, ani nie zablokował meblami wyjścia ewakuacyjnego podczas pożaru, niech pierwszy rzuci kamieniem).

Kuzyn oczywiście z czasem zrozumiał. Dotarło do niego, że nie wszystko musi mieć ściśle określony cel i czasem liczy się po postu dobra zabawa. Nie musiał zawsze wygrywać, żeby zdobywać doświadczenia, które prowadziły do jego rozwoju i progresu.

Jak to mówią: "It's about the Journey, not the Destination". Liczy się droga, a nie cel. Jeśli cały czas będziemy zmierzali dokądś, możemy nie zauważyć tego, co stało się po drodze.

Kiedy byłam w podstawówce, jeździłam na bardzo wiele konkursów: muzycznych, matematycznych, recytatorskich, plastycznych. Próbowałam właściwie wszystkiego. Nie znaczy to, że byłam w czymkolwiek dobra. Tematyka nie miała dla mnie znaczenia dopóki w grę wchodziły ciekawe doświadczenia. Czasem zdobyłam jakiś dyplom albo nagrodę, a czasem wracałam do domu z pustymi rękami. Nie przywiązywałam do tego specjalnej uwagi.

Ostatnio ktoś spytał mnie dlaczego piszę też dłuższe posty (rekord ok. 56 stron A4 w Wordzie), skoro te krótsze sprawdzają się lepiej, czyta je większa ilość osób, szybciej się je pisze i wymagają ode mnie mniej wysiłku. 

To tak jakbym spytała mojego kuzyna dlaczego startuje w zawodach pływackich, skoro rzadko zajmuje jakieś przyzwoite miejsce. Może byłby lepszy w piłce nożnej albo lekkoatletyce, czy szachach. 

On po prostu lubi pływać i będzie to robił dopóki mu się to nie znudzi, nawet jeśli nigdy nie przywiezie do domu żadnego pucharu.
Kiedyś pewnie przestanie pływać, ale powód i czas nie jest mu teraz znany.

To moja odpowiedź.

poniedziałek, 6 kwietnia 2020

Czy Morfina jest dziwna?


Morfina jest dziwna.

Po prostu zaakceptujmy ten fakt. 

O tym dlaczego Morfina jest dziwna mogłaby powstać książka, ale postanowiłam zapytać innych o opinię.







Zrobiłam też ankietę na grupie i tylko nieliczni odpowiedzieli prawidłowo.


To pokazuje jak dobrze pod maską uroczości i niewinnego ślamazary jest skrywane prawdziwe oblicze puchatej foki.

Żeby nie było wątpliwości - bycie dziwnym to żadna obraza. To komplement. Nie wiem dlaczego ludzie przyjmują to tak negatywnie.

Obawiam się jednak, że jestem po części winna temu, że z tym psem nie wszystko jest w porządku. Ktoś, kto mieszka ze mną tyle czasu pod jednym dachem nie może być do końca normalny. Biedne stworzenie patrzy na człowieka, zażerającego się kanapką z musztardą i chałwą, mamroczącego do siebie o związkach koloidalnych, zerkającego na ścianę w pozycji złamanego "ł", po czym myśli "A, więc to jest normalne. No spoko, okej" i zacierają się wszelkie granice.

Morfina przyjęła pewną taktykę: "Jeśli przekonam otoczenie, że jestem głupiutka, nikt nie będzie ode mnie niczego wymagał i nie będę musiała się męczyć i wysilać". Stwór, który potrafi odróżnić łyżkę od widelca i wie kiedy przejść przez przejście dla pieszych (pomimo bycia daltonistą) zdecydowanie wie też, że nie należy spać z nosem w misce pełnej wody, bo grozi to podtopieniem. Jednak takie sytuacje się zdarzają. Czasem są one wynikiem przepalenia zwojów i zaćmienia mózgu, czasem są działaniem celowym, mającym udowodnić braki w inteligencji.

Podam przykład.

Pewnego razu pod moje łóżko wpadła Morfinie piłka. Już pomińmy fakt, że puchata ma cztery takie piłki, ale jako że pragnęła akurat tej, podeszła do mnie, popatrzyła mi głęboko w oczy i rozpoczęła festiwal pisków pod tytułem "Wpadło mi, wydobądź". Podczas kiedy ja gramoliłam się po łóżko, Morfina postanowiła przejść się do kuchni, celem ugaszenia pragnienia. Kiedy wróciła, jej piłka była już na posłaniu. Pies zignorował ją, podszedł do mnie i przeszedł do drugiej części festiwalu smutnych spojrzeń i nieporadności. Podeszłam do legowiska, pokazałam jej piłkę, którą przed chwilą wydobyłam i nawet poświeciłam latarką pod łóżkiem, żeby widziała, że to ten sam przedmiot. Nie podziałało. Żeby się uspokoiła, musiałam wrzucić piłkę pod łóżko celowo jeszcze raz i na jej oczach ją stamtąd wydobyć. Dopiero wtedy odpuściła. 
Kiedy następnym razem wpadła jej tam inna zabawka, rozejrzała się i widząc, że nikogo nie ma w pokoju, sama wczołgała się pod łóżko i wyciągnęła ją bez najmniejszych problemów.

Morfina regularnie dokarmia też odkurzacz psimi chrupkami i przeprowadza wymiany handlowe ze szczurami, chcąc wysępić od nich suszone bananki.
Jest to pies, który przenosi dżdżownice podczas deszczu, żeby nie leżały na chodniku i wpatruje się w pustą skorupkę jajka, jakby siłą woli chciała sprawić, żeby pisklak wykluł się z niej jeszcze raz.

Przyłapałam ją też wielokrotnie na bezpośrednim gapieniu się w słońce (nie, nie jest niewidoma... jeszcze) i krzyczeniu na liście, które za bardzo szeleściły jej pod łapami.

Córa sztormów wiele razy wystraszyła się też własnego ogona i uciekała przed nim dopóki nie zorientowała się, że to zawsze tu było takie rozcapierzone.

Morfina ma też zwyczaj zasypiania w trakcie lizania swojej łapy lub mojej ręki, czego efektem jest mokry język przyklejony do mojej dłoni razem z całym chrapiącym pyskiem.

To tylko kilka przykładów.

To zwierzę nie jest normalne, jest dziwne. Nie szukajmy eufemizmów, jest bardzo dziwne.

Kolejny powód, żeby kochać bardziej tą puchatą sierotę specjalnej troski...

niedziela, 5 kwietnia 2020

Zbyt realny sen


Miałam dzisiaj bardzo realistyczny sen.

Normalnie nie przykładam do tego uwagi i nawet jeśli pamiętam co mi się śniło, to z momentem przebudzenia przestaje mnie to obchodzić. Teraz jest jednak inaczej i mimo że mam mnóstwo pracy, nie potrafię się na niczym skupić, bo moje myśli analizują poszczególne sceny tego koszmaru wbrew mojej woli. 

Pomyślałam, że pozbędę się tego prześladowania, przelewając je na papier... taki wirtualny papier. Nigdy tak tego nie załatwiałam, ale nie mam nic do stracenia, a nie mogę zmarnować całego dnia przez skupianie się na chorych wyobrażeniach mojego zmęczonego mózgu.

Nie wiem czy projekcja była przypadkowa i mój umysł po prostu postanowił torturować mnie akurat dzisiaj, czy zadecydowało o tym to, że położyłam się spać o 4 rano z bólem brzucha. Myślę, że była to mieszanina wszystkiego po trochu.

Sen, jak już wspomniałam, był bardzo realistyczny i przedstawiał się w następujący sposób:


Jeśli ktoś nie jest pełnoletni lub źle znosi drastyczne sceny, proszony jest o opuszczenie wpisu.

Był wieczór. Ułożenie pomieszczeń, wielkość i umeblowanie mojego mieszkania znacząco różniły się od obecnego, ale wiedziałam, że znajduję się w swoim domu. Wiedziałam też, że moja mama umarła i z jakiegoś powodu mną i siostrą zajmowała się druga żona mojego ojca. 

Było to chyba ze wszystkiego najmniej realne, ponieważ jestem już od dawna pełnoletnia, więc w przypadku śmierci mojej mamy, to ja przejmuję opiekę nad niepełnosprawną siostrą i nie potrzebuję do tego pomocy osób trzecich. Zwłaszcza osób trzecich, których nie darzę zbyt dużą sympatią.

Nie wiem gdzie był mój ojciec, ale nie było go w mieszkaniu. Moja... macocha? Sprowadziła do mieszkania człowieka, który wyglądał jak lżejsza wersja Salety. Łysy, barczysty, wysoki, mówiący niskim głosem, z karkiem większym niż garb wielbłąda. Nie wiem czy uważałam, że to jej kochanek, czy tylko znajomy, ale niewiele mnie to obchodziło. Podałam siostrze leki, włączyłam jej telewizor i położyłam spać, przymykając drzwi do jej pokoju. Na jej pościeli leżała Morfina i jako że zasnęła z głową na brzuchu mojej młodszej wersji, zostawiłam ją tam gdzie była. 

Wyciągnęłam z szafki ręcznik i skierowałam się do łazienki. W korytarzu wyminęłam się z barczystym człowiekiem, którego imienia nie znałam, ale jego twarz była mi dziwnie znajoma i zauważyłam, że zmierzał on do pokoju mojej siostry. Jeśli obcy (poniekąd) mężczyzna kieruje się późnym wieczorem do pokoju nieletniego rodzeństwa, to powinien być to czerwony alarm. Z jakiegoś powodu mężczyzna pomimo swojej masy był bardzo szybki i zwinny, więc niemal natychmiast zniknął mi z oczu. Dystans między mną, a pokojem magicznie zwiększył się trzykrotnie i zanim dotarłam do miejsca docelowego, usłyszałam krzyk i skomlenie Morfiny. Nie wiem czy kiedykolwiek włożyłam więcej wysiłku w bieg przez sen, ale wszyscy wiemy jak to wygląda. Nogi poruszają się jakby były obciążone betonem i wysiłek włożony w bieg nie przekłada się na otrzymywaną prędkość. Kiedy w końcu dotarłam do drzwi, w pokoju panowała cisza, przerywana tylko cichymi łupnięciami - odgłosem, który wydaje z siebie łapka na muchy, uderzająca w miękką poduszkę. Pchnęłam drzwi i zobaczyłam martwe ciało mojego psa, leżące na równie martwym ciele mojej siostry. W pozbawione życia zwłoki rytmicznie wbijał się wielki nóż, przechodząc w całości przez Morfinę i przebijając się do młodej, umieszczonej pod nią. Cały psi bok i klatka piersiowa były otworzone. Widziałam kości żeber pozbawione skóry i fragmenty mięsa, które spadały na prześcieradło, razem ze zmieszanym potokiem psiej i ludzkiej krwi, która kapała na podłogę. Ciała nie reagowały już na dźgnięcia, były jak gumowe manekiny. 

Mimo że wiedziałam, że w obu tych istotach nie ma już życia, stanęłam pomiędzy nimi, a mężczyzną i starałam się go odepchnąć. To była pierwsza reakcja. Gość był jak góra i chociaż użyłam (moim zdaniem) sporej siły, to nie przesunął się o milimetr i tylko patrzył na mnie pozbawionymi emocji oczami, dzierżąc w dłoni zakrwawiony nóż. Zostałam odepchnięta na szafę i przybita do niej nożem z nadludzką siłą. 

Mówią, że we śnie nie czuje się bólu, ale mogłabym przysiąc, że czułam go doskonale. 

Zaczęłam się osuwać, ale nóż zalegał głęboko w drzwiach szafy i moje przesunięcie spowodowało tylko powiększenie rany i zatrzymanie się ostrego narzędzia na żebrach. Z tyłu głowy siedziało mi, że nie wolno wyciągać obiektów wbitych w ciało, bo może to doprowadzić do krwotoku, ale nie miałam innej możliwości. Musiałam się jakoś wydostać. Mężczyzna w tym czasie wyszedł z pokoju, więc próbowałam wyciągnąć nóż. Moim celem było okno, które z jakiegoś powodu znajdowało się na poddaszu.

Poddasze na pierwszym piętrze, gdzie nad nami mieszkali jeszcze ludzie?

Przedmiot został jednak wbity z taką siłą, że nie miałam szans go z siebie wydobyć.

A słabym człowiekiem nie jestem.

Postanowiłam więc przedrzeć się przez jego rękojeść, zostawiając ostrze wbite w szafę. Musiałam się spieszyć, bo słyszałam zbliżające się rozmowy między żoną mojego ojca, a jej partnerem w zbrodni. Odepchnęłam się od szafy i poczułam jak tracę jakiś fragment mojego brzucha. Kiedy się obejrzałam, część mięsa spoczywała na rękojeści jak szaszłyk. Pozostawiając za sobą ślad z krwi, wspięłam się na okno i otworzyłam je akurat w momencie, kiedy dwójka wcześniej wspomnianych ludzi znalazła się w pokoju. Mężczyzna próbował mnie chwycić, ale złapał tylko za kawałek mięsa (wyglądało to jak fragment więzadła), które rozwinęło się jak serpentyna, kiedy spadłam na dół, lądując z pluskiem na chodniku. Nagle z tyłu głowy pojawiła się myśl, że gość ma broń i będzie teraz do mnie strzelał, więc zaczęłam uciekać slalomem, ponieważ wtedy ponoć ciężej trafić w cel. Kiedy znalazłam się już prawie za rogiem budynku, a kule trafiały pod moje nogi, ale nie we mnie, jak spod ziemi wyrósł ten sam oprawca i wbijając bagnet z pistoletu...

Pistolet z bagnetem. Ciekawa rzecz.

... w moją szyję, zagroził, że strzeli jeśli nie przestanę uciekać. Podnosząc pistolet, ze mną na jego końcu, jak szmacianą lalkę, wrócił do mieszkania. Zaczęłam wyrzucać z siebie fontannę krwi. Dusiłam się i widziałam coraz mniej wyraźnie. Nie wiem jaką różnicę zrobiłby mi postrzał w gardło, które właśnie zostało otwarte nożem, ale pomyślałam o tym dopiero, kiedy zostałam rzucona w róg pokoju, w którym stół zasłany był białym obrusem i przygotowany na kolację dwóch osób.

Nie mogłam się ruszyć i czułam, że się wykrwawiam. Powtarzałam do siebie szeptem, że nie mogę zasnąć, bo wtedy już się nie obudzę. Jakbym miała jakąkolwiek szansę przeżyć coś takiego. Nie wiem dlaczego nie zostałam dobita do końca, ale mężczyzna poinformował moją macochę, że musi umyć ręce, bo jej zabrudzi obrus i zostawiając zakrwawiony nóż na talerzu, przeszedł do łazienki. Po pokoju zaczęły krzątać się dwie kucharki w czepkach. Jedna z nich była młoda, druga nieco starsza i bardziej tęga. Kobiety znosiły potrawy na stół, podczas kiedy ja walczyłam o powietrze i utrzymanie świadomości w kącie pomieszczenia.

Młodsza z kucharek spoglądała na mnie z niepokojem i próbowałam jej przekazać w jakiś sposób, że ma wezwać policję i pogotowie. Stukałam palcem w podłogę, starając się Morsem wystukać jej wiadomość SOS. Robiłam do odwrotnie, bo zamiast "... _ _ _ ...", stukałam "_ _ _ ... _ _ _", ale kobieta i tak zorientowała się o co chodzi i poinformowała o tym swoją starszą koleżankę, która jakby się zastanowić, mogła być jej matką.

Jakby zakrwawiony nóż i dogorywająca w rogu osoba, zalana czerwoną posoką były niewystarczającymi sygnałami do wezwania pomocy.

Niestety kobiety były mało dyskretne i obie skończyły jako szaszłyki nadziane na krzesło, położone jedna na drugiej. Zastanawiające było jak zabiło je jedno dźgnięcie na wysokości przepony, podczas kiedy ja od dłuższego czasu utrzymywałam się przy życiu z otwartą jamą brzuszną i szyją. Miałam właśnie podzielić ich los, kiedy w kuchni wybuchł pożar i macocha ze swoim bodyguardem postanowili wyewakuować się z mieszkania. Ogień wdzierał się do pokoju, a ja zostałam odcięta od drogi ucieczki. Ponownie usłyszałam skomlenie psa, więc uznałam, że Morfinie udało się jednak przeżyć. Przeczołgałam się do korytarza, gdzie znalazłam mrugającą i piszczącą psią głowę, oddzieloną od reszty ciała, która znajdowała się poza zasięgiem mojego wzroku. Zabrałam głowę, która zaczynała już zajmować się ogniem i skuliłam się razem z nią gdzieś w kącie, modląc się o jakiś wybuch gazu, który szybko zakończyłby sprawę i uchroniłby mnie przed spaleniem się żywcem. 

Obudziłam się, ściskając poduszkę dokładnie w ten sam sposób, w jaki jeszcze przed chwilą ściskałam głowę Morfiny. Mokra twarz świadczyła o tym, że płakałam przez sen. Usiadłam na łóżku, sprawdziłam legowisko na którym smacznie chrapała Morfina i przeszłam do pokoju, w którym spały mama z siostrą. Wszystko było w porządku. Brzuch dalej mnie bolał i z jakiegoś powodu bolała mnie też szyja - prawdopodobnie przez skuloną pozycję, w jakiej spałam.

Od wybudzenia minęło już kilka godzin, a ja wciąż mam przed oczami ułożone na sobie zwłoki i skomlącą psią głowę, którą za wszelką cenę chciałam jakoś przyczepić do zaginionego ciała. Nawet nie macie pojęcia z jakim trudem zakładałam dzisiaj Morfinie obrożę na szyję. 

I tak, wiem, że to sen i nie ma większego znaczenia. Nie zmienia to jednak faktu, że jakoś to za mną chodzi.

sobota, 4 kwietnia 2020

Motylka i myszki


Kiedy byłam mała, spotkałam pewną dziewczynkę w moim wieku. 

Dziewczynka ta miała pewien sekret.

Nie znosiła motyli.

Nie bała się ich, ale wzbudzały w niej obrzydzenie i odrazę. Dla innych były one piękne, delikatne i kolorowe, dla niej - odrażające. Barwne skrzydełka wcale jej nie zachęcały. Uważała, że to miotające się potwory, które nie potrafią nawet prosto latać. Dziewczynka nienawidziła tylko motyli, reszta owadów była jej obojętna. Darzyła szacunkiem nawet mrówki, które ciężko pracowały na to, co miały. W przeciwieństwie do tych "kolorowych obiboków".
Szczególnym rodzajem nienawiści darzyła ćmy. Były jeszcze gorsze. Wlatywały do domu, kiedy tylko mogły i pojawiały się bez zaproszenia. Podlatywały do światła, które je zabijało i nie potrafiły wylecieć nawet przez szeroko otwarte okno. Uważała je za głupszych i brzydszych kuzynów motyli dziennych, a przecież już te były okropne.

Dziewczynka lubiła chodzić do kościoła, ale budynek otaczały łąki, po których w ciepłe dni latało mnóstwo owadów, w tym również motyli. Była to jedyna droga, więc dziewczynka przebiegała cały odcinek, żeby tylko nie musieć oglądać tych odrażających kreatur, pląsających między kwiatami.

Motyle nigdy nie zrobiły jej nic złego, w przeciwieństwie do pszczół, którym zdarzało się żądlić, natarczywych komarów, mszyc zjadających rośliny, czy zjadających plony stonek. Żadne owady nie były jednak w jej oczach tak okropne jak motyle. Nie mogła znieść tego jak wyglądają, poruszają się i przepoczwarzają te stworzenia. Nie chciała ich rysować, czytać o nich, ani o nich słuchać. 

Jej największym pragnieniem było, żeby wszystkie motyle świata po prostu zniknęły.

Dziewczynka zaczęła zrażać do siebie rówieśników. Nie dlatego, że nie lubiła motyli, a ze względu na jej przekonanie, że nikt nie powinien ich lubić. Każdy, kto miał choćby obojętny stosunek do tych owadów, był dla niej zaburzony. Nie wiedziała jak można było się nimi zachwycać, albo mówić, że nie robią nikomu różnicy. Każdy powinien widzieć jak są paskudne i okropne oraz podzielać jej zdanie.

Kiedy dziewczynka dowiedziała się, że moja babcia bardzo lubi motyle, przestała się ze mną zadawać, ponieważ uznała, że ja myślę tak samo. Tak naprawdę nie zwracałam na nie uwagi. Ich istnienie było mi zupełnie obojętne.

Dziewczynka zyskała pseudonim - Motylka.

Nasza podstawówka sąsiadowała z gabinetem weterynaryjnym, więc kiedy po zajęciach przebywaliśmy na boisku, mogliśmy przyglądać się pacjentom, zmierzającym do gabinetu. Chłopak z mojej klasy wypatrzył Motylkę jak szła do weterynarza ze swoją mamą, niosąc coś w małym pudełku. Okazało się, że dziewczyna miała w domu myszki i jedna z nich zwichnęła łapkę w kołowrotku.
Po szkole szybko rozniosło się, że Motylka ma w domu myszy. Ktoś coś przeinaczył, ktoś coś dodał i wyszła bardzo nieprzyjemna plotka o tym, że dziewczyna na pewno mieszka w brudnym domu, który opanowały gryzonie. Dzieci w tym wieku są okrutne i bezwzględne. Zaczęły się wyzwiska, dokuczanie, a nawet przepychanki. Motylka została całkowicie odizolowana, chociaż już wcześniej zadbała o to, żeby nie mieć zbyt wielu przyjaciół. Przezywali ją nawet Ci, którzy jej nie znali i robili to tylko dlatego, że większość tak robiła. Tak działa siła tłumu.

Dziewczynka nigdy nie była brudna i miała duży, piękny dom, ale przypięta do niej łatka bardzo utrudniała jej życie. Nie rozumiała dlaczego ludzie tak negatywnie reagują na gryzonie. Przecież to były tylko małe, łaciate myszki, do tego bardzo czyste. Dlaczego oceniali, skoro nie znali tych zwierzątek?

Można powiedzieć, że karma wróciła ze zdwojoną siłą.

Niestety historia Motylki nie kończy się zbyt dobrze. Dziewczynka zaczęła wdawać się w bójki, ponieważ czuła się coraz bardziej atakowana. Po szkole rozniosło się, że jest agresywna i można oberwać w nos za samo krzywe spojrzenie. Dzieci zaczęły się bać i sytuacja tylko się pogorszyła. 

Kiedy pewnego dnia Motylka usłyszała w klasie swoje imię, poprzedzające salwę śmiechu, nie wytrzymała i rzuciła w kolegę z klasy nożyczkami. Nauczycielka wyszła po dziennik i nie było jej wtedy w sali. Teoretycznie powinna wezwać kogoś, kto popilnowałby w tym czasie dzieci, ale zniknęła przecież tylko na chwilę. Polała się krew i w klasie wybuchła panika. Wszyscy wybiegli na korytarz, włącznie ze zranionym chłopakiem. Nauczycielka znalazła nas na schodach i wezwała nauczyciela na zastępstwo, podczas kiedy sama zabrała ze sobą atakującą i atakowanego. Jedno z nich trafiło do higienistki, drugie do dyrektora. Zostali wezwani rodzice dwójki, a nas uspokoiła dopiero nauczycielka z małym wsparciem pani woźnej.
Chłopak oberwał tylko w rękę i rana nie była głęboka, ale jako że równie dobrze mógł dostać w oko, Motylkę czekały większe konsekwencje. Atakowanie uczniów pięściami było niepokojące, ale używanie do tego ostrych narzędzi było niedopuszczalne. Dziewczynka przez dłuższy czas nie przychodziła do szkoły, a my spekulowaliśmy dlaczego. Chłopak zarzekał się, że wcale o niej nie wspominał i coś jej się uroiło. Nie wiem jak było naprawdę, siedziałam za daleko, żeby usłyszeć i byłam zajęta bazgraniem po zeszycie.

Krótki czas później się przeprowadziliśmy i byłam zmuszona zmienić szkołę. Nie za sprawą Motylki. Kiedy byłam mała, przeprowadzaliśmy się dość często, dlatego nigdzie nie mogłam się zaaklimatyzować. Z czasem przestałam też próbować i stałam się tym cichym dzieckiem z tyłu klasy, które z nikim nie rozmawia. Nie nawiązywałam znajomości, ponieważ wiedziałam, że wkrótce i tak się pewnie przeniesiemy i będę musiała wszystkich pożegnać i poznać nowych ludzi.

Nie wiem więc jak się skończyła historia Motylki. W tamtych czasach kontakt z innymi dziećmi był utrudniony, a ja nie miałam w tamtej klasie tak bliskich przyjaciół, żeby pisać do nich listy. Pewnie część dzieci stwierdziła, że moja przeprowadzka miała bezpośredni związek z agresją Motylki, bo nastąpiła tak nagle, że nie zdążyłam się z nikim nawet pożegnać. Nie było to prawdą, ale siła domysłów zazwyczaj zwycięża i jestem pewna, że nie pomogło to w trudnej sytuacji dziewczynki, która od początku była jednym, wielkim nieporozumieniem.

Jedni powiedzą, że dziewczynka dostała dokładnie to, na co zasłużyła, inni stwierdzą, że zawiniły dwie strony, a jeszcze inni, że dziecko tak naprawdę nie było niczemu winne i to, co je spotkało nigdy nie powinno się wydarzyć.

Już jako dziecko uważałam, że to wszystko nie miało sensu. Konflikt, który urósł do tej skali zaczął się od motyli i kilku myszek. Nie potrafiłam pojąć jak to się właściwie stało. Wiele dzieci było prześladowanych z najróżniejszych powodów i w zależności od szkoły miało to różne natężenie. Zamykanie w ciemnej szatni, wyzwiska, pobicia. Ja nauczyłam się je ignorować, tak jak większość ofiar. Tutaj problem wymknął się spod kontroli. Winą można się dowolnie przerzucać, ale to niczego nie zmieni. Wpływ na to, co się stało miało wiele czynników.

Małe problemy małych dzieci powinny być traktowane tak samo poważnie jak problemy dorosłych, bo chociaż dla tych ostatnich skala zagrożenia i szkodliwości może wydawać się mikroskopijna, to ignorowanie tych malutkich problemów może doprowadzić do naprawdę przykrych konsekwencji.

Pobicie jest pobiciem, niezależnie od tego czy biją się pięciolatki, czy dorośli ludzie. "Dzieci już tak mają" nie jest żadnym uzasadnieniem. Tolerancji i właściwego rozwiązywania problemów należy uczyć już od najmłodszych lat.

W przeciwnym razie możemy liczyć na taki właśnie mało piękny (ale jakże w tym przypadku dosłowny) efekt motyla*.



* Efekt motyla - "trzepot skrzydeł motyla w Ohio może spowodować burzę piaskową w Teksasie. Pozornie błahe zdarzenia mogą zmienić bieg historii".

piątek, 3 kwietnia 2020

Puzzle z babcią


Kiedy rak skrupulatnie pożerał moją babcię i zostawiał w jej mózgu luki, opiekowałyśmy się nią na zmianę tak, żeby zawsze miała kogoś przy sobie. Jednego dnia byłam to ja, drugiego moja mama, a trzeciego ciocia - starsza siostra babci. 

W ostatnim stadium choroby babcia nie mogła już chodzić i chociaż mieszkała na parterze, jej wyjścia na zewnątrz ograniczały się do balkonu. Zapominała słów, osób, czasem trudno jej było nawet przypomnieć sobie jak się nazywała.
Żeby ćwiczyć to, co zostało z jej pamięci, przynosiłam memo, karty i puzzle. Babcia nigdy nie była dobra w puzzle, ponieważ nie układała ich w swoim życiu zbyt wiele, ale bardzo chciała się nauczyć. Wyglądało to tak, że z tysiąca kawałków umieszczała kilka ostatnich, ale i tak była z siebie dumna. Ja też byłam z niej dumna.

Pewnego dnia przyszłam do babci na swoją zmianę. Pomogłam jej się umyć, zjeść, rozwiesiłam pranie i usiadłyśmy do puzzli. Tego dnia babcia pamiętała schemat. Wiedziała, że najpierw należy odwrócić kartoniki obrazkami do góry, potem rozłożyć je z boku, ułożyć ramkę i szukać elementów według wzoru na opakowaniu.

- A to gdzie ma iść, Paulinko? - spytała babcia zachrypiałym głosem, trzymając w palcach malutki element układanki.
- To jest chyba fragment oka, to musisz znaleźć inne fragmenty oka i dać na środek.

Babcia przyjrzała się fragmentowi i dalej trzymając go w dłoni, zaczęła wnikliwie studiować moją twarz. Często to robiła, przyzwyczaiłam się do tego.

- Jaki mamy dzień tygodnia? - spytała.
- Jest środa babciu - odparłam, szukając listków wśród mrowia zielonych elementów.
- Coś się stało? Jakaś taka jesteś.
- Nie, nic. Nie martw się tym.
- Jestem stara, a nie głupia.
- Nic się takiego nie stało, poważnie.
- To mnie jednak masz za głupią.
- Nie.
- To mów.

Miałam po prostu gorszy dzień, ale babcia była uparta i wiedziałam, że nie odpuści. Opowiedziałam jej więc o nieprzyjemnościach na uczelni, kłótni z przyjaciółką, problemach w domu i wszystkim, co tego dnia można było zaliczyć do porażek. Babcia słuchała i oglądając trzymany w palcach element, spytała:

- A jaki mamy dzień tygodnia.
- Środa babciu - odparłam, wracając do puzzli. Na pewno już zapomniała o czym przed chwilą do niej mówiłam. Jej umysł był jak sito. Zostawały w nim tylko większe fragmenty.
- A co się stało?
- Ale co?
- Że jesteś taka jakaś nieswoja.
- Nic babciu.
- Mów.

Postanowiłam powtórzyć cały wywód ponownie, pomijając mniej znaczące fragmenty. To nie była jej wina, tak teraz działała jej głowa.
Babcia słuchała i kiedy skończyłam, spytała:

- To wszystko?
- Tak - odparłam.
- Na pewno?
- To mało?
- Nie wiem. Mało? Jaki mamy dzień tygodnia?
- Środa babciu.

Sitko miało coraz grubsze oczka i zatrzymywało coraz mniej informacji.

- Powiesz mi co się stało? - spytała po chwili babcia, więc westchnęłam i powtórzyłam historię, ograniczając się jedynie do zajęć na uczelni i kłótni z przyjaciółką.
- I to wszystko?
- Tak - odparłam, chociaż pominęłam większą część opowiadania.
- A jaki jest dzień tygodnia?
- Jest środa. Babciu, nie widziałaś takich fragmentów z narożników? - zapytałam, rozglądając się po stole. Poza fragmentem, który od początku babcia trzymała w dłoni, brakowało jeszcze trzech puzzli. Pamiętałam, że kiedy ostatnim razem chowałam układankę, to była ona kompletna. Kartoniki musiały spaść na podłogę, ale nigdzie nie mogłam ich znaleźć.

- Czego szukasz? - zapytała babcia.
- Brakuje trzech puzzli. Ten co trzymasz możesz wsadzić na środek.
- A to one są ważne?
- No tak, bez nich nie ułożymy do końca.
- A to ważne, żeby ułożyć do końca?
- No... tak.
- Ale to tylko rogi. Są mało ważne. Czy też są ważne?
- Są tak samo ważne - odparłam, dalej przeszukując stół.
- To czemu je pomijasz? - spytała babcia.
- No właśnie nie pomijam. Przecież ich szukam.
- A ja nie o tym mówię.
- A o czym?
- Jaki mamy dzień tygodnia?
- Babciu, jest środa. Naprawdę zapomniałaś?
- To powiesz mi co się stało, czy mam czekać do czwartku?
- Mówiłam Ci już. Coś w szkole mi nie poszło i pokłóciłam się z kimś.
- I to tyle? Tyle wystarczyło, żeby Ci popsuć humor na cały dzień? Za głupią mnie masz?
- Nie babciu.
- No chyba raczej tak, jak mi takie farmazony pociskasz.
- Co?
- Jajco. Powiesz mi w końcu co się naprawdę stało? Bo jakoś nie chce mi się wierzyć, że się przejmujesz pierdołami.
- Tak się po prostu nazbierało.
- Jak nie chcesz mówić, to ja Ci powiem. Martwisz się, że niedługo umrę. Tylko nie wiem po co. Wiecznie nikt nie żyje i raczej to jest wiadome. Ja już jestem stara, to czas zrobić miejsce nowym.
- Co Ty w ogóle mówisz babciu?
- Cicho. Nie babciuj tu teraz. Boisz się, że jak już kopnę w kalendarz, to zostaniesz z tym wszystkim sama. Tylko, że ludzi jest bardzo dużo.
- Ale nie są Tobą - odparłam, wstając i idąc do kuchni. Nie chciałam, żeby babcia widziała, że mnie to rusza.
- Wszystko ma swój czas, a mój termin ważności się kończy. Poradzisz sobie. Zazwyczaj jak się coś traci, to zyskuje się coś nowego. To trzeba patrzeć na to nowe, a nie na to stare, co się straciło.
- Możemy zmienić temat?
- Nie. A teraz zrobisz tak - odparła babcia, otwierając drugą dłoń, w której schowała brakujące puzzle.
- Ty je skitrałaś? Ale po co.
- Zabrałam fragmenty, bo Ty też je zabierałaś, unikając prawdziwej odpowiedzi. Jak się babcia pyta o co chodzi, to się babci nie ściemnia. Nie dałaś pełnego obrazka, to ja Ci też nie dałam.
- A co Ci miałam powiedzieć?
- Prawdę?
- To są moje zmartwienia.
- Pitu, pitu. Po pierwsze uczelnia to jedne wielkie problemy, więc nie istnieje coś takiego jak "problemy na uczelni", bo to stały element - powiedziała babcia, wkładając puzzla do narożnika - Po drugie każdy się czasem kłóci. O co poszło?
- Powiedziałam coś, co nie zostało zaakceptowane i tyle.
- Coś o sobie?
- W sumie tak...
- To jak ktoś Cię nie akceptuje, to nie jest Twoim przyjacielem. Nie zmieniaj się pod czyjeś dyktando. To następne - kontynuowała babcia, wkładając kolejny brakujący fragment na właściwe miejsce - Po trzecie... to nie wiem co tam było, ale to mało ważne i po czwarte, to Ty się nie masz martwić co zrobisz jak już mnie nie będzie, bo sobie doskonale poradzisz. Nie możesz być smutna już w środę, bo do końca tygodnia daleko. A przyjdź na pogrzeb w czarnym, to Cię wciągnę do środka. I patrz, ułożone, widziałaś?
- Ładnie.
- Dotarło do Ciebie, czy powtórzyć mam?
- Dotarło.
- To herbatkę zrób i włącz ten program o babach co myślą, że są miss świata. Pośmiejemy się.

Trolling babci level master.

czwartek, 2 kwietnia 2020

Legitymowanie przechodniów i próba kradzieży córy sztormów


W związku z obecną sytuacją w całym kraju, ostatnio często mijam na spacerach patrole straży miejskiej, czy policji. 

Funkcjonariusze nie robią nic specjalnego. Przyjeżdżają, by skontrolować osoby przebywające na kwarantannie, przechadzają się po podwórkach, żeby sprawdzić czy nikt nie siedzi na zabezpieczonych taśmą placach zabaw, nocą patrolują ulice i chodniki. 

Czasem, kiedy o drugiej nad ranem stoję nieruchomo przy trawniku i wpatruję się w przestrzeń, zwalniają i obserwują mnie przez chwilę. Ruszają dalej, kiedy dostrzegają krążącego dookoła psa. Człowiek, który znajduje się na zewnątrz o drugiej w nocy jakoś od razu staje się mniej podejrzany, jeśli trzyma w dłoni smycz.

Kilka dni temu wracałam z Morfiną ze spaceru, owinięta szalikiem, w rękawiczkach jednorazowych, które postanowiłam zakładać, ponieważ środki dezynfekujące stworzyły już na moich dłoniach otwarte rany. Przechodziłam ścieżką rowerową, która do niedawna była pełna ludzi. Na drodze znajdowałam się ja, Morfina spuszczona ze smyczy i sprawdzająca każde krzaki, dwóch strażników miejskich, biegacz i czterech wielbicieli Amareny. Zabawne jak zapach alkoholu zaczął wzbudzać w ludziach zaufanie i sympatię, ale panowie dalej zwracali na siebie uwagę. Strażnicy Teksasu w maseczkach zauważyli rozbujany chód kwartetu sunącego chodnikiem i podeszli do obywateli, którzy wewnętrzne odkażanie mieli już za sobą.

- Dzień dobry, nie przebywamy w zgromadzeniach powyżej dwóch osób - przemówił jeden z funkcjonariuszy - Powinno być między panami więcej odstępu.

Zamiast odpowiedzieć, że "tak, oczywiście, już się rozchodzimy i każdy osobno wróci do domu", jeden z testerów alkoholu spanikował, rozejrzał się dookoła, wyhaczył spojrzeniem Morfinę i wybełkotał:

- Bo my z psem, z psem jesteśmy.

Spojrzałam na mężczyznę, zastanawiając się dlaczego widok munduru działa na niego w ten sposób i stwierdziłam, że może w swoim zamroczeniu mnie nie zauważył. Objętościowo zajmuję jednak trochę przestrzeni, więc chyba należałoby taką wadę wzroku skonsultować z okulistą.

- Z psem panowie są? A gdzie ten pies? - zapytał strażnik, na co jeden z odpowiadających zaczął gwizdaniem przywoływać Morfinę, która żądna kontaktu z człowiekiem, wyrwała sprintem w kierunku obcego człowieka, wytwarzając merdającym ogonem wiatr o sile tornada. Patrzyłam na to z zażenowaniem, ale stanowcze "Morfina!" przeteleportowało zwierza z powrotem do mnie. Zapięłam puchatej smycz i podjęłam dalszy marsz wzdłuż linii trawnika, zastanawiając się czy zostanę zgarnięta na przesłuchanie w sprawie narkotyków teraz, czy za sekundę.

- Z tą panią panowie jesteście? - zapytał funkcjonariusz - Bo to chyba jej pies. 

Głowy zgromadzonych odwróciły się w moją stronę, a błagalne spojrzenia panów walczących z grawitacją sugerowały mi, że powinnam potwierdzić taką wersję zdarzeń. Z jednej strony głupio człowiekowi nie pomóc, ale z drugiej kłamanie władzy jest chyba wbrew prawu, poza tym odkażeni sami zaczęli plątać się w zeznaniach i użyli do tego bezprawnie mojego psa, który ma problemy z pojęciem lojalności i rozpoznawaniem właściciela.

- Ja tu jestem tylko z nią - odezwałam się w końcu, wskazując na falujące na wietrze i strażnicy pokiwali zgodnie głowami.

- Nieładnie tak kłamać. Proszę zachować większy odstęp i chodzić dwójkami, dobrze? - zganili delikatnie procentowy gang świeżaków i kiedy panowie posypali się jak kręgle i po chwili zwątpienia rozeszli się na cztery strony świata, funkcjonariusze ruszyli dalej, przechadzając się drogą i kontynuując sprawdzanie okolicy.

Poczułam się trochę jak zdrajca, ale też zdałam sobie sprawę, że za faktem, iż rzeczywiście był to mój pies przemawiała tylko smycz i znajomość imienia, znajdującego się na obroży.

Too close...

środa, 1 kwietnia 2020

Drewniany stoliczku


Porozmawiamy dzisiaj o pewnym stole.

W naszej rodzinie meble to przedmioty zdobyczne lub pseudo-antyki (przedmioty tak stare, że powinno się je wyrzucić, bo nie mają wartości materialnej, ich wartość użytkowa jest niska, ale sentyment nie pozwala się ich pozbyć lub wymienić na nowe).

W pokoju stoi drewniany stół, który jest bardzo niski i sięga tak mniej więcej za kolano, licząc od ziemi. Stół ten przybył do nas w spadku po ciotce, która użytkowała go przez 7 lat. Nie jest ani piękny, ani nadzwyczajny, ale stół to stół, a kiedy go dostaliśmy, nasz właśnie był na wykończeniu. Ciotka zmarła 18 lat temu, więc stół ma łącznie 25 lat i przeszedł z nami już cztery przeprowadzki, w tym dwie przez pół Polski.

Jako że koronawirus, siedzenie w domu, zdalne nauczanie i utrata poczytalności, to wpadł mi do głowy pomysł, żeby wymienić filcowe nakładki w nogach stołu.
Wyobraźcie sobie stan psychiczny mózgu, który uznaje to za ekscytującą przygodę.

Zabrałam się do roboty. Obróciłam mebel kopytkami do góry i rozpoczęłam operację zmiany obuwia, kiedy to zauważyłam coś, czego nigdy wcześniej w tym stole nie widziałam. 

Drewniana wajcha. 

Jako inżynier odczułam niepohamowaną potrzebę sprawdzenia do czego owa wajcha służy. Jestem prostym człowiekiem, który kieruje się bardzo prostą zasadą: widzisz wajchę, szarpiesz wajchę (i nie jest to eufemizm).
Obróciłam stół bokiem i odkryłam wyżłobienia. Przesunęłam drewienko po wyżłobieniach i przenosząc się z jednego końca mebla na drugi, szarpałam wajchami na zmianę, czując coraz większe zdziwienie.
Wiedziałam, że stół ma funkcję rozkładania się wszerz, ale nikt z nas nie wiedział, że można sprawić, by stał się wyższy.



Pół mojego życia jadłam właściwie na kolanach, podczas kiedy drewniany cwaniak miał opcję upgrade'u, tylko nikt nie zdawał sobie z tego sprawy.

Teraz ten sam stół sięga mi do biodra. Szkoda tylko, że potrzeba było 25 lat, żeby odkryć tę funkcję.

Wniosek nr 1:

Jeśli widzisz wajchę, to należy za nią szarpnąć, bo na pewno do czegoś służy.

Wniosek nr 2:

To, że znamy coś (lub kogoś) wiele lat, nie znaczy wcale, że wiemy już o tym (lub o nim) wszystko.
W dalszym ciągu możemy być zaskoczeni ile jeszcze zostało nam do odkrycia.