Pewien staruszek szesnaście lat temu znalazł na wycieraczce pakunek. Było to jeszcze zanim przeprowadził się do naszego miasta. Przy zawiniątku znajdowała się karteczka, zapisana dziecięcym pismem:
" Ma na imię Wanda, rodzice chcieli ją utopić, niech jej pan pomoże".
Mężczyzna bojąc się, że w środku może znajdować się dziecko rozwinął paczuszkę, z której coś usilnie próbowało się wydostać. Kiedy pospiesznie zdarł papier i rozerwał karton odkrył, że ze środka przygląda mu się mała, czarna kuleczka, wesoło merdając ogonkiem. Mężczyzna nic nie wiedział o psach i nie planował posiadania żadnego, zwłaszcza że czasy były ciężkie, a zwierzę nie żyje powietrzem. Postanowił, że odda szczeniaka znajomemu, który hodował Owczarki. Spodziewał się, że tam piesek będzie miał lepszą opiekę. Tak jednak nie było. Wanda nie miała szans w walce o jedzenie czy wodę z kilkukrotnie większymi od niej psami. Była zastraszona, zaniedbana i przeraźliwie chuda. Kiedy jej wybawiciel pojawił się u znajomego po kilku tygodniach i zobaczył stan szczeniaka, zamarł. To nie była już merdająca, czarna kuleczka, z wesołymi oczkami, którą znalazł na progu swojego domu. W zagrodzie spoglądał na niego wrak psa, który stracił już nadzieję że jeszcze będzie lepiej.
Mężczyzna walczył sam ze sobą i nie wiedział co począć.
- Nie, nie mogę - powtarzał sobie - pies to obowiązek, nie mam ani czasu, ani środków -
- Głupi! - karcił go głos z tyłu głowy - Jeśli ją tu teraz zostawisz, będziesz współwinny jej śmierci. Zawiedziesz nie tylko tego psa, lecz też dziecko, które zostawiło go pod Twoimi drzwiami. -
Mężczyzna stał przed zagrodą i pozwalał walczyć rozsądkowi z uczuciami. Rozsądek niestety wygrywał i kiedy mężczyzna już odwracał się żeby odejść, piesek zaszczekał. Oczy Wandy spotkały się z oczami mężczyzny i wtedy oboje już wiedzieli jaka będzie decyzja.
"To mój człowiek" pomyślał pies, który poznając wybawcę zaczął merdać i ochoczo dreptać w stronę ogrodzenia.
"To jest mój pies" pomyślał mężczyzna, podnosząc ubrudzoną suczkę z ziemi i wkładając ją pod płaszcz. Mężczyzna ganił się za swoją lekkomyślność, lecz głos rozsądku stawał się coraz cichszy i cichszy, aż w końcu zniknął całkowicie. Przez kilka kolejnych miesięcy poznawali siebie nawzajem i uczyli się swoich zachowań.
"Pan rano wychodzi do pracy, muszę być grzeczna" myślała Wanda.
"Nie będzie mnie cały dzień, lepiej żeby nie narozrabiała" odpowiadał jej właściciel. Tak powoli toczyło się ich życie. Miesiąc za miesiącem, rok za rokiem. Mały szczeniaczek wyrósł na średniej wielkości psa, który był najlepszym przyjacielem mężczyzny, lecz miał jeden problem. Nienawidził Owczarków. Agresja była prawdopodobnie spowodowana traumą z przeszłości, kiedy Wanda musiała dzielić z rywalami kojec oraz jedzenie. To wydarzenie tak silnie wtarło się w pamięci suczki, że na widok Owczarka niemieckiego chowała się za nogami właściciela, a niepokojona przez psa używała zębów by się obronić. Właściciel Wandy próbował wielokrotnie przekonać sukę, że nie wszystkie psy tej rasy są zagrożeniem i że można się z nimi świetnie bawić, jednak Wanda wiedziała swoje. Wieloletnie boje toczone z Owczarkami przyczyniły się do powstania hasła, które towarzyszyło właścicielowi suczki co kroku.
"To ta Wanda, co nie chciała Niemca" mówili wielokrotnie właściciele Owczarków, jako że suka była uprzedzona tylko do tej jednej rasy. Mężczyzna szybko podchwycił określenie i używał go sam, kiedy chciał żartobliwie określić problem swojego psa.
Wanda towarzyszyła mężczyźnie przy licznych przeprowadzkach, pilnowała łóżka, kiedy właściciel ciężko zachorował i pomogła mu przejść przez żałobę po stracie żony. W zamian mężczyzna dawał suczce całą miłość jaka w nim jeszcze została. Przez szesnaście lat jedno wspierało drugiego, ponieważ w końcu nie mieli już nikogo poza sobą. Czysty przypadek zdecydował o tym, żeby ich połączyć i pozwolić im iść razem przez życie. Czas jest jednak nieubłagany i teraz mężczyznę czekała najtrudniejsza decyzja w życiu każdego właściciela psa. Eutanazja. Wanda była ciężko chora, nie kontaktowała i walcząc o powietrze wypluwała z siebie nowe porcje krwi. Weterynarz określił jej szanse na wyzdrowienie. Były zerowe. Właściciel mógł czekać aż pies wyzionie ducha w bólu i męce w ciągu najbliższych dni, lub skrócić jego cierpienia i podziękować mu ten ostatni raz za przebytą razem drogę. Mężczyzna siedział w poczekalni weterynaryjnej i trzymając swoją chorą przyjaciółkę na kolanach, słabą, owiniętą w koc i dogorywającą, znów toczył walkę w swojej głowie. Tym razem jednak żadna opcja nie wydawała się słuszna. Człowiek głaskał swojego psa i walcząc z własnymi łzami opowiadał swoją historię ludziom zgromadzonym w poczekalni, jakby chciał kupić tym jeszcze trochę czasu. Wśród tych ludzi byłam też ja. Po chwili płakał już nie tylko właściciel Wandy. Cała poczekalnia przyglądała się czarnej bohaterce, której droga kończyła się właśnie tutaj.
- I co ja mam zrobić Wandzia? - łkał mężczyzna, nie przestając głaskać psa - I co ja mam teraz zrobić? -
Pies nie był w stanie już podnieść pyska i spojrzeć na właściciela, ale zamerdał ogonem. Słabo, bez energii, lecz to chyba dało siłę mężczyźnie, który wstał, przytulił suczkę i powolnym krokiem przeszedł przez drzwi gabinetu szepcąc:
- Pa Wandzia. Kiedyś się jeszcze spotkamy. Zobaczysz znów swoją panią Wandzia... spotkamy się jeszcze -
Drzwi zamknęły się za nimi, a w poczekalni zapanowała taka cisza, że słychać było tylko siorbanie oczekujących na swoją kolej ludzi. Po pewnym czasie mężczyzna wyszedł z gabinetu sam, bez Wandzi, dzierżąc w rękach tylko jej zakrwawiony koc i obrożę. Usiadł na krześle, które wcześniej zajmował i zalał się łzami. Ludzie próbowali go pocieszyć, podawali mu wodę i zapewniali, że podjął słuszną decyzję. Staruszek kiwał głową, mimo że chyba nikogo nie słyszał. Po chwili otarł łzy, wstał z krzesła, pożegnał się ze wszystkimi i wyszedł dzierżąc w rekach zawiniątko, które tym razem było jednak puste.
Przyszłam do gabinetu tylko po tabletki, a usłyszałam najbardziej wzruszającą historie w moim życiu.
Moje serce zostało roztrzaskane na kawałki w weterynaryjnej poczekalni.
Etykiety
- Bez udziału zwierzat (304)
- Legendy (8)
- Przykre (109)
- Wiara w ludzkosc (358)
- Z humorem (530)
- Zdjeciowe (58)
Co tu się dzieje?
Witam!
Szybkim wstępem: Morfina to moja suka (Golden Retriever), przez którą wielokrotnie jestem świadkiem sytuacji których normalnie bym nie zobaczyła. Te sytuacje są opisywane na tym właśnie blogu. Jeśli jesteś tu przypadkiem to wiedz, że bardzo zbłądziłeś.
niedziela, 7 października 2018
sobota, 6 października 2018
Morfina nie lubi jeździć
Jest wiele psów, które kochają podróżować samochodami, czy innym rodzajem pojazdów. Jako, że Morfina musi być oryginalna, nie należy do tej grupy. Dla świnki wszystko co nią porusza, mimo że ona sama nie przebiera łapami to powód do paniki i dzieło samego szatana. Problem występuje zarówno w poziomie (środki lokomocji), jak i w pionie (winda). Gdzie tylko możemy podróżujemy pieszo, lecz zdarzają się sytuacje gdzie samochód jest konieczny. Wtedy na taką podróż muszę się mentalnie przygotować zarówno ja, jak i ona.
Jeśli ktoś kiedyś chciałby sprawdzić jak silny potrafi być zdeterminowany pies, może pomóc wcisnąć Morfinę, która zaparła się łapami o drzwi, do samochodu. Jest to idealny trening mięśni rąk i nóg, oraz świetne ćwiczenia koordynacji. Kiedy w końcu uda się umieścić psa na tylnym siedzeniu i powstrzymać jego chęć ucieczki przez uchylone drzwi, czy okno, należy zapiąć jego pasy. Czynność tą należy wykonać nie tylko ze względu na bezpieczeństwo psa, lecz głównie dla bezpieczeństwa kierowcy. Nieprzypięta Morfina po trzech sekundach od odpalenia silnika znajduje się już na kolanach osoby prowadzącej, uderzając intensywnie tyłkiem o klakson. Ogon pełni wtedy rolę wycieraczki, a głowa - podpórki na szyję. Nie jest to jednak najbezpieczniejsza pozycja do prowadzenia samochodu, więc pasy niwelują taką ewentualność. Głowa jednakowoż wciąż sięga do ucha kierowcy, który może rozkoszować się muzyką klasyczną płynącą ze strun głosowych przerażonego zwierzęcia. Niestety dostępne są tylko wysokie częstotliwości i brak możliwości zmiany stacji. Z pyska poza operą wydobywają się też pokłady śliny w której samochód mógłby utonąć, gdyby podróż trwała dłużej niż godzinę. Okazjonalnie trafia się też cofka z żołądka, jeśli księżniczka nie podróżuje na czczo. Po dotarciu do celu zmęczony jest nie tylko śpiewający pies, ale i całe towarzystwo przebywające w samochodzie. W autobusie dochodzi jeszcze stres związany z posiadaniem kagańca i brakiem stabilizacji. Morfi wygląda wtedy jakby ćwiczyła kroki do walca i jeśli podejmuję próbę przytrzymania jej nogami, to tańczę walca razem z nią. Wszyscy pasażerowie muszą też być przez nią poinformowani śpiewem syreny jak bardzo chce wyjść z tego blaszanego potwora i jak jej źle z faktem, że musiała do niego wejść.
Próbowałam sobie wyobrazić, co musi się dziać wtedy w jej głowie, ale jedyne co wyczytałam z przerażonych oczu to:
- Umrzemy! To nas pożarło, zaraz tu wszyscy zginiemy! Szczenięta i suki pierwsze do kajut. Będę haftować. Jezusie słodki to zakręca! Ty w berecie, pomóż mi! Zaraz tu wszyscy pomrzemy w męczarniach, jestem za młoda żeby umierać, przekażcie moje sznurki Aresowi, a gumowe piłki Zosi. To już koniec, to już jest koniec! Drzwi, tam są drzwi, puść mnie ja muszę do drzwi! -
Nie myślcie sobie, że z windą jest lepiej.
Jeśli już uda się namówić psa, żeby wszedł do kabiny, to całą drogę w górę lub w dół stoi na maksymalnym rozstawie łap, tak żeby każda kończyna dotykała ścianki i odmawia opuszczenia windy, kiedy ta dojedzie już na miejsce. Zazwyczaj trzeba więc sukę wnosić i wynosić, żeby winda nie pojechała dalej zabierając futro, ponieważ jeździłoby tak sobie cały dzień, będąc zbyt przerażone żeby samodzielnie wysiąść.
Morał tej historii: nie ufaj niczemu co ma drzwi i koła. To nigdy nie wróży nic dobrego.
Jeśli ktoś kiedyś chciałby sprawdzić jak silny potrafi być zdeterminowany pies, może pomóc wcisnąć Morfinę, która zaparła się łapami o drzwi, do samochodu. Jest to idealny trening mięśni rąk i nóg, oraz świetne ćwiczenia koordynacji. Kiedy w końcu uda się umieścić psa na tylnym siedzeniu i powstrzymać jego chęć ucieczki przez uchylone drzwi, czy okno, należy zapiąć jego pasy. Czynność tą należy wykonać nie tylko ze względu na bezpieczeństwo psa, lecz głównie dla bezpieczeństwa kierowcy. Nieprzypięta Morfina po trzech sekundach od odpalenia silnika znajduje się już na kolanach osoby prowadzącej, uderzając intensywnie tyłkiem o klakson. Ogon pełni wtedy rolę wycieraczki, a głowa - podpórki na szyję. Nie jest to jednak najbezpieczniejsza pozycja do prowadzenia samochodu, więc pasy niwelują taką ewentualność. Głowa jednakowoż wciąż sięga do ucha kierowcy, który może rozkoszować się muzyką klasyczną płynącą ze strun głosowych przerażonego zwierzęcia. Niestety dostępne są tylko wysokie częstotliwości i brak możliwości zmiany stacji. Z pyska poza operą wydobywają się też pokłady śliny w której samochód mógłby utonąć, gdyby podróż trwała dłużej niż godzinę. Okazjonalnie trafia się też cofka z żołądka, jeśli księżniczka nie podróżuje na czczo. Po dotarciu do celu zmęczony jest nie tylko śpiewający pies, ale i całe towarzystwo przebywające w samochodzie. W autobusie dochodzi jeszcze stres związany z posiadaniem kagańca i brakiem stabilizacji. Morfi wygląda wtedy jakby ćwiczyła kroki do walca i jeśli podejmuję próbę przytrzymania jej nogami, to tańczę walca razem z nią. Wszyscy pasażerowie muszą też być przez nią poinformowani śpiewem syreny jak bardzo chce wyjść z tego blaszanego potwora i jak jej źle z faktem, że musiała do niego wejść.
Próbowałam sobie wyobrazić, co musi się dziać wtedy w jej głowie, ale jedyne co wyczytałam z przerażonych oczu to:
- Umrzemy! To nas pożarło, zaraz tu wszyscy zginiemy! Szczenięta i suki pierwsze do kajut. Będę haftować. Jezusie słodki to zakręca! Ty w berecie, pomóż mi! Zaraz tu wszyscy pomrzemy w męczarniach, jestem za młoda żeby umierać, przekażcie moje sznurki Aresowi, a gumowe piłki Zosi. To już koniec, to już jest koniec! Drzwi, tam są drzwi, puść mnie ja muszę do drzwi! -
Nie myślcie sobie, że z windą jest lepiej.
Jeśli już uda się namówić psa, żeby wszedł do kabiny, to całą drogę w górę lub w dół stoi na maksymalnym rozstawie łap, tak żeby każda kończyna dotykała ścianki i odmawia opuszczenia windy, kiedy ta dojedzie już na miejsce. Zazwyczaj trzeba więc sukę wnosić i wynosić, żeby winda nie pojechała dalej zabierając futro, ponieważ jeździłoby tak sobie cały dzień, będąc zbyt przerażone żeby samodzielnie wysiąść.
Morał tej historii: nie ufaj niczemu co ma drzwi i koła. To nigdy nie wróży nic dobrego.
piątek, 5 października 2018
Babcia wiedziała.
Kiedy miałam może z sześć lat i chodziłam jeszcze do zerówki, byłam już po moim przełomie świadomości, w którym dotarło do mnie że chcę mieć psa. To nawet nie tak, że ja chciałam mieć psa, ja go potrzebowałam. Fizycznie, tak jak ludzie potrzebują wody i powietrza. Już na tym etapie byłam małym, upartym gnojkiem, który był w stanie czekać lata i zamęczać wszystkich dookoła codziennym przypominaniem, że jak będę już stara i w końcu skończę te osiemnaście lat, to będę mieć najlepszego psa na świecie. W mojej małej główce kołatało się jednak pytanie: jaki właściwie jest ten najlepszy pies? Są przecież psy małe, duże, z futrem długim i krótkim, białe, czarne, kolorowe. Jak wybrać tego idealnego? Nie miałam wtedy pojęcia o istnieniu związków kynologicznych, predyspozycjach rasowych i wzorcach. Potrafiłam odróżnić Owczarka od Pudla i na tym się moja wiedza kończyła. W tym wieku posiadałam już chomika. Był to dla mnie olbrzymi sukces, ponieważ do tej pory miałam tylko rybki i kiedy rodzicielka stwierdziła, że jestem już gotowa na wyższy poziom odpowiedzialności, dostałam piękną, białą kuleczkę, imieniem Puszek. Tak naprawdę chomik był okrągły nie dlatego że miał dużo futerka, on był po prostu tłusty. Dbałam o niego, karmiłam go i przeprowadzałam z nim bogate w treści konwersacje. Po kilku latach Puszek był wielkości małej świnki morskiej i nie mieścił się już w kółeczku do biegania. Chomik dożył sędziwego wieku pięciu lat. Pewnie pożyłby jeszcze z rok, gdybym go nie przekarmiała, ale miałam sześć lat. Guzik wiedziałam o żywieniu chomika, zwłaszcza że mnie również nie szczędzono jedzenia.
Wracając do problemu psa idealnego, nie wiedząc jakiego psa powinnam wybrać za te dwanaście lat (planowałam sporo do przodu, ale dzieci mają średnie poczucie czasu), postanowiłam poprosić o pomoc dorosłych. Chodziłam więc z karteczką do każdego członka rodziny po kolei i stawiając krzywe literki, starałam się zapisać, lub w przypadku trudnych słów - narysować, jaki powinien być ten mój pies.
Jako pierwsza wywiadu udzieliła moja mama:
- Przede wszystkim musi umieć zachować czystość -
- Ale jak ma wyglądać mamo? -
- Jakiś mały, krótka sierść, żeby się z niego nie sypało. Może jamnik? -
- Jajnik? -
- Jamnik. To ten piesek parówka. Z takimi krótkimi nóżkami -
Zapisałam "czysty", z drobną pomocą rodzicielki, bo to skomplikowany wyraz, narysowałam długiego psa o krótkich nóżkach i poszłam do dziadka.
- Dziadku, jaki jest idealny piesek? -
- Taki, który jest trzysta metrów od domu, na łańcuchu i w budzie -
Cóż, dziadek nie był pomocny, ale narysowałam budę na wszelki wypadek. Nie sądziłam jednak, żeby mama pozwoliła mi wybudować ją w mieszkaniu na czwartym piętrze. No cóż, najwyżej się zrobi domek z koca i poduszek. Kolejna była ciocia:
- Najlepiej Pudel. Pudle są bardzo mądre, są niewielkie i bardzo ładne -
- To te jak owieczki? -
- Tak -
Na kartce wylądowała więc chmurka z kółkiem i czterema patykami, imitującymi nogi. Byłam artystą.
Wujek powiedział jednak coś z goła innego niż ciocia:
- Owczarek, albo Doberman. Będzie bronił mieszkania i Ciebie. Duży pies jest najlepszy, przynajmniej jest pożyteczny -
Miałam lekki problem z tym jak narysować te rasy, ale wujek podał mi pomocną dłoń. Wtedy stwierdziłam, że z moim rysowaniem nie jest jeszcze najgorzej. Malowidło wujka przypominało bardziej smoka i włochatą krowę, ale trzeba lubić co się ma. Pytałam jeszcze pradziadka, prababcię, kuzynów, resztę wujostwa, a nawet koleżanki z zerówki. Każdy jednak podawał mi opis i cechy charakteru innego psa. I co ja biedna miałam zrobić? Każdy miał inny wzorzec psa idealnego, a ja już w końcu nie wiedziałam, czy lepszy jest duży pies obronny, czy mały pies torebkowy. Zrezygnowana poszłam do babci, licząc że trochę rozjaśni mi sytuację. Pokazałam jej karteczki i rysunki i spytałam co ona o tym myśli.
- To wszystko bzdety - powiedziała babcia
- Ale jak to? To jak ja mam wybrać pieska? -
- Nieważne jaki on będzie, ważne jaka Ty będziesz. To od Ciebie zależy jaki będzie ten pies i czego go nauczysz. To nie robot, którego można zaprogramować i będzie działał na pilota. On się do Ciebie upodobni i będzie Cię na swój psi sposób naśladował. Dlatego to Ty mu musisz pokazać co jest dobre, a co złe, gdzie może się załatwiać, a gdzie nie, co ma robić kiedy się nudzi, jak się zachować kiedy Cię nie ma. Wygląd nie ma tutaj żadnego znaczenia. Może być mały, duży, gruby, chudy, brzydki, czy ładny. Ważna jest miłość, a miłość nie ma wyglądu. Ważne, żebyś go kochała tak samo mocno kiedy będzie chory, albo stary, albo kiedy będzie miał zły dzień i coś zniszczy. Wtedy on też Cię będzie kochał przez całe życie. Nie zapomnisz? -
- Chyba nie, ale skąd będę wiedzieć, że to ten piesek skoro mam nie patrzeć na wygląd? -
- Serce Ci powie. Oczy Cię okłamią, ale serce nigdy. Pies to przyjaciel, a przyjaciół się nie wybiera, oni pojawiają się sami. No, myj rączki i do stołu, zaraz będzie obiad -
Nie zapomniałam. Szukałam tak daleko, a najlepszą odpowiedź jak zwykle miałam pod samym nosem. Dzięki babciu, miałaś rację. Serce podpowiedziało słusznie, mam swojego najlepszego psa na świecie.
Wracając do problemu psa idealnego, nie wiedząc jakiego psa powinnam wybrać za te dwanaście lat (planowałam sporo do przodu, ale dzieci mają średnie poczucie czasu), postanowiłam poprosić o pomoc dorosłych. Chodziłam więc z karteczką do każdego członka rodziny po kolei i stawiając krzywe literki, starałam się zapisać, lub w przypadku trudnych słów - narysować, jaki powinien być ten mój pies.
Jako pierwsza wywiadu udzieliła moja mama:
- Przede wszystkim musi umieć zachować czystość -
- Ale jak ma wyglądać mamo? -
- Jakiś mały, krótka sierść, żeby się z niego nie sypało. Może jamnik? -
- Jajnik? -
- Jamnik. To ten piesek parówka. Z takimi krótkimi nóżkami -
Zapisałam "czysty", z drobną pomocą rodzicielki, bo to skomplikowany wyraz, narysowałam długiego psa o krótkich nóżkach i poszłam do dziadka.
- Dziadku, jaki jest idealny piesek? -
- Taki, który jest trzysta metrów od domu, na łańcuchu i w budzie -
Cóż, dziadek nie był pomocny, ale narysowałam budę na wszelki wypadek. Nie sądziłam jednak, żeby mama pozwoliła mi wybudować ją w mieszkaniu na czwartym piętrze. No cóż, najwyżej się zrobi domek z koca i poduszek. Kolejna była ciocia:
- Najlepiej Pudel. Pudle są bardzo mądre, są niewielkie i bardzo ładne -
- To te jak owieczki? -
- Tak -
Na kartce wylądowała więc chmurka z kółkiem i czterema patykami, imitującymi nogi. Byłam artystą.
Wujek powiedział jednak coś z goła innego niż ciocia:
- Owczarek, albo Doberman. Będzie bronił mieszkania i Ciebie. Duży pies jest najlepszy, przynajmniej jest pożyteczny -
Miałam lekki problem z tym jak narysować te rasy, ale wujek podał mi pomocną dłoń. Wtedy stwierdziłam, że z moim rysowaniem nie jest jeszcze najgorzej. Malowidło wujka przypominało bardziej smoka i włochatą krowę, ale trzeba lubić co się ma. Pytałam jeszcze pradziadka, prababcię, kuzynów, resztę wujostwa, a nawet koleżanki z zerówki. Każdy jednak podawał mi opis i cechy charakteru innego psa. I co ja biedna miałam zrobić? Każdy miał inny wzorzec psa idealnego, a ja już w końcu nie wiedziałam, czy lepszy jest duży pies obronny, czy mały pies torebkowy. Zrezygnowana poszłam do babci, licząc że trochę rozjaśni mi sytuację. Pokazałam jej karteczki i rysunki i spytałam co ona o tym myśli.
- To wszystko bzdety - powiedziała babcia
- Ale jak to? To jak ja mam wybrać pieska? -
- Nieważne jaki on będzie, ważne jaka Ty będziesz. To od Ciebie zależy jaki będzie ten pies i czego go nauczysz. To nie robot, którego można zaprogramować i będzie działał na pilota. On się do Ciebie upodobni i będzie Cię na swój psi sposób naśladował. Dlatego to Ty mu musisz pokazać co jest dobre, a co złe, gdzie może się załatwiać, a gdzie nie, co ma robić kiedy się nudzi, jak się zachować kiedy Cię nie ma. Wygląd nie ma tutaj żadnego znaczenia. Może być mały, duży, gruby, chudy, brzydki, czy ładny. Ważna jest miłość, a miłość nie ma wyglądu. Ważne, żebyś go kochała tak samo mocno kiedy będzie chory, albo stary, albo kiedy będzie miał zły dzień i coś zniszczy. Wtedy on też Cię będzie kochał przez całe życie. Nie zapomnisz? -
- Chyba nie, ale skąd będę wiedzieć, że to ten piesek skoro mam nie patrzeć na wygląd? -
- Serce Ci powie. Oczy Cię okłamią, ale serce nigdy. Pies to przyjaciel, a przyjaciół się nie wybiera, oni pojawiają się sami. No, myj rączki i do stołu, zaraz będzie obiad -
Nie zapomniałam. Szukałam tak daleko, a najlepszą odpowiedź jak zwykle miałam pod samym nosem. Dzięki babciu, miałaś rację. Serce podpowiedziało słusznie, mam swojego najlepszego psa na świecie.
czwartek, 4 października 2018
Rozmowne sąsiadki
Mieszkam w bloku. W bloku z domofonem, lecz bez windy. Sąsiadka z trzeciego piętra bardzo lubi rozmawiać ze swoją koleżanką mieszkającą tuż pod nią, piętro niżej. Obie kobiety są już w takim wieku, że nawet jedno piętro pokonane schodami jest dla nich zbyt dużym wyzwaniem, żeby mogły chodzić do siebie na herbatki, a żadna z nich najwyraźniej nie uznaje urządzenia jakim jest telefon, lub połączenia są dla nich zbyt drogie.
Skoro nie mogą do siebie chodzić w odwiedziny, a potrzeba ploteczek jest zbyt silna by się jej oprzeć rezolutne kobiety wymyśliły sobie, że przecież mogą rozmawiać przez domofon. Kiedy przychodzi godzina na klachy, jedna z nich bierze miotłę i rytmicznie uderza o sufit, bądź podłogę (w zależności od tej, która przejmuje inicjatywę), wtedy ta druga wie, że czas się wybrać do domofonu. Potrafią tak rozmawiać godzinami i nikomu to szczególnie nie przeszkadza, bo pełnią przy okazji funkcję bramkarza klatki schodowej. Nie trzeba też wyciągać kluczy, ani dzwonić na domofon własnego mieszkania, ponieważ panie otworzą drzwi bez problemu.
Wracałam ostatnio obładowana siatkami z zakupami i trafiłam właśnie na ich maraton najnowszych dzielnicowych wiadomości. Kiedy podeszłam do drzwi trwał kącik kulinarny.
- No i wtedy bierzesz tą śmietankę, tylko pamiętaj 30%, a najlepiej 36% -
- No i ten cukier waniliowy razem z tym zwykłym, czy osobno? -
- Razem możesz wrzucić -
- Czekaj no, bo jest chyba trzecia osoba na linii. Halo? -
- Dzień dobry - odpowiedziałam - Można prosić o otwarcie drzwi? -
- A proszę kochanienka, jak tam piesek zdrowy już? -
- Jeszcze się kuruje, ale jesteśmy na dobrej drodze -
- A to dobrze. Wstrętne guzy. Patrz pani, takie dziadostwo się przypałęta nie wiadomo skąd. Pani wchodzi i pozdrowi pieska -
- Dobrze, dziękuję -
Drzwi otworzyły się za sprawą guzika wciśniętego na drugim lub trzecim piętrze i weszłam do środka, podczas kiedy na zewnątrz toczyła się debata o grudkach z żelatyny.
Jako, że sąsiadki lubią pogawędzić sobie również późną porą wieczorową, a nie chcą budzić reszty mieszkańców swoją perkusją z miotły, postanowiły że można przecież porozmawiać przez junkers. Głos doskonale się przez ten podgrzewacz wody niesie i nie przeszkadzają tym nikomu, jako że sprzęt znajduje się w łazience.
Czasem jednak potrzeba jest silniejsza niż ciepłe łóżko i trzeba się zwlec w środku nocy, z pełnym pęcherzem, niedowładem nóg i zaćmieniem umysłowym.
Wyobraźcie sobie, kiedy całkowicie zaspana weszłam do łazienki, usiadłam sobie wygodnie na tronie i nagle usłyszałam głębokie:
- Nie pamiętam kiedy ostatnio byłaś -
O kurczę. Jakiś wyższy byt spytał mnie kiedy ostatnio sikałam. Z tego co pamiętam, jakieś kilka godzin temu. Tylko dlaczego to takie istotne?
- Tylko nie zapomnij jak ostatnio - usłyszałam głos odbijający się echem gdzieś po lewej stronie.
Nie no, spoko. Myślę, że pęcherz mi nie da zapomnieć, ale dzięki za radę - pomyślałam.
- Ostatnio było grubo, prawie się popłakałam -
Już bez przesady, trochę przetrzymałam, ale nic się przecież nie wydarzyło.
- Zabawny jest, ale w naszym wieku to chyba nas już wszystko bawi -
Chwila. Znałam ten głos.
- Oj przesadzasz, nie jesteśmy jeszcze takie stare -
Spojrzałam na zegarek. 4:30. Te kobiety nigdy nie śpią.
- Masz tyle na ile się czujesz. Ja dobijam osiemnastki -
Skończyłam to, po co przyszłam, umyłam ręce i wyszłam, żeby ordynarnie nie podsłuchiwać rozmowy starszych pań. Rano okazało się, że kobiety wybierały się na występ jakiegoś komika, na którym kiedyś już razem były i z tego co wiem świetnie się tam bawiły.
Jako, że taki system rozmów trwa już u tych pań niezmiennie od pół roku, postanowiliśmy z sąsiadami zwiększyć komfort i dyskrecję rozmów sąsiadek.
Na święta złożymy się i kupimy im Walkie-Talkie... i duży zapas baterii.
środa, 3 października 2018
RODO kontra przedszkole
Dzięki rozporządzeniu o ochronie danych osobowych (RODO) powstały komplikacje, o których wcześniej nikt nie miał nawet pojęcia, że mogą powstać.
Jestem przekonana, że RODO reguluje i rozjaśnia wiele nieścisłości, ale jednocześnie utrudnia nieco życie w praktyce.
Dzięki rozporządzeniu musimy na przykład zgłaszać się osobiście po wyniki kolokwium czy egzaminu, ponieważ nie możemy już otrzymać ich mailem, jak to miało miejsce do tej pory. Dla osób mieszkających w innym mieście jest to pewne utrudnienie, ale tak naprawdę ja mam tutaj najmniejszy powód do narzekania.
Zaraz się dowiecie dlaczego.
Mam znajomą, której córka chodzi do przedszkola. Do tej pory małe pędraczki posiadały szafki na ubranka podpisane imieniem i nazwiskiem. Każda szafka dodatkowo oznaczona była jakimś znaczkiem, na przykład kółeczkiem, czy trójkącikiem. Każdy kształt był w innym kolorze, żeby można było wykorzystać go wielokrotnie tylko w nieco zmienionej formie. Tym sposobem i Jacuś i Agatka mogli mieć gwiazdki, ale żadne z nich się nie myliło, ponieważ były one w różnych wariantach kolorystycznych. Prosto, schematycznie i z przeznaczeniem dla dzieci.
Dzięki RODO z szafek zniknęły dane osobowe, a dzięki jakiemuś nadgorliwemu rodzicowi zniknęły również kształty. Mama Krystianka, czy Violetki stwierdziła bowiem, że znaczki i kolory wywołują genderowe zamieszanie, bo np. dziewczynka z trójkątem (który jest symbolem na męskich toaletach), czy chłopiec z różowym kółeczkiem to już prawie jak zamiana płci.
Przedszkole w trosce o dobro klienta musiało zareagować, lecz nie za bardzo wiedziało w jaki sposób. Nieoznaczone szafki były problematyczne zarówno dla dzieci jak i dla dorosłych, bo który brzdąc zapamięta, że ma półkę w czwartym rzędzie, trzecią od okna, dziesiątą od końca. Rodzic by zapamiętał, ale nie oszukujmy się w dzisiejszym natłoku informacji, przy pięciu pinach do kart płatniczych, domofonach na kod, czy hasłach do niemal wszystkiego, najmniej będzie go obchodzić w której szafce ich potomek trzyma bamboszki i plecaczek.
Powstał jeszcze jeden problem. Rodzice nie mogli już poprosić dyżurnego żeby zawołał pociechę po imieniu, ponieważ... RODO.
Przedszkole wpadło więc na dość ekstrawagancki pomysł, a mianowicie używanie numerków. Żeby jednak nie było jak w Oświęcimiu, szafki zostały ozdobione wizerunkami różnych roślin, tak aby każde dziecko miało swój własny, indywidualny kwiatek. Dzieci jednak w przedszkolu wiele, więc niektóre były różą, a inne pokrzywą.
Teraz wyobraźcie sobie godzinę w której rodzice przychodzą po swoje małe ludziki i mówią do dyżurnego:
- Zawołaj jarzębinę 121 -
- I borówkę 38 -
- Czy błękitna róża 10 jest już ubrana? -
- Co z wierzbą 25? -
Odbiór tych dzieci musi wyglądać jak zamówienie na perfumy. Taka tańsza wersja Channel No. 5, edycja domowa.
Intencje były dobre, ale wydaje mi się że pomysł nie do końca się przyjmie.
Taki bluszczyk kurdybanek musi mieć przekichane.
Jestem przekonana, że RODO reguluje i rozjaśnia wiele nieścisłości, ale jednocześnie utrudnia nieco życie w praktyce.
Dzięki rozporządzeniu musimy na przykład zgłaszać się osobiście po wyniki kolokwium czy egzaminu, ponieważ nie możemy już otrzymać ich mailem, jak to miało miejsce do tej pory. Dla osób mieszkających w innym mieście jest to pewne utrudnienie, ale tak naprawdę ja mam tutaj najmniejszy powód do narzekania.
Zaraz się dowiecie dlaczego.
Mam znajomą, której córka chodzi do przedszkola. Do tej pory małe pędraczki posiadały szafki na ubranka podpisane imieniem i nazwiskiem. Każda szafka dodatkowo oznaczona była jakimś znaczkiem, na przykład kółeczkiem, czy trójkącikiem. Każdy kształt był w innym kolorze, żeby można było wykorzystać go wielokrotnie tylko w nieco zmienionej formie. Tym sposobem i Jacuś i Agatka mogli mieć gwiazdki, ale żadne z nich się nie myliło, ponieważ były one w różnych wariantach kolorystycznych. Prosto, schematycznie i z przeznaczeniem dla dzieci.
Dzięki RODO z szafek zniknęły dane osobowe, a dzięki jakiemuś nadgorliwemu rodzicowi zniknęły również kształty. Mama Krystianka, czy Violetki stwierdziła bowiem, że znaczki i kolory wywołują genderowe zamieszanie, bo np. dziewczynka z trójkątem (który jest symbolem na męskich toaletach), czy chłopiec z różowym kółeczkiem to już prawie jak zamiana płci.
Przedszkole w trosce o dobro klienta musiało zareagować, lecz nie za bardzo wiedziało w jaki sposób. Nieoznaczone szafki były problematyczne zarówno dla dzieci jak i dla dorosłych, bo który brzdąc zapamięta, że ma półkę w czwartym rzędzie, trzecią od okna, dziesiątą od końca. Rodzic by zapamiętał, ale nie oszukujmy się w dzisiejszym natłoku informacji, przy pięciu pinach do kart płatniczych, domofonach na kod, czy hasłach do niemal wszystkiego, najmniej będzie go obchodzić w której szafce ich potomek trzyma bamboszki i plecaczek.
Powstał jeszcze jeden problem. Rodzice nie mogli już poprosić dyżurnego żeby zawołał pociechę po imieniu, ponieważ... RODO.
Przedszkole wpadło więc na dość ekstrawagancki pomysł, a mianowicie używanie numerków. Żeby jednak nie było jak w Oświęcimiu, szafki zostały ozdobione wizerunkami różnych roślin, tak aby każde dziecko miało swój własny, indywidualny kwiatek. Dzieci jednak w przedszkolu wiele, więc niektóre były różą, a inne pokrzywą.
Teraz wyobraźcie sobie godzinę w której rodzice przychodzą po swoje małe ludziki i mówią do dyżurnego:
- Zawołaj jarzębinę 121 -
- I borówkę 38 -
- Czy błękitna róża 10 jest już ubrana? -
- Co z wierzbą 25? -
Odbiór tych dzieci musi wyglądać jak zamówienie na perfumy. Taka tańsza wersja Channel No. 5, edycja domowa.
Intencje były dobre, ale wydaje mi się że pomysł nie do końca się przyjmie.
Taki bluszczyk kurdybanek musi mieć przekichane.
wtorek, 2 października 2018
Szpagaty do kuchni
Morfina upodobała sobie ostatnio leżenie pod lodówką, z przyczyn oczywistych. Stwierdziła najwidoczniej, że skoro nie może biegać to znajdzie sobie inną rozrywkę.
Siedząc dzisiaj przy biurku, kątem oka widziałam jak przenosiła się do kuchni razem z pluszakiem i nie słyszałam żeby wracała. Jako, że zbliżała się pora jej leków i kremików postanowiłam ją zawołać.
Jednak na żadne Morfina, Morfi, Ptyśku, czy Świnko nie było najmniejszej reakcji. Cisza, pies najwidoczniej ogłuchł. Postanowiłam wysunąć artylerię, która zawsze działała.
- Morfi! Ciastko! -
Nic.
- Morfina, chcesz ciasteczko? -
Cisza.
Coś się musiało stać, to nie jest tak że pies może nie zareagować na magiczne słowo-klucz. Zwłaszcza mój pies. Dźwignęłam tyłek z krzesła i zajrzałam przez korytarz do kuchni. Egipskie ciemności, nic nie widać, zwłaszcza mojego złotego Sfinksa z pluszakiem.
- Morfi? Halo? - zawołałam, po czym zaczęłam stawiać ostrożne kroki przez korytarz, ponieważ żarówka się wypaliła, a pies mógł przecież rozłożyć się w dowolnym miejscu podłogi. Żeby jej nie nadepnąć musiałam iść, jakbym grała w Twistera na stojąco. Prawa noga na zielone, lewa na czerwone. Styl żurawia był powolny, ale macając nogą każdy kafelek z osobna, pokonywałam kolejne centymetry dzielące mnie od kuchni. Wyglądało to jakbym grała w "podłoga to lawa" albo "nie wejdź na krawędzie", tylko w wersji metr siedemdziesiąt sześć i ze znaczną nadwagą. To jakby ludzik Michelin próbował tańczyć balet. Wyglądało to zapewne groteskowo, ale przecież nie mogłam nadepnąć psa, bo wyrzuty sumienia nie pozwoliłyby mi zasnąć. Po drodze stwierdziłam, że mam w sumie ochotę na coś słodkiego (jakby mi już nie wystarczało), więc skoro i tak już szłam do kuchni, to postanowiłam w drogę powrotną zabrać coś z lodówki. Z rozmyślań o kuchennych dobrach wybiła mnie moja mama, która wychodząc z łazienki i widząc moje wygibasy stwierdziła, że nie tak się tańczy Jacksona.
- Idę po Morfi, bo chyba mocno śpi i mnie nie słyszy -
- Do kuchni? -
- Tak -
- Przecież ona jest za Tobą -
Faktycznie. Pies niczym ninja szedł za mną, śliniąc się niemiłosiernie na to wspomniane ciastko, co to o nim mówiłam przed chwilą i cierpliwie czekał aż skończę z siebie robić pajaca w korytarzu. Świnka musiała wrócić niezauważenie do pokoju, a ja myśląc że cały czas jest w kuchni nie spojrzałam nawet za siebie. Morfina widziała cały ten cyrk zza moich pleców i nie wydała z siebie ani mlaśnięcia. Nie słyszałam nawet żeby zastukała pazurkami o panele jak to ma w zwyczaju robić, kiedy chodzi.
Dalej cieszę się, że zasłaniam na noc rolety. Sąsiedzi nie raz mieliby powód żeby zadzwonić po miłych panów w białych fartuchach, którzy umieściliby mnie w miękkim pokoju bez klamek. Jako, że już mogłam przestać iść jak paralityk, przeszłam do kuchni jak człowiek, dałam psu ciastko i zabrałam ze sobą ogórki kiszone, oraz musztardę, bo jak wspomniałam chciało mi się słodkiego, a jestem kobietą która wie czego chce.
Nastąpiła zamiana ról w tym związku.
Tym razem to chyba Morfina zaczęła wątpić w moją inteligencję.
Siedząc dzisiaj przy biurku, kątem oka widziałam jak przenosiła się do kuchni razem z pluszakiem i nie słyszałam żeby wracała. Jako, że zbliżała się pora jej leków i kremików postanowiłam ją zawołać.
Jednak na żadne Morfina, Morfi, Ptyśku, czy Świnko nie było najmniejszej reakcji. Cisza, pies najwidoczniej ogłuchł. Postanowiłam wysunąć artylerię, która zawsze działała.
- Morfi! Ciastko! -
Nic.
- Morfina, chcesz ciasteczko? -
Cisza.
Coś się musiało stać, to nie jest tak że pies może nie zareagować na magiczne słowo-klucz. Zwłaszcza mój pies. Dźwignęłam tyłek z krzesła i zajrzałam przez korytarz do kuchni. Egipskie ciemności, nic nie widać, zwłaszcza mojego złotego Sfinksa z pluszakiem.
- Morfi? Halo? - zawołałam, po czym zaczęłam stawiać ostrożne kroki przez korytarz, ponieważ żarówka się wypaliła, a pies mógł przecież rozłożyć się w dowolnym miejscu podłogi. Żeby jej nie nadepnąć musiałam iść, jakbym grała w Twistera na stojąco. Prawa noga na zielone, lewa na czerwone. Styl żurawia był powolny, ale macając nogą każdy kafelek z osobna, pokonywałam kolejne centymetry dzielące mnie od kuchni. Wyglądało to jakbym grała w "podłoga to lawa" albo "nie wejdź na krawędzie", tylko w wersji metr siedemdziesiąt sześć i ze znaczną nadwagą. To jakby ludzik Michelin próbował tańczyć balet. Wyglądało to zapewne groteskowo, ale przecież nie mogłam nadepnąć psa, bo wyrzuty sumienia nie pozwoliłyby mi zasnąć. Po drodze stwierdziłam, że mam w sumie ochotę na coś słodkiego (jakby mi już nie wystarczało), więc skoro i tak już szłam do kuchni, to postanowiłam w drogę powrotną zabrać coś z lodówki. Z rozmyślań o kuchennych dobrach wybiła mnie moja mama, która wychodząc z łazienki i widząc moje wygibasy stwierdziła, że nie tak się tańczy Jacksona.
- Idę po Morfi, bo chyba mocno śpi i mnie nie słyszy -
- Do kuchni? -
- Tak -
- Przecież ona jest za Tobą -
Faktycznie. Pies niczym ninja szedł za mną, śliniąc się niemiłosiernie na to wspomniane ciastko, co to o nim mówiłam przed chwilą i cierpliwie czekał aż skończę z siebie robić pajaca w korytarzu. Świnka musiała wrócić niezauważenie do pokoju, a ja myśląc że cały czas jest w kuchni nie spojrzałam nawet za siebie. Morfina widziała cały ten cyrk zza moich pleców i nie wydała z siebie ani mlaśnięcia. Nie słyszałam nawet żeby zastukała pazurkami o panele jak to ma w zwyczaju robić, kiedy chodzi.
Dalej cieszę się, że zasłaniam na noc rolety. Sąsiedzi nie raz mieliby powód żeby zadzwonić po miłych panów w białych fartuchach, którzy umieściliby mnie w miękkim pokoju bez klamek. Jako, że już mogłam przestać iść jak paralityk, przeszłam do kuchni jak człowiek, dałam psu ciastko i zabrałam ze sobą ogórki kiszone, oraz musztardę, bo jak wspomniałam chciało mi się słodkiego, a jestem kobietą która wie czego chce.
Nastąpiła zamiana ról w tym związku.
Tym razem to chyba Morfina zaczęła wątpić w moją inteligencję.
poniedziałek, 1 października 2018
Operacja to nic. Tortury przychodzą później.
Władczyni podszerstka miała dzisiaj ściągane szwy.
Dziesięć dni tortur i samokontroli, spowodowanej zaleceniami o ograniczeniu ruchu przyprawiało ją już o szaleństwo. Logicznym jest więc, że była w siódmym niebie, kiedy lekarz wyciągał z niej kolejne nitki, ponieważ w jej głowie wyciąganie szwów jest równoznaczne z odzyskaniem przez nią wolności. Tak było za każdym razem, więc czemu teraz miałoby być inaczej, racja? Lekarz miział, dawał ciastka, wyciągnął te dziwne frędzle, co ich nawet polizać nie można było, no najszczęśliwszy dzień w życiu psa.
Do czasu aż okazało się, że do zaleceń trzeba się jeszcze stosować przez tydzień. Teraz jak wytłumaczyć to psu. Ona już w zakamarkach swojego umysłu kopytkowała po łące, z wiatrem we włosach.
Pierwszą rzeczą, jaką Morfina zrobiła po opuszczeniu gabinetu była poza prosząca. Jawna informacja "Mame, a teraz mnie odepnij. Czekałam wieki, byłam grzeczna, żarłam tabletki i walczyłam z chęcią podrapania się choć swędziało bardzo, więc naginaj kark i rusz te swoje przeciwstawne kciuki".
- Sorry mysz, nie tym razem. Musisz się przemęczyć jeszcze tydzień - odrzekłam do błagających oczu i ruszyłam do przodu. Pies jednak siedział. Pies się nigdzie nie wybierał i patrzył na mnie jakby chciał powiedzieć "Czekaj, bo Ty chyba nie zrozumiałaś przekazu. Spuść mnie ze smyczy". Już wtedy wiedziałam, że to będzie długa droga. Coś jej się ewidentnie nie zgadzało. Patrzyła to na mnie, to na blizny, to na gabinet, jakby próbowała mi wytłumaczyć ciąg przyczynowo skutkowy, do którego ja z niewiadomych powodów nie chciałam się dostosować. Po długim przekonywaniu pies ruszył, ale w jej głowie działy się obliczenia matematyczne godne Einsteina. Tyle pytań, tak mało odpowiedzi. "Dlaczego mi to robi? Czyż nie byłam grzeczną dziewczynką? Podrapałam się przecież tylko raz. Może nie wyciągnął wszystkiego? Czekaj matka, wracamy!"
- Morfina co Ty wyrabiasz? -
Pies mnie jednak nie słuchał. Pies już parł w przeciwną stronę, w drogę powrotną do gabinetu. Miała chyba zamiar wyjaśnić to całe nieporozumienie osobiście. Sytuację uratował jamnik, który wyszedł wraz z właścicielem zza zakrętu i zmierzał w naszą stronę. Morfi spojrzała na mnie z wyrzutem mówiącym "Mogę się przywitać z kolegą, czy to też mi bezczelnie odbierzesz?", więc podeszliśmy. Atmosfera nieco zelżała i jakoś namówiłam blond buntowniczkę, że droga do domu to jednak w tę stronę.
Po powrocie, żeby zająć czymś rekonwalescentkę i odwrócić jej uwagę od ruchu, którego jej bardzo brakowało, postanowiłam wyciągnąć zabawki umysłowe, którymi zajmowałam ją do tej pory i powkładać tam smakołyki. Morfina podeszła, spojrzała na mnie z pogardą jakby chciała powiedzieć "Ile można myśleć, głowa mi spuchnie i nie przejdzie przez obrożę, a wtedy już nigdy nie wyjdę na dwór. Taki jest Twój plan Ty sadystko?", po czym poszła do drzwi i patrząc tęsknie na klamkę postanowiła siedzieć tam aż nie zmienię zdania. Było dla mnie jasne, ze ona nie chce już siedzieć na tyłku i rozkminiać jak wydobyć chrupka z gumowej pułapki. Na pewno oddałaby teraz wszystko za patyk. Jednak zalecenia to zalecenia i jeśli lekarz powiedział brak ruchu, to brak ruchu musiał być. Nawet jeśli miało to oznaczać smutną księżniczkę czekającą pod drzwiami na swojego wybawiciela z bukietem badyli.
Morfina bywa uparta i byłam przygotowana na to, że spędzi przy tych drzwiach nawet kilka godzin. To Golden (tak mi się wydaje) i jest kochana, ale czasem się zastanawiam czy jej babcia nie zapatrzyła się na jakiegoś osła. Jednak księżniczka bywa też głodna. Tak mniej więcej cały czas, bez przerwy. Nie wytrzymała więc kuszącego zapachu, wydobywającego się ze smakołyków i udając, że robi to bardzo niechętnie podeszła do pudełka, żeby kolejną godzinę wyciągać z niego kawałki kurczaka, które tam powciskałam.
Foch zelżał przy obiedzie i podczas kolacji był już całkowicie wyeliminowany.
Wciąż jednak przy każdym spacerze, zaraz po wyjściu z klatki świnka siada i smyra łapą moje kolano, żeby się przekonać czy to może już ten moment w którym rozpędzi się tak, że nie dogonią jej własne smutki.
Jej oczy są jak oczy hipnotyzera. Gdyby mogła weszłaby mi do głowy i powtarzała "Zrób to. Na co czekasz, odepnij karabińczyk".
Coś czuję, że kiedy już do tego w końcu dojdzie, z radości uprowadzi jakieś biedne drzewko i nie wypuści go już nigdy. Będzie z nim jeść, spać i karmić je kurczakiem.
Chyba się tego trochę obawiam. Powinnam się bać? Z fizyki pamiętam, że jeśli ogromne pokłady nagromadzonej energii w końcu znajdą ujście, dzieją się rzeczy straszne. Trzeba będzie zadzwonić do telewizji, niech uprzedzą ludzi o zbliżającym się huraganie, w końcu tydzień to niewiele czasu żeby się przygotować.
Dziesięć dni tortur i samokontroli, spowodowanej zaleceniami o ograniczeniu ruchu przyprawiało ją już o szaleństwo. Logicznym jest więc, że była w siódmym niebie, kiedy lekarz wyciągał z niej kolejne nitki, ponieważ w jej głowie wyciąganie szwów jest równoznaczne z odzyskaniem przez nią wolności. Tak było za każdym razem, więc czemu teraz miałoby być inaczej, racja? Lekarz miział, dawał ciastka, wyciągnął te dziwne frędzle, co ich nawet polizać nie można było, no najszczęśliwszy dzień w życiu psa.
Do czasu aż okazało się, że do zaleceń trzeba się jeszcze stosować przez tydzień. Teraz jak wytłumaczyć to psu. Ona już w zakamarkach swojego umysłu kopytkowała po łące, z wiatrem we włosach.
Pierwszą rzeczą, jaką Morfina zrobiła po opuszczeniu gabinetu była poza prosząca. Jawna informacja "Mame, a teraz mnie odepnij. Czekałam wieki, byłam grzeczna, żarłam tabletki i walczyłam z chęcią podrapania się choć swędziało bardzo, więc naginaj kark i rusz te swoje przeciwstawne kciuki".
- Sorry mysz, nie tym razem. Musisz się przemęczyć jeszcze tydzień - odrzekłam do błagających oczu i ruszyłam do przodu. Pies jednak siedział. Pies się nigdzie nie wybierał i patrzył na mnie jakby chciał powiedzieć "Czekaj, bo Ty chyba nie zrozumiałaś przekazu. Spuść mnie ze smyczy". Już wtedy wiedziałam, że to będzie długa droga. Coś jej się ewidentnie nie zgadzało. Patrzyła to na mnie, to na blizny, to na gabinet, jakby próbowała mi wytłumaczyć ciąg przyczynowo skutkowy, do którego ja z niewiadomych powodów nie chciałam się dostosować. Po długim przekonywaniu pies ruszył, ale w jej głowie działy się obliczenia matematyczne godne Einsteina. Tyle pytań, tak mało odpowiedzi. "Dlaczego mi to robi? Czyż nie byłam grzeczną dziewczynką? Podrapałam się przecież tylko raz. Może nie wyciągnął wszystkiego? Czekaj matka, wracamy!"
- Morfina co Ty wyrabiasz? -
Pies mnie jednak nie słuchał. Pies już parł w przeciwną stronę, w drogę powrotną do gabinetu. Miała chyba zamiar wyjaśnić to całe nieporozumienie osobiście. Sytuację uratował jamnik, który wyszedł wraz z właścicielem zza zakrętu i zmierzał w naszą stronę. Morfi spojrzała na mnie z wyrzutem mówiącym "Mogę się przywitać z kolegą, czy to też mi bezczelnie odbierzesz?", więc podeszliśmy. Atmosfera nieco zelżała i jakoś namówiłam blond buntowniczkę, że droga do domu to jednak w tę stronę.
Po powrocie, żeby zająć czymś rekonwalescentkę i odwrócić jej uwagę od ruchu, którego jej bardzo brakowało, postanowiłam wyciągnąć zabawki umysłowe, którymi zajmowałam ją do tej pory i powkładać tam smakołyki. Morfina podeszła, spojrzała na mnie z pogardą jakby chciała powiedzieć "Ile można myśleć, głowa mi spuchnie i nie przejdzie przez obrożę, a wtedy już nigdy nie wyjdę na dwór. Taki jest Twój plan Ty sadystko?", po czym poszła do drzwi i patrząc tęsknie na klamkę postanowiła siedzieć tam aż nie zmienię zdania. Było dla mnie jasne, ze ona nie chce już siedzieć na tyłku i rozkminiać jak wydobyć chrupka z gumowej pułapki. Na pewno oddałaby teraz wszystko za patyk. Jednak zalecenia to zalecenia i jeśli lekarz powiedział brak ruchu, to brak ruchu musiał być. Nawet jeśli miało to oznaczać smutną księżniczkę czekającą pod drzwiami na swojego wybawiciela z bukietem badyli.
Morfina bywa uparta i byłam przygotowana na to, że spędzi przy tych drzwiach nawet kilka godzin. To Golden (tak mi się wydaje) i jest kochana, ale czasem się zastanawiam czy jej babcia nie zapatrzyła się na jakiegoś osła. Jednak księżniczka bywa też głodna. Tak mniej więcej cały czas, bez przerwy. Nie wytrzymała więc kuszącego zapachu, wydobywającego się ze smakołyków i udając, że robi to bardzo niechętnie podeszła do pudełka, żeby kolejną godzinę wyciągać z niego kawałki kurczaka, które tam powciskałam.
Foch zelżał przy obiedzie i podczas kolacji był już całkowicie wyeliminowany.
Wciąż jednak przy każdym spacerze, zaraz po wyjściu z klatki świnka siada i smyra łapą moje kolano, żeby się przekonać czy to może już ten moment w którym rozpędzi się tak, że nie dogonią jej własne smutki.
Jej oczy są jak oczy hipnotyzera. Gdyby mogła weszłaby mi do głowy i powtarzała "Zrób to. Na co czekasz, odepnij karabińczyk".
Coś czuję, że kiedy już do tego w końcu dojdzie, z radości uprowadzi jakieś biedne drzewko i nie wypuści go już nigdy. Będzie z nim jeść, spać i karmić je kurczakiem.
Chyba się tego trochę obawiam. Powinnam się bać? Z fizyki pamiętam, że jeśli ogromne pokłady nagromadzonej energii w końcu znajdą ujście, dzieją się rzeczy straszne. Trzeba będzie zadzwonić do telewizji, niech uprzedzą ludzi o zbliżającym się huraganie, w końcu tydzień to niewiele czasu żeby się przygotować.
Subskrybuj:
Posty (Atom)