Czekam z puchatą platyną pod sklepem spożywczym na znajomego, który wszedł tylko po wodę i jakieś owoce. Z psem wejść do środka nie mogę, a zostawiać jej pod obiektem bez opieki nie mam zamiaru. Stoję więc na uboczu i podczas kiedy ja przeglądam zawartość mojego telefonu, pies obserwuje kroplę wody, sunącą po chodniku i kończącą swoją wędrówkę w kałuży.
- K*rwa mać, wszędzie te psy - słyszę i podnoszę wzrok. U wejścia do sklepu stoi kobieta, na oko 60+, sięgająca mi mniej więcej pod pachę.
- Przepraszam? - pytam, bo jednak słuch już nie ten i może po prostu źle zrozumiałam przesłanie.
- Mówię, że je*ane psy wszędzie. Na wsi psy, w mieście psy, w kosmosie ich jeszcze k*rwa nie było.
Zastanawiam się czy powinnam uświadomić kobietę o istnieniu rosyjskiej Łajki, ale widząc jej pełną czerwieni twarz, odpuszczam.
- Odsuń się z tym psem, bo chcę wejść do sklepu.
Problem polega na tym, że nie blokujemy przejścia. Stoimy jakieś 2,5 metra od drzwi i zachodzimy właściwie bardziej na bar, stojący obok.
- Ogłuchłaś?
Żeby nie wszczynać awantury, przesuwam się nieznacznie o kolejne pół metra. Niczego to nie zmienia, ale może da kobiecie wewnętrzny spokój.
- Wszędzie srają i potem chodniki osrane. Je*ać Was! - rzecze niewiasta i wchodzi do sklepu. Nie mam nawet czasu na ripostę, mój mózg przetwarza to, co się właśnie wydarzyło.
Po chwili kobieta opuszcza sklep i rzuca do mnie:
- Tutaj już nigdy nie kupię, wszarze wszędzie rozniosły swoje bakterie, cały sklep skażony.
Nie odpowiadam. Po pierwsze nie wiem jak, po drugie nie wiem czy jest sens.
Kobieta podchodzi do psa przywiązanego do latarni, czekającego na swoją właścicielkę robiącą zakupy i zamierza się na niego nogą.
Właśnie dlatego nigdy nie zostawiam psa pod sklepem. Psychopaci istnieją, a ich działanie to tylko sekundy.
Krzyczę coś w stylu:
- Zostaw go! Odbiło Ci?
W takiej sytuacji maniery i etykieta schodzą na dalszy plan, poza tym ta pani już wcześniej zdecydowała, że będziemy sobie mówić na "Ty".
Kobieta nie rezygnuje, ale pies odskakuje i zaczyna ujadać. Podbiegam do agresywnej osobniczki i wyrzucam z siebie jakieś nieokreślone słowa, które mają na celu odciągnąć ją od pomysłu znokautowania nogą tego biednego stworzenia.
W tym samym momencie ze sklepu wychodzi właścicielka psa, którą jest starsza kobieta o lasce i dołącza do toczącej się dyskusji.
To, co dzieje się później jest czystym chaosem.
Jedna kobieta usiłuje znokautować drugą siatką z zakupami, w której spoczywa mięso z piersi kurczaka w promocyjnej cenie 12,99 zł, natomiast właścicielka psa okłada konkurentkę laską po nogach. Ja stoję pomiędzy nimi i próbuję przerwać bijatykę, jednocześnie nie wpakowując się w oko cyklonu. W powietrzu fruwają takie kwieciste wiązanki, że mam wrażenie, że przyszła wiosna.
W drzwiach sklepu pojawia się znajomy i obraz jaki zastaje chyba na chwilę go paraliżuje, bo zamiast pomóc, stoi w miejscu i przygląda się walce samic w wieku średnim.
- Rafał! - wybudzam go z transu i odkładając zakupy, chłopak podchodzi, żeby rozdzielić krąg wyzwisk i rozwiązań siłowych. Po lekkiej szarpaninie obie panie zwiększają między sobą odległość na tyle, że teraz mogą atakować się już tylko słownie.
- Rozwalę Cię ku*wo i tego Twojego pchlarza też - rzuca niższa z kobiet.
- Jeszcze raz Cię zobaczę w pobliżu mojego psa, to Ci tą laską od odbytu do gardła przejadę - odpowiada ta uzbrojona w sprzęt rehabilitacyjny.
- Wszędzie te ku*ewskie psy!
- Wszędzie te ochu*ałe baby!
Kilku przechodniów przygląda się starciom, ale zwiększający się tłumek ostatecznie rozdziela kobiety i agresor odchodzi w swoją stronę, rzucając pod nosem dalszymi wyzwiskami.
- Przepraszam, poniosło mnie troszkę, no ale jak tak można - mówi po chwili zasapana kobieta, odwiązując swojego psa.
Wygląda na zmęczoną, ale gotową do dalszej walki.
Zabieramy nasze zakupy i odchodzimy, oglądając się za siebie i upewniając, że kobiety znowu na siebie nie wpadną.
- Widziałeś to? - pytam, bo zdarzenie było tak intensywne i szybkie, że nie jestem pewna co dokładnie się stało.
- Ta - odpowiada znajomy - Ta kobieta która zaatakowała psa weszła do sklepu, zażądała obsługi bez kolejki "bo już stara jest", a jak jej odmówili to się wepchnęła i była oburzona, że ją usunięto z tej kolejki. Wiesz, jakby się spytała to jeszcze, ale ona zażądała, więc każdy miał nosie roszczeniowe babsko.
- Nie żartuj. Zanim weszła jeszcze trochę pobluzgała w moją stronę, że jej psy srają na chodnik - dodaję.
- Ten pies konkretnie?
- Chyba wszystkie, tylko akurat staliśmy, to nam się oberwało.
- Wiesz, tak w sumie to dawno tutaj nie widziałem osranego chodnika, jak mam być szczery.
- Ja też.
- Najwidoczniej nie lubi wszystkich psów.
- Wiesz, jest różnica między tym, że ktoś psów nie lubi, a tym, że je zaczyna okładać nogą. Taka dość spora różnica.
- Tak szczerze, to ciekawy jestem kto by wygrał. Ta większa była bliska tego, żeby tamtą poddusić tą laską, za to ta krótsza chciała jej chyba założyć Nelsona biustem. Nic tylko kisiel dorzucić.
- Śmiej się, ale mogły się tam pozabijać.
- Pozabijać to nie... co najwyżej lekko pokiereszować. To było dziwne w każdym razie.
Tak. Dziwne to dobre słowo.
Etykiety
- Bez udziału zwierzat (304)
- Legendy (8)
- Przykre (109)
- Wiara w ludzkosc (358)
- Z humorem (530)
- Zdjeciowe (58)
Co tu się dzieje?
Witam!
Szybkim wstępem: Morfina to moja suka (Golden Retriever), przez którą wielokrotnie jestem świadkiem sytuacji których normalnie bym nie zobaczyła. Te sytuacje są opisywane na tym właśnie blogu. Jeśli jesteś tu przypadkiem to wiedz, że bardzo zbłądziłeś.
poniedziałek, 7 października 2019
niedziela, 6 października 2019
Morfinie hobby
Pamiętacie jeszcze niedawny post, w którym puchaty potomek wilka (ewolucja poszła w złą stronę) odkrył istnienie kasztanów, będąc na tej planecie już siódmy rok?
Jeśli nie, zapraszam tu:
Jeśli tak, kontynuujmy.
Morfina będąc psem uczącym się na własnych błędach (czasem ta nauka trwa trochę dłużej), wyrobiła sobie zdanie o zielonych, kolczastych kulkach spadających z drzewa - nie cacy.
Gładkie dobro w środku, które z łatwością przenosiło się w pysku było jednak bardzo cacy.
Ostatnie dni były naprawdę wietrzne i mając na myśli wietrzne, mówię o 5 w skali Beauforta, wietrzne. Tak mocne uderzenia powietrza strząsały z drzew kasztany w ilości przekraczającej jakąkolwiek skalę. Samochody jeździły po kasztanowych ulicach, a ludziom chrupało pod nogami na chodnikach. Drzewa w bardzo szybkim czasie zostały kompletnie ogołocone.
Nie uszło uwadze Morfiny, że lecące z dużej wysokości kolczaste owoce szatana, rozbijają się z trzaskiem po zetknięciu z twardą nawierzchnią, a ze środka wyskakują jak popcorn jej ukochane brązowe kuleczki.
W głowie psa zrodził się pomysł. Narodziło się też nowe hobby.
Po głębszych obserwacjach śledź postanowił przejść do działania i opuszczając mnie, czytającą książkę na ławce, podszedł pod drzewo dobroci. Włosiane śledziło uważnie przelot kolczastych kulek i kiedy już roztrzaskiwały się o chodnik, zbierało gładkie wnętrza celem przeniesienia ich w bezpieczne miejsce przy ławce. Minuty zmieniały się w godziny, a zabawa trwała dalej. Czasem Świniak nie zdążył uskoczyć i przy mocniejszym powiewie wiatru obrywał po tyłku deszczem kasztanów, czasem musiał pomagać przy porodzie brązowych piłeczek i pazurami wydłubywać je z zielonych skorupek, które bezczelnie nie chciały się otworzyć. Nim się obejrzałam, miałam obok siebie pokaźny stosik kasztanów. Znam wiele dzieci, które chodzą jeszcze do podstawówki, więc uznałam, że na pewno kulki przydadzą im się do szkoły. Nauczyciele zawsze jesienią proszą o zbieranie liści, żołędzi, jarzębiny i kasztanów do prac plastycznych. Nie sądziłam, żeby w tym roku zrobili wyjątek.
Nie przerywałam więc Morfinie pracy.
Problem pojawił się dość szybko.
Podczas gdy pies, lekko już zmachany, nabierał tempa, ja upychałam gładkie znaleziska do kieszeni, torby, a nawet psich worków na odchody. Wyglądałam jak chomik po odkryciu dziupli wiewiórek. Morświn wpadł w swego rodzaju trans i zrozumiałam, że nie spocznie póki nie wyzbiera wszystkich kasztanów jakie tylko znajdą się w zasięgu jej wzroku. Kulek jednak wciąż przybywało, a puchaty Syzyf nie wyglądał jakby miał zamiar się poddać.
Zbierało się również na deszcz.
Morświn był stanowczo poza zasięgiem, utkwiony w sekwencji: Kasztan spada - pies dobiega do kasztana, unikając znokautowania przez niedobre jeżyki, spadające z drzewa - pies zanosi kasztana na stosik - pies czeka aż kasztan spadnie - kasztan spada... gdzieś w tle słychać nawoływanie, ale kto by się tym przejmował.
Dopiero zapach ciastek uświadomił Morfinie, że czas wyrwać się z hipnozy.
Wróciłam do domu z potężną reklamówką kasztanów (które przesypałam dopiero w domu z moich kieszeni, torby i małych torebeczek), zmęczonym jeżozwierzem, który od soku z kasztanów, rozbijających się na futrze wyglądał jak Bob Marley i świadomością, że Morfina to jednak aporter, tylko nie zawsze chce jej się przynosić to co zostanie jej rzucone. Dużo lepszą zabawą jest przecież ucieczka z piłką, niż jej przyniesienie.
Jeśli nie, zapraszam tu:
---> Morfina na misji <---
Jeśli tak, kontynuujmy.
Morfina będąc psem uczącym się na własnych błędach (czasem ta nauka trwa trochę dłużej), wyrobiła sobie zdanie o zielonych, kolczastych kulkach spadających z drzewa - nie cacy.
Gładkie dobro w środku, które z łatwością przenosiło się w pysku było jednak bardzo cacy.
Ostatnie dni były naprawdę wietrzne i mając na myśli wietrzne, mówię o 5 w skali Beauforta, wietrzne. Tak mocne uderzenia powietrza strząsały z drzew kasztany w ilości przekraczającej jakąkolwiek skalę. Samochody jeździły po kasztanowych ulicach, a ludziom chrupało pod nogami na chodnikach. Drzewa w bardzo szybkim czasie zostały kompletnie ogołocone.
Nie uszło uwadze Morfiny, że lecące z dużej wysokości kolczaste owoce szatana, rozbijają się z trzaskiem po zetknięciu z twardą nawierzchnią, a ze środka wyskakują jak popcorn jej ukochane brązowe kuleczki.
W głowie psa zrodził się pomysł. Narodziło się też nowe hobby.
Po głębszych obserwacjach śledź postanowił przejść do działania i opuszczając mnie, czytającą książkę na ławce, podszedł pod drzewo dobroci. Włosiane śledziło uważnie przelot kolczastych kulek i kiedy już roztrzaskiwały się o chodnik, zbierało gładkie wnętrza celem przeniesienia ich w bezpieczne miejsce przy ławce. Minuty zmieniały się w godziny, a zabawa trwała dalej. Czasem Świniak nie zdążył uskoczyć i przy mocniejszym powiewie wiatru obrywał po tyłku deszczem kasztanów, czasem musiał pomagać przy porodzie brązowych piłeczek i pazurami wydłubywać je z zielonych skorupek, które bezczelnie nie chciały się otworzyć. Nim się obejrzałam, miałam obok siebie pokaźny stosik kasztanów. Znam wiele dzieci, które chodzą jeszcze do podstawówki, więc uznałam, że na pewno kulki przydadzą im się do szkoły. Nauczyciele zawsze jesienią proszą o zbieranie liści, żołędzi, jarzębiny i kasztanów do prac plastycznych. Nie sądziłam, żeby w tym roku zrobili wyjątek.
Nie przerywałam więc Morfinie pracy.
Problem pojawił się dość szybko.
Podczas gdy pies, lekko już zmachany, nabierał tempa, ja upychałam gładkie znaleziska do kieszeni, torby, a nawet psich worków na odchody. Wyglądałam jak chomik po odkryciu dziupli wiewiórek. Morświn wpadł w swego rodzaju trans i zrozumiałam, że nie spocznie póki nie wyzbiera wszystkich kasztanów jakie tylko znajdą się w zasięgu jej wzroku. Kulek jednak wciąż przybywało, a puchaty Syzyf nie wyglądał jakby miał zamiar się poddać.
Zbierało się również na deszcz.
Morświn był stanowczo poza zasięgiem, utkwiony w sekwencji: Kasztan spada - pies dobiega do kasztana, unikając znokautowania przez niedobre jeżyki, spadające z drzewa - pies zanosi kasztana na stosik - pies czeka aż kasztan spadnie - kasztan spada... gdzieś w tle słychać nawoływanie, ale kto by się tym przejmował.
Dopiero zapach ciastek uświadomił Morfinie, że czas wyrwać się z hipnozy.
Wróciłam do domu z potężną reklamówką kasztanów (które przesypałam dopiero w domu z moich kieszeni, torby i małych torebeczek), zmęczonym jeżozwierzem, który od soku z kasztanów, rozbijających się na futrze wyglądał jak Bob Marley i świadomością, że Morfina to jednak aporter, tylko nie zawsze chce jej się przynosić to co zostanie jej rzucone. Dużo lepszą zabawą jest przecież ucieczka z piłką, niż jej przyniesienie.
sobota, 5 października 2019
Czarny kot - wielkie szczęście
Kilkanaście lat temu, członek mojej rodziny, będąc wówczas człowiekiem młodym i bardzo pechowym, przechodził jeden z najtrudniejszych i najbardziej samotnych okresów w swoim życiu.
Mężczyzna stracił pracę, w której tuż przed Wigilią nastąpiła nieoczekiwana redukcja etatów. W wyniku paskudnej i nieprawdziwej plotki stracił również wszystkich dotychczasowych przyjaciół (którzy jeśli uwierzyli plotkom, tak naprawdę dobrymi przyjaciółmi nigdy nie byli), a stan jego mieszkania oscylował między "tragedią", a "klęską żywiołową". Przez częste zapominalstwo sąsiada z góry, który pozostawiał odkręcony kran i zatkaną wannę aż do przelania, woda postępując zgodnie z prawem grawitacji, szukała ujścia na kafelkach sąsiada, które znajdowały się w niedalekiej odległości od sufitu omawianego członka rodziny. Częste zalania prowadziły do powodzi w salonie i powstania pleśni, z którą mężczyzna usilnie próbował walczyć, lecz z góry skazany był na porażkę. Pęczniejąca podłoga i zniszczone meble były tylko wierzchołkiem góry lodowej powstałych przez sąsiedzkie kąpiele problemów.
Mówią, że jeśli ktoś nie ma szczęścia w kartach, to ma je w miłości.
Cóż, powiedzmy, że ten człowiek nie był dobry ani w pokerze, ani we flircie.
Niestety nikt nie był w stanie stwierdzić co było przyczyną tak niewyobrażalnego pecha. Jedni zrzucali winę na zły los i nieprzewidywalny zbiegów okoliczności, inni mówili o klątwie i złych urokach, rzuconych na mężczyznę za dziecka.
Efektem końcowym zawsze był jednak niefart.
Jeśli ktoś miałby się potknąć o jedyny wystający fragment chodnika, to byłby to właśnie ten człowiek. Kiedy książki spadały z półek, wiadomo było, że spadną na niego.
Rowery rozpadały się przy nim na kawałki, a samochodów wolał nawet nie dotykać, ponieważ od samego patrzenia na nie, zaczynały warczeć i zalewać się płynami.
Zwierzęta go nie cierpiały, chociaż on bardzo do nich lgnął. Może wyczuwały chodzące za nim nieszczęście, a może przeszkadzał im nadmiar taniej wody kolońskiej, której zwykł używać. Raz nawet kopnęła go najspokojniejsza klacz sąsiada i w to wydarzenie nie chciał uwierzyć nikt w okolicy, gdyż bardziej spokojnego stworzenia niż "Baśka" ze świecą było szukać.
Tkwiąc w swym nieszczęściu, mężczyzna postanowił udać się do przejezdnej wróżki i poznać własny los. Miał nadzieję, że nawet jeśli usłyszy o swoim pechu z perspektywy najbliższej przyszłości, to będzie się w stanie jakoś przed nim uchronić.
Madame Oksana (na co dzień będąca Aleksandrą) rozłożyła tarota, pomachała wahadełkiem i wywróżyła nieszczęśnikowi duże straty finansowe, oraz dalsze niepowodzenia. Światełkiem w tunelu miało być jednak znalezienie przyjaciela.
Wróżka zdawała się być bardzo trafna w swoich przewidywaniach, ponieważ nie tylko zażądała za swoje usługi 100 zł, lecz również uraczyła się całym portfelem, który magicznie zniknął z kieszeni jej klienta, kiedy ten opuszczał jej przejezdny interes. Jako, że w portfelu znajdował się tylko jeden, pięćdziesięciozłotowy banknot, cena za poznanie przyszłości wzrosła tylko o 50 %. Wszystkie dokumenty trzeba było jednak wyrobić od nowa, a sentymentalne pamiątki przepadły bezpowrotnie. Mężczyzna zorientował się o stracie zbyt późno by zastać wróżkę na miejscu i musiał pogodzić się ze stratą, licząc, że wszystkie jej przepowiednie będą trafne, nie tylko te negatywne.
Tracąc ostatnią nadzieję na poprawę swojej sytuacji, pechowiec udał się do baru, w którym wdał się w bójkę z przypadkowym obywatelem, ponieważ nie potrafił prawidłowo odpowiedzieć na pytanie: "Za kim jesteś?".
Nie znał się na drużynach piłkarskich, których dotyczyło pytanie, a jego brak odpowiedzi został uznany za przynależność do wrogiego klubu i potraktowany w dość jednoznaczny sposób.
Niestety, barmana nie obchodziło kto zaczął i oboje panowie skończyli na bruku, z twarzami mokrymi od jesiennego błota.
Uciekając przed swoim przeznaczeniem, ważącym 110 kg i mierzącym prawie 2 metry, który nie uznawał sprawy za zakończoną, mężczyzna trafił do uliczki, gdzie schował się za kubłami na śmieci.
To tam poznał Teodora - czarnego kota, który przyglądał mu się złotymi oczami z dezaprobatą, ale nie odrazą, z jaką traktowała go większość zwierząt.
Teodor nosił oznaki życia na ulicy. Jego naderwane ucho i lekko przybrudzona sierść nie odbierały mu dostojeństwa i urody, ale świadczyły o tym, że kot zdążył poznać już życie i dla niego również nie było ono delikatne.
Mężczyzna, który wymknął się z objęć śmierci uznał to za dobry omen i postanowił zaryzykować pogłaskaniem kota. Liczył na pazury wbite w jego dłoń i zęby, rozrywające mu skórę, ale zwierzę tylko otarło się o wyciągniętą rękę i zeskoczyło na ziemię, dalej wpatrując się z wyczekiwaniem w przybysza.
Dlaczego Teodor postąpił w ten sposób jest do tej pory nierozwiązaną zagadką. Niektórzy zakładali, że kot nie posiadał węchu, lub nie cenił wystarczająco swoich dziewięciu żyć, lecz ja wolę teorię mówiącą o tym, że nieszczęścia po prostu lubią chodzić parami.
Kot stał się w pełni czarny dopiero po kąpieli, która ku zdziwieniu mężczyzny obyła się bez ubytków na zdrowiu dla obu stron. Czarne zwierzę otrzymało też wtedy swoje imię. Może liczyło na coś bardziej mrocznego i eterycznego, ale nie trafiło najgorzej. Kot mógł zostać u kogoś, kogo szczytem kreatywności byłoby nadanie mu imienia takiego jak: Kiciuś, czy Kocia. Nie miał więc całkowitego pecha, jakie posiadał jego nowy właściciel.
Mówią, że koty same wybierają sobie człowieka, lecz jeśli tak jest, ten konkretny kot był pozbawiony instynktu samozachowawczego. To, albo został zesłany specjalnie, żeby dopilnować aby życie pechowca nie zakończyło się zbyt szybko przez splot nieszczęśliwych dla niego wypadków.
Teodor i jego właściciel byli nierozłączni. Kot posiadał pewną osobliwą cechę - nigdy nie miauczał. Mężczyzna nie wiedział nawet, czy kot posiada struny głosowe. O jedzenie prosił wyczekując cierpliwie przy misce, to samo działo się, kiedy musiał przypomnieć swojemu człowiekowi o czystości kuwety. Ulubionym miejscem snu Teodora była głowa jego opiekuna, a w przypadku jej chwilowego braku - jego poduszka.
Kot obserwował z odległości nieszczęście właściciela i wypadki, które zdarzały mu się na każdym kroku. Wylanie oleju, przez oberwanie uchwytu garnka, potknięcie się o dywan i rozbicie nosa, poparzenie się żelazkiem, upadek z drabiny. Teodor patrzył i analizował. Zapewne on również nie mógł wyjść z podziwu nad niezdarnością opiekuna.
Pewnego dnia, kiedy mężczyzna zaznaczał w gazecie ogłoszenia, bezowocnie szukając pracy, Teodor zeskoczył z jego głowy i podszedł do wyjściowych drzwi. Kot nie wychodził wcześniej i jego właściciel, ze względu na obecność biegających wolno psów, nie chciał mu na to pozwalać.
Wtedy to zwierzę po raz pierwszy zamiauczało. Człowieka tak zdziwiło to zjawisko, że podszedł do kota, chcąc sprawdzić co się stało. Teodor podskakiwał do klamki i skrobał pazurami o drzwi.
- Nie możesz wyjść sam. Stanie Ci się coś złego i co ja zrobię? - powiedział właściciel zwierzęcia.
Kot bardzo jednak nalegał.
- Możemy wyjść na chwilę razem - dodał, wsadzając sobie Teodora na ramię i opuścił mieszkanie, zamykając za sobą drzwi. Kot niemal natychmiast zeskoczył na ziemię i zaczął uciekać po krętych schodach.
- Teodor! Wracaj! Nie! - krzyczał za nim mężczyzna, zastanawiając się co w zwierzę wstąpiło. Miał go już od kilku miesięcy i nigdy dotąd nie zachowywał się w ten sposób.
Rozpoczęła się gonitwa, w której czarny kot przemykał pod samochodami i krył się w cieniu krzewów. Zdradzały go tylko jasne oczy, wyczekujące ruchu swojego człowieka. Teodor uciekał, ale robił to tak, żeby jego właściciel zawsze mógł mieć go na oku. Kiedy mężczyzna zbliżał się do kota, ten w ostatnim momencie uskakiwał przed rekami, odbiegał kawałek i czekał tam na opiekuna.
Po godzinnym pościgu za kotem, jego właściciel usiadł na ławce i z rezygnacją popatrzył na swoje zwierzę, chowające się pod płotem.
- Nawet kot ode mnie ucieka - powiedział do siebie - Jestem jednak przeklęty.
Teodor jakby rozumiejąc rodzący się smutek właściciela, podszedł do niego i wskoczył na ławkę, moszcząc się na kolanach opiekuna.
Za każdym razem kiedy mężczyzna się podnosił, zwierzę rozpoczynało zabawę w berka od nowa. Od momentu wyjścia z domu minęła już godzina i zostało przebytych wiele kilometrów, bardzo krętymi drogami.
W końcu Teodor pozwolił się jednak zatrzymać i zezwolił na powrót do domu. Zmęczony właściciel, wylewając na czarne zwierzę, spoczywające mu na ramieniu, kubeł żalu i pytań, maszerował dzielnie w stronę domu. Mężczyzna był wykończony i zachodził w głowę, co też odbiło (do tej pory bardzo statecznemu) kotu.
Po drodze mijały ich wozy straży pożarnej i właściciel kota zauważył z zaskoczeniem, że wszystkie jednostki kierowały się w stronę, w którą on sam zmierzał. W kierunku jego domu.
Kiedy mężczyzna ujrzał dym, unoszący się nad znajomym mu blokiem, wiedział już, że stało się coś strasznego. Nie mylił się. Pod wejściem do klatki stała większość mieszkańców, wyewakuowanych przez strażaków, a ludzie w specjalnych strojach i kaskach, gasili to, co jeszcze tliło się w mieszkaniu jego sąsiada.
Jak się później okazało, człowiek, który regularnie zapominał o lejącej się w łazience wodzie, potrafił również zapomnieć o zupie pozostawionej na gazie. Ten sam człowiek lubił też drzemki, co w połączeniu dawało bardzo niebezpieczną mieszankę.
Tego dnia nikomu nic się nie stało. Mieszkanie winnego zamieszaniu mężczyzny spłonęło doszczętnie, a sąsiadujące mieszkania ogień zahaczył, nie wyrządzając większych szkód materialnych. Pokoje i tak od dawna potrzebowały remontu. Jako, że ogień pnie się w górę, mieszkanie pechowca zostało nienaruszone. Po raz pierwszy w swoim długim życiu mężczyzna miał fart.
Nie wiadomo czy proroctwo wróżki było wynikiem zbiegu okoliczności, czy siły sprawczej, ale jedno stało się dla mężczyzny pewne.
Czarne koty nie przynoszą pecha, a przed nim rozpościerał się wachlarz nowych możliwości i bardzo szczęśliwe życie, z Teodorem u boku.
Mężczyzna stracił pracę, w której tuż przed Wigilią nastąpiła nieoczekiwana redukcja etatów. W wyniku paskudnej i nieprawdziwej plotki stracił również wszystkich dotychczasowych przyjaciół (którzy jeśli uwierzyli plotkom, tak naprawdę dobrymi przyjaciółmi nigdy nie byli), a stan jego mieszkania oscylował między "tragedią", a "klęską żywiołową". Przez częste zapominalstwo sąsiada z góry, który pozostawiał odkręcony kran i zatkaną wannę aż do przelania, woda postępując zgodnie z prawem grawitacji, szukała ujścia na kafelkach sąsiada, które znajdowały się w niedalekiej odległości od sufitu omawianego członka rodziny. Częste zalania prowadziły do powodzi w salonie i powstania pleśni, z którą mężczyzna usilnie próbował walczyć, lecz z góry skazany był na porażkę. Pęczniejąca podłoga i zniszczone meble były tylko wierzchołkiem góry lodowej powstałych przez sąsiedzkie kąpiele problemów.
Mówią, że jeśli ktoś nie ma szczęścia w kartach, to ma je w miłości.
Cóż, powiedzmy, że ten człowiek nie był dobry ani w pokerze, ani we flircie.
Niestety nikt nie był w stanie stwierdzić co było przyczyną tak niewyobrażalnego pecha. Jedni zrzucali winę na zły los i nieprzewidywalny zbiegów okoliczności, inni mówili o klątwie i złych urokach, rzuconych na mężczyznę za dziecka.
Efektem końcowym zawsze był jednak niefart.
Jeśli ktoś miałby się potknąć o jedyny wystający fragment chodnika, to byłby to właśnie ten człowiek. Kiedy książki spadały z półek, wiadomo było, że spadną na niego.
Rowery rozpadały się przy nim na kawałki, a samochodów wolał nawet nie dotykać, ponieważ od samego patrzenia na nie, zaczynały warczeć i zalewać się płynami.
Zwierzęta go nie cierpiały, chociaż on bardzo do nich lgnął. Może wyczuwały chodzące za nim nieszczęście, a może przeszkadzał im nadmiar taniej wody kolońskiej, której zwykł używać. Raz nawet kopnęła go najspokojniejsza klacz sąsiada i w to wydarzenie nie chciał uwierzyć nikt w okolicy, gdyż bardziej spokojnego stworzenia niż "Baśka" ze świecą było szukać.
Tkwiąc w swym nieszczęściu, mężczyzna postanowił udać się do przejezdnej wróżki i poznać własny los. Miał nadzieję, że nawet jeśli usłyszy o swoim pechu z perspektywy najbliższej przyszłości, to będzie się w stanie jakoś przed nim uchronić.
Madame Oksana (na co dzień będąca Aleksandrą) rozłożyła tarota, pomachała wahadełkiem i wywróżyła nieszczęśnikowi duże straty finansowe, oraz dalsze niepowodzenia. Światełkiem w tunelu miało być jednak znalezienie przyjaciela.
Wróżka zdawała się być bardzo trafna w swoich przewidywaniach, ponieważ nie tylko zażądała za swoje usługi 100 zł, lecz również uraczyła się całym portfelem, który magicznie zniknął z kieszeni jej klienta, kiedy ten opuszczał jej przejezdny interes. Jako, że w portfelu znajdował się tylko jeden, pięćdziesięciozłotowy banknot, cena za poznanie przyszłości wzrosła tylko o 50 %. Wszystkie dokumenty trzeba było jednak wyrobić od nowa, a sentymentalne pamiątki przepadły bezpowrotnie. Mężczyzna zorientował się o stracie zbyt późno by zastać wróżkę na miejscu i musiał pogodzić się ze stratą, licząc, że wszystkie jej przepowiednie będą trafne, nie tylko te negatywne.
Tracąc ostatnią nadzieję na poprawę swojej sytuacji, pechowiec udał się do baru, w którym wdał się w bójkę z przypadkowym obywatelem, ponieważ nie potrafił prawidłowo odpowiedzieć na pytanie: "Za kim jesteś?".
Nie znał się na drużynach piłkarskich, których dotyczyło pytanie, a jego brak odpowiedzi został uznany za przynależność do wrogiego klubu i potraktowany w dość jednoznaczny sposób.
Niestety, barmana nie obchodziło kto zaczął i oboje panowie skończyli na bruku, z twarzami mokrymi od jesiennego błota.
Uciekając przed swoim przeznaczeniem, ważącym 110 kg i mierzącym prawie 2 metry, który nie uznawał sprawy za zakończoną, mężczyzna trafił do uliczki, gdzie schował się za kubłami na śmieci.
To tam poznał Teodora - czarnego kota, który przyglądał mu się złotymi oczami z dezaprobatą, ale nie odrazą, z jaką traktowała go większość zwierząt.
Teodor nosił oznaki życia na ulicy. Jego naderwane ucho i lekko przybrudzona sierść nie odbierały mu dostojeństwa i urody, ale świadczyły o tym, że kot zdążył poznać już życie i dla niego również nie było ono delikatne.
Mężczyzna, który wymknął się z objęć śmierci uznał to za dobry omen i postanowił zaryzykować pogłaskaniem kota. Liczył na pazury wbite w jego dłoń i zęby, rozrywające mu skórę, ale zwierzę tylko otarło się o wyciągniętą rękę i zeskoczyło na ziemię, dalej wpatrując się z wyczekiwaniem w przybysza.
Dlaczego Teodor postąpił w ten sposób jest do tej pory nierozwiązaną zagadką. Niektórzy zakładali, że kot nie posiadał węchu, lub nie cenił wystarczająco swoich dziewięciu żyć, lecz ja wolę teorię mówiącą o tym, że nieszczęścia po prostu lubią chodzić parami.
Kot stał się w pełni czarny dopiero po kąpieli, która ku zdziwieniu mężczyzny obyła się bez ubytków na zdrowiu dla obu stron. Czarne zwierzę otrzymało też wtedy swoje imię. Może liczyło na coś bardziej mrocznego i eterycznego, ale nie trafiło najgorzej. Kot mógł zostać u kogoś, kogo szczytem kreatywności byłoby nadanie mu imienia takiego jak: Kiciuś, czy Kocia. Nie miał więc całkowitego pecha, jakie posiadał jego nowy właściciel.
Mówią, że koty same wybierają sobie człowieka, lecz jeśli tak jest, ten konkretny kot był pozbawiony instynktu samozachowawczego. To, albo został zesłany specjalnie, żeby dopilnować aby życie pechowca nie zakończyło się zbyt szybko przez splot nieszczęśliwych dla niego wypadków.
Teodor i jego właściciel byli nierozłączni. Kot posiadał pewną osobliwą cechę - nigdy nie miauczał. Mężczyzna nie wiedział nawet, czy kot posiada struny głosowe. O jedzenie prosił wyczekując cierpliwie przy misce, to samo działo się, kiedy musiał przypomnieć swojemu człowiekowi o czystości kuwety. Ulubionym miejscem snu Teodora była głowa jego opiekuna, a w przypadku jej chwilowego braku - jego poduszka.
Kot obserwował z odległości nieszczęście właściciela i wypadki, które zdarzały mu się na każdym kroku. Wylanie oleju, przez oberwanie uchwytu garnka, potknięcie się o dywan i rozbicie nosa, poparzenie się żelazkiem, upadek z drabiny. Teodor patrzył i analizował. Zapewne on również nie mógł wyjść z podziwu nad niezdarnością opiekuna.
Pewnego dnia, kiedy mężczyzna zaznaczał w gazecie ogłoszenia, bezowocnie szukając pracy, Teodor zeskoczył z jego głowy i podszedł do wyjściowych drzwi. Kot nie wychodził wcześniej i jego właściciel, ze względu na obecność biegających wolno psów, nie chciał mu na to pozwalać.
Wtedy to zwierzę po raz pierwszy zamiauczało. Człowieka tak zdziwiło to zjawisko, że podszedł do kota, chcąc sprawdzić co się stało. Teodor podskakiwał do klamki i skrobał pazurami o drzwi.
- Nie możesz wyjść sam. Stanie Ci się coś złego i co ja zrobię? - powiedział właściciel zwierzęcia.
Kot bardzo jednak nalegał.
- Możemy wyjść na chwilę razem - dodał, wsadzając sobie Teodora na ramię i opuścił mieszkanie, zamykając za sobą drzwi. Kot niemal natychmiast zeskoczył na ziemię i zaczął uciekać po krętych schodach.
- Teodor! Wracaj! Nie! - krzyczał za nim mężczyzna, zastanawiając się co w zwierzę wstąpiło. Miał go już od kilku miesięcy i nigdy dotąd nie zachowywał się w ten sposób.
Rozpoczęła się gonitwa, w której czarny kot przemykał pod samochodami i krył się w cieniu krzewów. Zdradzały go tylko jasne oczy, wyczekujące ruchu swojego człowieka. Teodor uciekał, ale robił to tak, żeby jego właściciel zawsze mógł mieć go na oku. Kiedy mężczyzna zbliżał się do kota, ten w ostatnim momencie uskakiwał przed rekami, odbiegał kawałek i czekał tam na opiekuna.
Po godzinnym pościgu za kotem, jego właściciel usiadł na ławce i z rezygnacją popatrzył na swoje zwierzę, chowające się pod płotem.
- Nawet kot ode mnie ucieka - powiedział do siebie - Jestem jednak przeklęty.
Teodor jakby rozumiejąc rodzący się smutek właściciela, podszedł do niego i wskoczył na ławkę, moszcząc się na kolanach opiekuna.
Za każdym razem kiedy mężczyzna się podnosił, zwierzę rozpoczynało zabawę w berka od nowa. Od momentu wyjścia z domu minęła już godzina i zostało przebytych wiele kilometrów, bardzo krętymi drogami.
W końcu Teodor pozwolił się jednak zatrzymać i zezwolił na powrót do domu. Zmęczony właściciel, wylewając na czarne zwierzę, spoczywające mu na ramieniu, kubeł żalu i pytań, maszerował dzielnie w stronę domu. Mężczyzna był wykończony i zachodził w głowę, co też odbiło (do tej pory bardzo statecznemu) kotu.
Po drodze mijały ich wozy straży pożarnej i właściciel kota zauważył z zaskoczeniem, że wszystkie jednostki kierowały się w stronę, w którą on sam zmierzał. W kierunku jego domu.
Kiedy mężczyzna ujrzał dym, unoszący się nad znajomym mu blokiem, wiedział już, że stało się coś strasznego. Nie mylił się. Pod wejściem do klatki stała większość mieszkańców, wyewakuowanych przez strażaków, a ludzie w specjalnych strojach i kaskach, gasili to, co jeszcze tliło się w mieszkaniu jego sąsiada.
Jak się później okazało, człowiek, który regularnie zapominał o lejącej się w łazience wodzie, potrafił również zapomnieć o zupie pozostawionej na gazie. Ten sam człowiek lubił też drzemki, co w połączeniu dawało bardzo niebezpieczną mieszankę.
Tego dnia nikomu nic się nie stało. Mieszkanie winnego zamieszaniu mężczyzny spłonęło doszczętnie, a sąsiadujące mieszkania ogień zahaczył, nie wyrządzając większych szkód materialnych. Pokoje i tak od dawna potrzebowały remontu. Jako, że ogień pnie się w górę, mieszkanie pechowca zostało nienaruszone. Po raz pierwszy w swoim długim życiu mężczyzna miał fart.
Nie wiadomo czy proroctwo wróżki było wynikiem zbiegu okoliczności, czy siły sprawczej, ale jedno stało się dla mężczyzny pewne.
Czarne koty nie przynoszą pecha, a przed nim rozpościerał się wachlarz nowych możliwości i bardzo szczęśliwe życie, z Teodorem u boku.
piątek, 4 października 2019
Znalezisko
Czwarta rano. To moja czterdziesta druga godzina bez snu. Podczas kiedy Świniak w ciemności krąży po pustym trawniku, ja znajduję się między snem, a jawą i oceniam złożoność chodnikowego wzoru. Mówią, że mózg niewyspanego człowieka zachowuje się jak mózg pijanego. Pijana nigdy nie byłam, ale chyba wiem o co może w tym chodzić.
Pies strzela już siódme okrążenie w pozie kangura wokół własnej osi, a ja wciągam ziewnięciem żądane przez organizm dawki tlenu, uginając tym samym firany w mieszkaniach oddalonych o dobre dwa kilometry. Tak potężny ziew byłby w stanie zatrzymać tworzące się ostatnio trąby powietrzne.
Zwierz przestaje rzeźbić łapami fosę i staje w miejscu, nastawiając uszy i węsząc w powietrzu. Karłowaty niedźwiedź polarny łapie trop i ustawia się w pozie nasłuchującej surykatki, wlepiając wzrok w ciemność.
Patrzę w tym samym kierunku, ale nie jestem w stanie niczego dostrzec. Albo pies ma omamy, albo widzi coś, czego ja nie jestem w stanie dojrzeć pragnącymi snu oczami. Cokolwiek to jest, przerwało jednak finalny proces fizjologiczny, więc staram się odwrócić uwagę Morfiny i nakłonić ją by wróciła do zadania, które zostało wstrzymane na rzecz patrzenia w przestrzeń.
Pies jest jednak zahipnotyzowany. Nie można go ruszyć, nie można odsunąć. Stoi sztywno na łapach w pełnym naprężeniu i zaczyna skradać się do czegoś, co zwróciło jej uwagę.
Dla nieświadomych - skradająca się Morfina ma w sobie tyle gracji co krokodyl przywdziany w różowe tutu i baletki, pozostawiony na lekcji tańca i tyle drapieżnika co chomik odziany w pancerną zbroję i miecz dwusieczny.
Puchate poczuło się jednak predatorem na sawannie, więc podążając za nią na smyczy, usiłuję w dalszym ciągu dostrzec obiekt zainteresowania zwierza.
Morświn zaczyna podskakiwać jak młody lis wokół kępki trawy i uderzać łapami o ziemię, wciągając przy tym powietrze. Wygląda jak upośledzona foka podczas hiperwentylacji. Pies ma zapewne zamiar obszczekać niewidoczne zagrożenie, ale nie zdołał nauczyć się jak być groźnym, więc pompuje powietrze przez nos i odstawia szamana wokół własnej osi.
Nie wiem czy to przez brak snu, czy fakt, że mój pies w końcu stracił resztki rozumu, ale nie jestem w stanie dostrzec w roślinności niczego co mogłoby wywołać u Kokosanki tak żywiołową reakcję i przerwać jej proces defekacji.
Żadnego jeża, żabki, ślimaka, czy nawet dżdżownicy. Na ziemi nie ma piłki, torebki, czy fragmentu plastiku, który mógłby uchodzić w psiej głowie za straszliwego potwora.
Przez ulicę przejeżdża samochód, w którym zapewne ktoś wraca z pracy, albo właśnie się do niej wybiera i reflektory odbijają światło od czegoś połyskującego w miejscu zaatakowanym przez Morfinę. Schylam się i rozgrzebuję kępkę trawy, wyciągając z niej kawałek metalu, któremu Świniak przygląda się badawczo.
Przedmiotem ukrytym w zielonościach okazuje się być scyzoryk.
Chowam przedmiot do kieszeni, sprawiając tym samym, że puchata platyna wychodzi ze swojego transu i ponownie zaczyna koncentrować się na ugniataniu znaków w zbożu (tylko, że w trawie) i nadawaniu sygnałów kosmitom.
Nie mam pojęcia jak dojrzała przedmiot, ale podejrzewam, że z jej poziomu światło latarni odbijało się od metalu scyzoryka, rażąc watę po oczach.
Sama nie wiem czy dziwniejsze są momenty w których wracam ze spaceru z psem, niosąc pluszaka, dziecięcy smoczek, czy składany nożyk.
Muszę się zastanowić.
Pies strzela już siódme okrążenie w pozie kangura wokół własnej osi, a ja wciągam ziewnięciem żądane przez organizm dawki tlenu, uginając tym samym firany w mieszkaniach oddalonych o dobre dwa kilometry. Tak potężny ziew byłby w stanie zatrzymać tworzące się ostatnio trąby powietrzne.
Zwierz przestaje rzeźbić łapami fosę i staje w miejscu, nastawiając uszy i węsząc w powietrzu. Karłowaty niedźwiedź polarny łapie trop i ustawia się w pozie nasłuchującej surykatki, wlepiając wzrok w ciemność.
Patrzę w tym samym kierunku, ale nie jestem w stanie niczego dostrzec. Albo pies ma omamy, albo widzi coś, czego ja nie jestem w stanie dojrzeć pragnącymi snu oczami. Cokolwiek to jest, przerwało jednak finalny proces fizjologiczny, więc staram się odwrócić uwagę Morfiny i nakłonić ją by wróciła do zadania, które zostało wstrzymane na rzecz patrzenia w przestrzeń.
Pies jest jednak zahipnotyzowany. Nie można go ruszyć, nie można odsunąć. Stoi sztywno na łapach w pełnym naprężeniu i zaczyna skradać się do czegoś, co zwróciło jej uwagę.
Dla nieświadomych - skradająca się Morfina ma w sobie tyle gracji co krokodyl przywdziany w różowe tutu i baletki, pozostawiony na lekcji tańca i tyle drapieżnika co chomik odziany w pancerną zbroję i miecz dwusieczny.
Puchate poczuło się jednak predatorem na sawannie, więc podążając za nią na smyczy, usiłuję w dalszym ciągu dostrzec obiekt zainteresowania zwierza.
Morświn zaczyna podskakiwać jak młody lis wokół kępki trawy i uderzać łapami o ziemię, wciągając przy tym powietrze. Wygląda jak upośledzona foka podczas hiperwentylacji. Pies ma zapewne zamiar obszczekać niewidoczne zagrożenie, ale nie zdołał nauczyć się jak być groźnym, więc pompuje powietrze przez nos i odstawia szamana wokół własnej osi.
Nie wiem czy to przez brak snu, czy fakt, że mój pies w końcu stracił resztki rozumu, ale nie jestem w stanie dostrzec w roślinności niczego co mogłoby wywołać u Kokosanki tak żywiołową reakcję i przerwać jej proces defekacji.
Żadnego jeża, żabki, ślimaka, czy nawet dżdżownicy. Na ziemi nie ma piłki, torebki, czy fragmentu plastiku, który mógłby uchodzić w psiej głowie za straszliwego potwora.
Przez ulicę przejeżdża samochód, w którym zapewne ktoś wraca z pracy, albo właśnie się do niej wybiera i reflektory odbijają światło od czegoś połyskującego w miejscu zaatakowanym przez Morfinę. Schylam się i rozgrzebuję kępkę trawy, wyciągając z niej kawałek metalu, któremu Świniak przygląda się badawczo.
Przedmiotem ukrytym w zielonościach okazuje się być scyzoryk.
Chowam przedmiot do kieszeni, sprawiając tym samym, że puchata platyna wychodzi ze swojego transu i ponownie zaczyna koncentrować się na ugniataniu znaków w zbożu (tylko, że w trawie) i nadawaniu sygnałów kosmitom.
Nie mam pojęcia jak dojrzała przedmiot, ale podejrzewam, że z jej poziomu światło latarni odbijało się od metalu scyzoryka, rażąc watę po oczach.
Sama nie wiem czy dziwniejsze są momenty w których wracam ze spaceru z psem, niosąc pluszaka, dziecięcy smoczek, czy składany nożyk.
Muszę się zastanowić.
czwartek, 3 października 2019
Cztery schroniskowce i jeden rasowiec
Kilkanaście lat temu, kiedy przebywałam jeszcze w Poznaniu, mieszkaliśmy w sąsiedztwie pary, która była w posiadaniu czterech, niskopodłogowych kundelków w typie Jamnika szorstkowłosego. Ludzie Ci byli wielkimi zwolennikami adopcji psów ze schroniska (fundacje na rzecz psów nie były jeszcze tak znane) i próbowali do tego przekonać każdego, kto tylko wspomniał o chęci posiadania czworonożnego kompana.
Cel szlachetny i godny poparcia, ponieważ fakty są takie, że w schroniskach jest stanowczo zbyt dużo zwierząt i zbyt mało chętnych by stworzyć im dom.
Para potrafiła być jednak... nieco zbyt natarczywa i zaborcza w swych działaniach.
W naszym pięciopiętrowym bloku, tuż pod nami, mieszkała pewna młoda kobieta. Pewnego dnia, podczas wyprawy do okolicznej piekarni, spotkała sąsiadów na spacerze ze swoją wytuningowaną gromadką. Wywiązała się krótka rozmowa, z której ze strony młodej sąsiadki wynikła chęć wzięcia pod swój dach psa. Para rozpromieniła się i zaczęła wyliczać dziewczynie korzyści płynące ze schroniskowej adopcji.
- Te psy są takie wdzięczne, że ratuje im się życie. Na pewno będą bardzo szczęśliwe - mówili na zmianę, wchodząc sobie nawzajem w słowo.
- Tak właściwie - zaczęła niepewnie sąsiadka - to ja planowałam raczej wziąć rasowca. Z renomowanej hodowli. Border Colie. Planuję jeździć z nim na zawody, a miałam już wcześniej tę rasę i wiem jak się z nimi pracuje i na co należy zwrócić uwagę.
- Ale - zaczął mężczyzna, nie ukrywając lekkiego oburzenia - przecież kundelki też by się nadawały na zawody. Co to w ogóle jest za podejście. Pies ma być dla towarzystwa, a nie trzaskania pieniędzy.
- No widzi Pan, nie każdy kundelek się nada, bo może po prostu nie mieć odpowiednich warunków, budowy ciała, chęci współpracy. Poza tym ja go nie szukam do wygrywania zawodów, tylko do brania w nich udziału, ponieważ się tym interesuję i sprawia mi to radość. Wszelkie wygrane i tak zostaną przeznaczone na psie potrzeby.
Dziewczyna usłyszała wtedy, że właśnie odbiera jakiemuś biedakowi ze schroniska życie i nie powinna się z tym tak obnosić.
- Rasowe wcale nie są lepsze od tych wielorasowych. Księżniczka się znalazła - rzuciła para, odchodząc.
- Pewnie, że nie są. Ja wcale tego nie powiedziałam - próbowała bronić się kobieta, lecz niestety nie miała już z kim rozmawiać.
Wkrótce potem w domu samotnej dziewczyny pojawił się mały, czarno-biały szczeniak, a sąsiedzi z czterema psami przestali mówić kobiecie "dzień dobry". Traktowali zakup rasowego psa jako osobisty cios poniżej pasa i nie mieli zamiaru zadawać się z kimś, kto "wyżej sra niż tyłek ma", co oczywiście było względem kobiety bardzo nietrafnym określeniem.
Kiedy psiak (zwany Sroką) podrósł, jego właścicielka zaczęła zabierać go na treningi, a po dwóch latach na pierwsze zawody, w celu oswojenia go z tłumem i tamtejszymi torami przeszkód. Pies brał udział głównie w Agility, ale był też dobry w łapaniu dysku, rzucanego do wody. Zarówno człowiek, jak i jego zwierzę świetnie się przy tym bawili i tworzyli między sobą bardzo silną więź.
Podczas większych zawodów Sroka nabawił się kontuzji. Uszkodzeniu uległa kość śródręcza i pies wymagał pilnej interwencji chirurgicznej. Po zabiegu otrzymał stanowczy nakaz ograniczenia ruchu przez osiem tygodni, oraz skierowanie na serię rehabilitacji. Przez nieoczekiwane zapalenie, rozwijające się w organizmie psa i komplikacje po zabiegu, psiak przeszedł jeszcze trzy dodatkowe operacje i został wykluczony z zawodów do pełnego wyzdrowienia, które mogło nastąpić w ciągu roku, pięciu lat, lub nie nastąpić wcale.
Wszyscy współczuli kontuzjowanemu zwierzęciu i jego zmartwionej właścicielce i życzyli im szybkiego powrotu do zdrowia. Kobieta znosiła psa na rękach, żeby załatwił swoje potrzeby i wnosiła go na trzecie piętro. Zawoziła na rehabilitacje i kontrole, oraz podawała leki. Wszystko, żeby poprawić komfort życia Sroki i wrócić do jego poprzedniego stanu zdrowotnego.
Para z niskopodłogowcami szydziła jednak z dziewczyny.
- I masz swoje zawody. Zobacz co się stało - wołali za nią.
- To się równie dobrze mogło stać podczas rzucania piłki na podwórku. Teren był nierówny, łapa się podwinęła i stała się kontuzja.
- I co, teraz się go pozbędziesz, co? Odsprzedasz, albo oddasz do schroniska, bo nie jeździ na zawody i nie zarabia.
- Niech Pan nie będzie bezczelny - odpowiadała kobieta i w większości ignorowała zaczepki małżeństwa.
Pies oczywiście nie został oddany. Po intensywnym leczeniu wracał do zdrowia i coraz lepiej poruszał się na zranionej kończynie.
Niecały rok później właścicielka czterech psów zaszła w ciążę i na wieść, że w domu pojawi się dziecko, mąż kobiety za jej namową zdecydował się na dość radykalne kroki. Cała czwórka psiaków została wywieziona na wieś, gdzie miała pozostać do momentu, w którym dziecko trochę podrośnie. Później psy miały zostać odebrane i wrócić do domu.
- Przecież to jednak schroniskowce - mówił sąsiad - Nie wiadomo jak zareagują na dziecko. Mogą zrobić mu krzywdę. Pojadą na wieś na chwilę. Będą miały takie jakby wakacje.
Z wakacjami miało to jednak niewiele wspólnego. Psy dotąd mieszkające w ciepłym domu, zostały przypięte łańcuchem do budy i resztę swojego życia spędziły przy brudnej misce i resztkach z obiadu, bez opieki weterynaryjnej i atencji człowieka, na przemian marznąc z zimna i dysząc z gorąca.
Ich poprzedni właściciel nigdy po nie nie wrócił, ponieważ podobno dziecko miało alergię na psy.
Para przestała prawić moralizatorskie kazania i namawiać kogokolwiek do zabierania psów ze schronisk, ponieważ zdawali sobie sprawę, że byłaby to straszna hipokryzja z ich strony.
Kilka lat później wyprowadziliśmy się, ale z tego co mówili zaprzyjaźnieni ludzie, mieszkający dookoła, Sroka dożył późnej starości u boku swojej pani i brał udział w wielu zawodach, choć nigdy nie zdobył w nich żadnej nagrody.
Małżeństwo dochowało się trójki dzieci i pewnego dnia przyniosło do domu na Święta małego, białego szczeniaczka w typie Maltańczyka. Poprzednie psy jeszcze żyły i wciąż czekały na swoich właścicieli, ale były już stare i zniszczone złym traktowaniem, więc kto chciałby je w mieszkaniu, racja?
Sytuacja idealnie dowodzi tego, że dobre chęci i słowa nie zawsze równają się dobrym uczynkom, a z pozoru bardzo oczywista racja może nie być tak oczywista po bliższym jej poznaniu.
Krowa, która dużo ryczy, potrafi dawać bardzo mało mleka.
Cel szlachetny i godny poparcia, ponieważ fakty są takie, że w schroniskach jest stanowczo zbyt dużo zwierząt i zbyt mało chętnych by stworzyć im dom.
Para potrafiła być jednak... nieco zbyt natarczywa i zaborcza w swych działaniach.
W naszym pięciopiętrowym bloku, tuż pod nami, mieszkała pewna młoda kobieta. Pewnego dnia, podczas wyprawy do okolicznej piekarni, spotkała sąsiadów na spacerze ze swoją wytuningowaną gromadką. Wywiązała się krótka rozmowa, z której ze strony młodej sąsiadki wynikła chęć wzięcia pod swój dach psa. Para rozpromieniła się i zaczęła wyliczać dziewczynie korzyści płynące ze schroniskowej adopcji.
- Te psy są takie wdzięczne, że ratuje im się życie. Na pewno będą bardzo szczęśliwe - mówili na zmianę, wchodząc sobie nawzajem w słowo.
- Tak właściwie - zaczęła niepewnie sąsiadka - to ja planowałam raczej wziąć rasowca. Z renomowanej hodowli. Border Colie. Planuję jeździć z nim na zawody, a miałam już wcześniej tę rasę i wiem jak się z nimi pracuje i na co należy zwrócić uwagę.
- Ale - zaczął mężczyzna, nie ukrywając lekkiego oburzenia - przecież kundelki też by się nadawały na zawody. Co to w ogóle jest za podejście. Pies ma być dla towarzystwa, a nie trzaskania pieniędzy.
- No widzi Pan, nie każdy kundelek się nada, bo może po prostu nie mieć odpowiednich warunków, budowy ciała, chęci współpracy. Poza tym ja go nie szukam do wygrywania zawodów, tylko do brania w nich udziału, ponieważ się tym interesuję i sprawia mi to radość. Wszelkie wygrane i tak zostaną przeznaczone na psie potrzeby.
Dziewczyna usłyszała wtedy, że właśnie odbiera jakiemuś biedakowi ze schroniska życie i nie powinna się z tym tak obnosić.
- Rasowe wcale nie są lepsze od tych wielorasowych. Księżniczka się znalazła - rzuciła para, odchodząc.
- Pewnie, że nie są. Ja wcale tego nie powiedziałam - próbowała bronić się kobieta, lecz niestety nie miała już z kim rozmawiać.
Wkrótce potem w domu samotnej dziewczyny pojawił się mały, czarno-biały szczeniak, a sąsiedzi z czterema psami przestali mówić kobiecie "dzień dobry". Traktowali zakup rasowego psa jako osobisty cios poniżej pasa i nie mieli zamiaru zadawać się z kimś, kto "wyżej sra niż tyłek ma", co oczywiście było względem kobiety bardzo nietrafnym określeniem.
Kiedy psiak (zwany Sroką) podrósł, jego właścicielka zaczęła zabierać go na treningi, a po dwóch latach na pierwsze zawody, w celu oswojenia go z tłumem i tamtejszymi torami przeszkód. Pies brał udział głównie w Agility, ale był też dobry w łapaniu dysku, rzucanego do wody. Zarówno człowiek, jak i jego zwierzę świetnie się przy tym bawili i tworzyli między sobą bardzo silną więź.
Podczas większych zawodów Sroka nabawił się kontuzji. Uszkodzeniu uległa kość śródręcza i pies wymagał pilnej interwencji chirurgicznej. Po zabiegu otrzymał stanowczy nakaz ograniczenia ruchu przez osiem tygodni, oraz skierowanie na serię rehabilitacji. Przez nieoczekiwane zapalenie, rozwijające się w organizmie psa i komplikacje po zabiegu, psiak przeszedł jeszcze trzy dodatkowe operacje i został wykluczony z zawodów do pełnego wyzdrowienia, które mogło nastąpić w ciągu roku, pięciu lat, lub nie nastąpić wcale.
Wszyscy współczuli kontuzjowanemu zwierzęciu i jego zmartwionej właścicielce i życzyli im szybkiego powrotu do zdrowia. Kobieta znosiła psa na rękach, żeby załatwił swoje potrzeby i wnosiła go na trzecie piętro. Zawoziła na rehabilitacje i kontrole, oraz podawała leki. Wszystko, żeby poprawić komfort życia Sroki i wrócić do jego poprzedniego stanu zdrowotnego.
Para z niskopodłogowcami szydziła jednak z dziewczyny.
- I masz swoje zawody. Zobacz co się stało - wołali za nią.
- To się równie dobrze mogło stać podczas rzucania piłki na podwórku. Teren był nierówny, łapa się podwinęła i stała się kontuzja.
- I co, teraz się go pozbędziesz, co? Odsprzedasz, albo oddasz do schroniska, bo nie jeździ na zawody i nie zarabia.
- Niech Pan nie będzie bezczelny - odpowiadała kobieta i w większości ignorowała zaczepki małżeństwa.
Pies oczywiście nie został oddany. Po intensywnym leczeniu wracał do zdrowia i coraz lepiej poruszał się na zranionej kończynie.
Niecały rok później właścicielka czterech psów zaszła w ciążę i na wieść, że w domu pojawi się dziecko, mąż kobiety za jej namową zdecydował się na dość radykalne kroki. Cała czwórka psiaków została wywieziona na wieś, gdzie miała pozostać do momentu, w którym dziecko trochę podrośnie. Później psy miały zostać odebrane i wrócić do domu.
- Przecież to jednak schroniskowce - mówił sąsiad - Nie wiadomo jak zareagują na dziecko. Mogą zrobić mu krzywdę. Pojadą na wieś na chwilę. Będą miały takie jakby wakacje.
Z wakacjami miało to jednak niewiele wspólnego. Psy dotąd mieszkające w ciepłym domu, zostały przypięte łańcuchem do budy i resztę swojego życia spędziły przy brudnej misce i resztkach z obiadu, bez opieki weterynaryjnej i atencji człowieka, na przemian marznąc z zimna i dysząc z gorąca.
Ich poprzedni właściciel nigdy po nie nie wrócił, ponieważ podobno dziecko miało alergię na psy.
Para przestała prawić moralizatorskie kazania i namawiać kogokolwiek do zabierania psów ze schronisk, ponieważ zdawali sobie sprawę, że byłaby to straszna hipokryzja z ich strony.
Kilka lat później wyprowadziliśmy się, ale z tego co mówili zaprzyjaźnieni ludzie, mieszkający dookoła, Sroka dożył późnej starości u boku swojej pani i brał udział w wielu zawodach, choć nigdy nie zdobył w nich żadnej nagrody.
Małżeństwo dochowało się trójki dzieci i pewnego dnia przyniosło do domu na Święta małego, białego szczeniaczka w typie Maltańczyka. Poprzednie psy jeszcze żyły i wciąż czekały na swoich właścicieli, ale były już stare i zniszczone złym traktowaniem, więc kto chciałby je w mieszkaniu, racja?
Sytuacja idealnie dowodzi tego, że dobre chęci i słowa nie zawsze równają się dobrym uczynkom, a z pozoru bardzo oczywista racja może nie być tak oczywista po bliższym jej poznaniu.
Krowa, która dużo ryczy, potrafi dawać bardzo mało mleka.
środa, 2 października 2019
Sposób na nastolatka
Mój kuzyn, będąc w trudnym dla niego samego i otoczenia wieku dojrzewania, uznał, że trzynaście lat to najwyższy czas na skosztowanie owoców zakazanych w postaci papierosów i alkoholu.
W tej rodzinie istniała zasada, że jeśli nastolatka kusi jakieś zabronione dobro, to powinien przyjść z tym do rodziców i oni w bezpieczny sposób mogą mu je udostępnić. W końcu lepiej tak niż w środku nocy pod jakąś speluną, z podejrzanymi koleżkami.
Młody przyszedł, oświadczył, że skosztowałby sobie papieroska i usiadł z ojcem do stołu, przy którym leżała nieotwarta paczka szlugów.
- Pal - odparł ojciec, podsuwając synowi kartonik.
- Mogę? Serio?
- Serio.
- Ile chcę?
- Nawet całą paczkę. Jest jednak jedna zasada.
- No?
- Nie wyjdziesz stąd dopóki nie wypalisz co najmniej pięciu.
- A co to za wyczyn? Stoi.
- Ok, Dać Ci ognia?
- Daj.
Trzynastolatek wziął w dłoń jednego papierosa i strzelił macha do samych pięt. Później wszystko przebiegło już zgodnie z planem. Krztuszenie się, wymioty i okupacja toalety. Absolutny brak chęci do ponownego sięgnięcia po papierosa w najbliższej przyszłości został osiągnięty.
Młody wypalił tylko trzy papierosy i ojciec odpuścił mu dalsze tortury, ale prawda jest taka, że dość miał już po pierwszym.
Dobrze, że to nie były cygara.
Jakiś czas później teen gangsta poprosił rodziców o możliwość skosztowania alkoholu.
- Nie całą butelkę, tylko trochę - dodał, pamiętając akcję z papierosami.
- Nie ma sprawy - odparł rodzic, lecz zamiast radości, te słowa wywołały zmartwienie.
Na stół powędrowała flaszka z kolorowym trunkiem i dwa kieliszki.
- Ty też będziesz pił? - spytał kuzyn.
- Picie w samotności prowadzi do alkoholizmu. Dotrzymam Ci towarzystwa.
- A co to jest?
- Bimberek. Bardzo mocny. Zmiecie Cię po kilku kieliszkach.
- Mówisz?
- Mówię.
Głowa rodziny odkręciła butelkę w której alkohol podmieniony został na wysoce rozcieńczone winko, zmieszane z dużą ilością soku i Vibovitu i rozlała trunek do dwóch kieliszków.
- To na zdrowie - powiedział ojciec, opróżniając szkło.
Tuż za nim podążał nieświadomy niczego syn, próbujący utrzymać narzucane przez rodzica tempo. Dorośli nie chcieli jeszcze tego samego dnia wędrować z dzieckiem na OIOM z zatruciem alkoholowym, więc postanowili zadziałać sprytem. Ojciec chłopca udawał, że wypijany alkohol, który procentowo nie różnił się zbyt wiele od Karmi, zaczyna na niego działać. Podświadomie reakcja na procenty trafiała i na chłopaka, który po czterech głębszych zaczął mamrotać, zataczać się, a nawet śpiewać szanty.
Placebo to bardzo silna rzecz, a ojciec chłopca musiał wykazać się wysoką samokontrolą, żeby nie wybuchnąć przy potomku śmiechem.
Kiedy jedna butelka została opróżniona, na stół powędrował koktajl zmiksowanych bananów i Sprite'a, oraz jednego kieliszka wódki dla smaku. Kto nie ma zbyt silnego żołądka i próbował już kiedyś takiej mieszanki wie, że można uzyskać podobny efekt wrzucając Mentosy do Coli.
Tworzy się wulkan.
Z tym, że ten wulkan tworzy się jeszcze w żołądku ofiary. Przezorny ojciec odmówił spożywania koktajlu, gdyż jak stwierdził "Nie lubi aż tak słodkiego alkoholu" i usunął się zapobiegawczo z linii strzału.
Jedna butelka wystarczyła by wesoła fontanna niestrawionej treści żołądkowej zalała całą kuchnię. Było trochę sprzątania, ale od tamtej sytuacji minęły już cztery lata, a młody nie wziął do ust niczego, co nie jest opisane jako "bezalkoholowe".
Jego rodzice zastanawiają się nawet czy przejdzie chłopakowi do osiemnastki.
Zapytani czy żałują takiego pomysłu odparli:
W tej rodzinie istniała zasada, że jeśli nastolatka kusi jakieś zabronione dobro, to powinien przyjść z tym do rodziców i oni w bezpieczny sposób mogą mu je udostępnić. W końcu lepiej tak niż w środku nocy pod jakąś speluną, z podejrzanymi koleżkami.
Młody przyszedł, oświadczył, że skosztowałby sobie papieroska i usiadł z ojcem do stołu, przy którym leżała nieotwarta paczka szlugów.
- Pal - odparł ojciec, podsuwając synowi kartonik.
- Mogę? Serio?
- Serio.
- Ile chcę?
- Nawet całą paczkę. Jest jednak jedna zasada.
- No?
- Nie wyjdziesz stąd dopóki nie wypalisz co najmniej pięciu.
- A co to za wyczyn? Stoi.
- Ok, Dać Ci ognia?
- Daj.
Trzynastolatek wziął w dłoń jednego papierosa i strzelił macha do samych pięt. Później wszystko przebiegło już zgodnie z planem. Krztuszenie się, wymioty i okupacja toalety. Absolutny brak chęci do ponownego sięgnięcia po papierosa w najbliższej przyszłości został osiągnięty.
Młody wypalił tylko trzy papierosy i ojciec odpuścił mu dalsze tortury, ale prawda jest taka, że dość miał już po pierwszym.
Dobrze, że to nie były cygara.
Jakiś czas później teen gangsta poprosił rodziców o możliwość skosztowania alkoholu.
- Nie całą butelkę, tylko trochę - dodał, pamiętając akcję z papierosami.
- Nie ma sprawy - odparł rodzic, lecz zamiast radości, te słowa wywołały zmartwienie.
Na stół powędrowała flaszka z kolorowym trunkiem i dwa kieliszki.
- Ty też będziesz pił? - spytał kuzyn.
- Picie w samotności prowadzi do alkoholizmu. Dotrzymam Ci towarzystwa.
- A co to jest?
- Bimberek. Bardzo mocny. Zmiecie Cię po kilku kieliszkach.
- Mówisz?
- Mówię.
Głowa rodziny odkręciła butelkę w której alkohol podmieniony został na wysoce rozcieńczone winko, zmieszane z dużą ilością soku i Vibovitu i rozlała trunek do dwóch kieliszków.
- To na zdrowie - powiedział ojciec, opróżniając szkło.
Tuż za nim podążał nieświadomy niczego syn, próbujący utrzymać narzucane przez rodzica tempo. Dorośli nie chcieli jeszcze tego samego dnia wędrować z dzieckiem na OIOM z zatruciem alkoholowym, więc postanowili zadziałać sprytem. Ojciec chłopca udawał, że wypijany alkohol, który procentowo nie różnił się zbyt wiele od Karmi, zaczyna na niego działać. Podświadomie reakcja na procenty trafiała i na chłopaka, który po czterech głębszych zaczął mamrotać, zataczać się, a nawet śpiewać szanty.
Placebo to bardzo silna rzecz, a ojciec chłopca musiał wykazać się wysoką samokontrolą, żeby nie wybuchnąć przy potomku śmiechem.
Kiedy jedna butelka została opróżniona, na stół powędrował koktajl zmiksowanych bananów i Sprite'a, oraz jednego kieliszka wódki dla smaku. Kto nie ma zbyt silnego żołądka i próbował już kiedyś takiej mieszanki wie, że można uzyskać podobny efekt wrzucając Mentosy do Coli.
Tworzy się wulkan.
Z tym, że ten wulkan tworzy się jeszcze w żołądku ofiary. Przezorny ojciec odmówił spożywania koktajlu, gdyż jak stwierdził "Nie lubi aż tak słodkiego alkoholu" i usunął się zapobiegawczo z linii strzału.
Jedna butelka wystarczyła by wesoła fontanna niestrawionej treści żołądkowej zalała całą kuchnię. Było trochę sprzątania, ale od tamtej sytuacji minęły już cztery lata, a młody nie wziął do ust niczego, co nie jest opisane jako "bezalkoholowe".
Jego rodzice zastanawiają się nawet czy przejdzie chłopakowi do osiemnastki.
Zapytani czy żałują takiego pomysłu odparli:
"Czasem trzeba być brutalnym wobec własnego dziecka i zrobić mu mniejszą krzywdę, niż ono samo może sobie wyrządzić, działając na własną rękę i kompletnie poza kontrolą. Im bardziej gorzkie lekarstwo, tym szybciej leczy".Czy postąpili słusznie, niech każdy oceni sam. Skuteczności jednak nie można im odmówić.
wtorek, 1 października 2019
Są takie dni...
4:30 am. Niewyobrażalny pisk świdruje mi uszy. Jeśli bardzo chce się znienawidzić jakąś piosenkę, wystarczy ustawić ją sobie jako budzik. Taki los spotkał u mnie "Say Something" Justina Timberlake'a, ponieważ kilka lat temu uznałam, że dobra melodia wygoni mnie z łóżka szybciej i w dużo przyjemniejszej atmosferze niż tradycyjny budzik.
Myliłam się.
Nie chcąc by kolejny utwór podzielił losy poprzednika, od tamtej pory używam tylko tradycyjnego "bip bip motherf***er" do tego niewdzięcznego zadania.
Powracam do żywych wbrew swojej woli i patrzę z nienawiścią na zegarek.
- Dlaczego aż tak mnie nienawidzisz? Kto Cię skrzywdził i czemu Ty krzywdzisz mnie? - pytam, posiadając tendencję do częstego mówienia do siebie i przedmiotów nieożywionych. Przyzwyczajenie mniej kłopotliwe w miejscach publicznych jeśli ma się psa.
- Kto Cię wysłał? - kontynuuję, kiedy na mojej wyciągniętej dłoni ląduje futrzana głowa.
- Też jesteś z nim w spisku? - pytam Morfinę, patrząc w jej nieskalane myślą oczy i wyłączam urządzenie szatana - Pracujesz dla niego? Przyznaj się. Po co się tak drzeć, przecież wstaję. Wstaję prawda? - mamroczę, zwlekając się z łóżka i odkrywając na termometrze magiczne 8 stopni Celsjusza.
- O nie, nie, nie. Na to się nie umawialiśmy. Tego nie było w kontrakcie. Morfina Ty to widzisz? Widzisz to? Zrób coś z tym, nie patrz na mnie, interweniuj.
Pies widzi, lecz nie uznaje problemu w pogodzie, tylko w swoim człowieku, który jak zwykle wyrzuca z siebie słowa, których znaczenia ciężko się domyślić. Nie są to "spacerek", "grzeczny pies", ani ulubione "ciasteczko" i to jest prawdziwy problem. Ludzie używają zbyt wielu słów, które niczego nie wnoszą. Do tego śpią w innym futrze niż te, w którym wychodzą.
Oceniam szybko sytuację i przygotowuję się na fizyczny ból, związany z powstałymi poprzedniego dnia zakwasami na udach i przejmującym zimnem na zewnątrz. Chyba tak boli miłość.
- Daj mi to ogarnąć umysłem - mówię częściowo do psa, częściowo do siebie i wchodzę do łazienki, gdzie podczas szykowania się przeżywam wszystkie pięć faz umierania Elisabeth Kübler-Ross:
Opatulam się jak Eskimos w polarną noc i opuszczam ciepłe mieszkanie. Niemal od razu po przekroczeniu drzwi zewnętrznych mam ochotę zawrócić, ale podróbka niedźwiedzia na smyczy już ciągnie mnie na trawnik. Schodzę po schodach jak upośledzony pingwin, ponieważ moje uda postanawiają płonąć żywym ogniem przy jakiejkolwiek próbie zginania kolan i ląduję na oszronionym trawniku, wypuszczając z ust obłoczki pary.
Mięciutkie i włosiane usiłuje pożreć znalezionego na pasie zieleni, tygodniowego kebaba, więc odciągam zwierzynę na bok i zachęcam do dalszego marszu, produkując się przy jękach oburzenia głodnego psa.
- Morfina zgadnij co się stanie jak to zjesz. Dwustronna fontanna, no zgadłaś. A wiesz co oznacza dwustronna fontanna? Dwustronna fontanna oznacza potrzebę wychodzenia z Tobą co cztery minuty, piętnaście i trzydzieści dwie setne sekundy, plus Twój ból brzucha i ogólny dyskomfort. Pozwól więc, że zacytuję Ci Hamleta, akt piąty, scenę pierwszą, wers 425: NIE.
Morfina przyjmuje do wiadomości tę mowę nienawiści, ale wyraża dla niej jasny sprzeciw w postaci mruczenia i wzdychania za opuszczonym dobrem na ziemi.
Świniak dokonuje szybkiej zrzutki, więc po posprzątaniu kieruję się do domu, wciąż chodząc jak sparaliżowana baletnica w gipsie i nie ryzykując uderzeniami ognia w wyższych partiach kończyn dolnych.
Po zaaplikowaniu psu leków, otwieram lodówkę i odnajduję w niej tylko światło. Ubieram się więc ponownie i wędruję do lokalnego sklepu za rogiem. Biorę w dłoń koszyk i wciskam do niego najpotrzebniejsze produkty. Chleb, mleko, pasztet, banan i pomidor lądują na sklepowej ladzie. Przede mną stoi tylko jeden człowiek. To mężczyzna z dostawy, który zaopatrzył właśnie sklep w świeże jogurty i prosi ekspedientkę o wskazanie drogi to służbowej toalety, bo jak sam przyznaje "musi odcedzić kartofelki, gdyż mu już kipią w garnku". Kobieta uprzejmie kieruje mężczyznę na składzik i kasuje po kolei moje produkty.
- Jeszcze cztery bilety ulgowe - mówię po zakończeniu rachunku i podaję sprzedawczyni pieniądze.
Nagle światła gasną, kasa fiskalna się wyłącza, a komputer restartuje.
- Co Pan tam robi? - pyta ekspedientka pana od dostawy - Nie ten przycisk. Ten jest od głównego zasilania. Od łazienki jest po drugiej stronie, trzeba pytać!
Za mną ustawia się już kolejka głodnych i zniecierpliwionych ludzi. Kasjerka natomiast walczy z systemem, który odmawia dostępu do kasy fiskalnej, wyświetlając ostrzeżenie o próbie włamania.
Napięcie rośnie.
Z toalety wychodzi mister kartofelek i znosi dzielnie uwagi sprzedawczyni, której poziom frustracji wychodzi już przez górny wentylator.
- Nie moja wina. Kto normalny robi podłączenie do systemu na włączniku! To jakiś debil zakładał - broni się dostawca.
- To nasz szef zakładał to osobiście! - odpowiada ekspedientka.
- To debila macie tego szefa!
- Sam Pan jesteś debil. Szefem tu jest mój ojciec.
Dyskusja trwa, kolejka rośnie, małosolne ogórki w wiaderku zaczynają się kisić, a wszyscy z niecierpliwością oczekują na uruchomienie systemu.
Niestety kilka ostrych słów, agresywne wciskanie guzika "reset", a nawet złe zaklęcia nie przekonują urządzeń do podjęcia pracy.
- Spiszę to Pani na kartkę - mówi po chwili zrezygnowana kasjerka - Zapłaci Pani później.
- Rozumiem. A bilety? - pytam z nadzieją.
- Nie otworzę kasy. Zacięła się.
- No dobrze - odpowiadam, zwijam produkty i pełznę do domu, poruszając się jak cyrkiel.
Organizuję szybkie śniadanie zwierzętom i jeszcze szybsze sobie, po czym niemal wybiegam z domu, zastanawiając się po drodze jak wielu rzeczy zapomniałam spakować.
Biletomat na przystanku wyświetla komunikat o braku możliwości płacenia gotówką, więc dopłacam kilkadziesiąt groszy i kupuję bilet u kierowcy.
Po przejechaniu przez olbrzymi korek, roboty drogowe i obwodnicę, docieram na miejsce.
Pada deszcz.
Nie wzięłam parasola.
Dobra robota.
Wciąż nie zginając kolan przemieszczam się w kierunku budynku uczelni, w strugach deszczu.
Docieram pod drzwi.
Wejście z drugiej strony budynku.
Obchodzę budynek dookoła i wciskam się do środka, przeklinając zepsutą windę i konieczność udania się na drugie piętro schodami. Jest to marsz pełen bólu i żaru w mięśniach.
W ostatniej chwili docieram pod salę.
Profesora jeszcze nie ma.
Siadam obok koleżanki i zaczynamy rozmawiać.
Po godzinie z niepokojem usiłujemy dostać się na plan na stronie internetowej, żeby sprawdzić czy w ostatniej chwili nie zostały naniesione jakieś poprawki. "Error. This site is currently unavailable". Padły serwery.
Schodzimy do dziekanatu, który oświadcza nam, że podany przez nas wykładowca jest z gospodarki wodnej, której sekretariat znajduje się na górze.
Wracamy na górę i dowiadujemy się, że informatycy pomieszali plan i poranne zajęcia zostały odwołane. Za godzinę mamy jednak kolejne, na które musimy poczekać.
No dobrze.
Automat do kawy nie działa, a dwie z trzech toalet są nieczynne.
To tylko dolewa kroplę do jeziora goryczy.
Zjawia się drugi wykładowca, który przeprasza nas "na chwilę", ponieważ musi odebrać ważny telefon. W międzyczasie wpada profesor, z którym mieliśmy mieć poprzednie zajęcia i tłumaczy nam sytuację. Zajęcia będą odbywać się w poniedziałki, nie wtorki. Obiecuje wysłać nam informacje na podanego przez nas grupowego maila.
Po pół godzinie wraca drugi wykładowca i przedstawia nam plan działania na ten semestr. Robi listę obecności, pyta gdzie reszta i kiedy informujemy, że na kierunku zostały tylko trzy osoby, spogląda na nas jak na żywe okazy Dodo.
Po piętnastu minutach spraw organizacyjnych, zostajemy odesłani do domu.
Autobus się spóźnia.
Przychodzi do nas mail od prowadzącego, z którym umawialiśmy się na zajęcia w poniedziałek, a które końcowo, wbrew wszelkim ustaleniom, wylądowały w czwartek. System dalej jest niedostępny, ale mrygający harmonogram przestawia zajęcia z prędkością światła, aż w końcu poddaje się i przestaje odpowiadać zupełnie.
Szybki telefon do dziekanatu.
- Nie działa plan.
- Wiemy.
- Będzie działał?
- Nie wiemy.
- Dowiemy się kiedyś jak mamy przychodzić?
- Kiedyś na pewno.
System pomimo wpisania wszystkich ocen do indeksu online, wyświetla semestr jako "niezaliczony".
Kolejny telefon.
- System wyświetla się jako niezaliczony, pomimo kompletu ocen.
- Wiemy.
- Co się dzieje?
- Nie wiemy.
- Naprawi się to?
- Kiedyś na pewno. Proszę się nie martwić.
Serwery walczą z przesileniem i awariami, ustalający zajęcia grają w warcaby na panelu harmonogramu, a my w liczbie dwa, plus jeden (człowiek poza zasięgiem) czekamy na jakieś konkretne ustalenia.
Powiedziałabym, że to nie jest dobry dzień, ale tak naprawdę należy do dość przeciętnych i neutralnych.
Wspominałam, że po drodze uchwyt mojej przeładowanej do granic możliwości torebki strzelił na środku przejścia dla pieszych, rozsypując swoją zawartość na całej długości i byłam zmuszona przez kilka godzin nosić pakunek przed sobą jak Kubuś Puchatek swój żółty brzuszek?
Nie?
Well then...
Myliłam się.
Nie chcąc by kolejny utwór podzielił losy poprzednika, od tamtej pory używam tylko tradycyjnego "bip bip motherf***er" do tego niewdzięcznego zadania.
Powracam do żywych wbrew swojej woli i patrzę z nienawiścią na zegarek.
- Dlaczego aż tak mnie nienawidzisz? Kto Cię skrzywdził i czemu Ty krzywdzisz mnie? - pytam, posiadając tendencję do częstego mówienia do siebie i przedmiotów nieożywionych. Przyzwyczajenie mniej kłopotliwe w miejscach publicznych jeśli ma się psa.
- Kto Cię wysłał? - kontynuuję, kiedy na mojej wyciągniętej dłoni ląduje futrzana głowa.
- Też jesteś z nim w spisku? - pytam Morfinę, patrząc w jej nieskalane myślą oczy i wyłączam urządzenie szatana - Pracujesz dla niego? Przyznaj się. Po co się tak drzeć, przecież wstaję. Wstaję prawda? - mamroczę, zwlekając się z łóżka i odkrywając na termometrze magiczne 8 stopni Celsjusza.
- O nie, nie, nie. Na to się nie umawialiśmy. Tego nie było w kontrakcie. Morfina Ty to widzisz? Widzisz to? Zrób coś z tym, nie patrz na mnie, interweniuj.
Pies widzi, lecz nie uznaje problemu w pogodzie, tylko w swoim człowieku, który jak zwykle wyrzuca z siebie słowa, których znaczenia ciężko się domyślić. Nie są to "spacerek", "grzeczny pies", ani ulubione "ciasteczko" i to jest prawdziwy problem. Ludzie używają zbyt wielu słów, które niczego nie wnoszą. Do tego śpią w innym futrze niż te, w którym wychodzą.
Oceniam szybko sytuację i przygotowuję się na fizyczny ból, związany z powstałymi poprzedniego dnia zakwasami na udach i przejmującym zimnem na zewnątrz. Chyba tak boli miłość.
- Daj mi to ogarnąć umysłem - mówię częściowo do psa, częściowo do siebie i wchodzę do łazienki, gdzie podczas szykowania się przeżywam wszystkie pięć faz umierania Elisabeth Kübler-Ross:
1. Zaprzeczenie
Wcale nie muszę tam wychodzić. Nie jestem w stanie nawet kucnąć. Nie ma opcji, żebym wylazła w takim stanie na mróz. Pies wytrzyma.
2. GniewPo ciężkiego gofra ktoś wymyślił zajęcia rano? Kto wpadł na genialny pomysł, żeby specjalnie wyrywać z łóżka, przerywać sen, który jest bardzo istotnym elementem zdrowego życia, żeby cisnąć się między innych ludzi, którzy również wyglądają jak zombie i mają taką samą ochotę wchodzić z nami w jakąkolwiek interakcję jak my z nimi? Kto normalny jest w pełni sprawny umysłowo zaraz po przebudzeniu. Mutanty po Czarnobylu chyba, już bez przesady. Gdzie jest moja szczotka? Mówiłam tyle razy, żeby odkładać ją na swoje miejsce.
3. NegocjacjeJak wyjdę za godzinę, to będzie jakieś dwa stopnie cieplej. Zakładając, że Morfina załatwi swoje potrzeby w ciągu czterdziestu minut, to zdążę jeszcze na ostatni autobus.
4. DepresjaNienawidzę własnego życia. Dlaczego to mnie spotyka? Wszystko jest okrutne i bezwzględne, a kosmos zwrócił się przeciwko mnie. To wszystko nie ma żadnego sensu. Po co ja to robię? Co to zmieni? Kogo to obchodzi? Czy ktokolwiek zauważy różnicę?
5. AkceptacjaAaaaaaaaa...
Opatulam się jak Eskimos w polarną noc i opuszczam ciepłe mieszkanie. Niemal od razu po przekroczeniu drzwi zewnętrznych mam ochotę zawrócić, ale podróbka niedźwiedzia na smyczy już ciągnie mnie na trawnik. Schodzę po schodach jak upośledzony pingwin, ponieważ moje uda postanawiają płonąć żywym ogniem przy jakiejkolwiek próbie zginania kolan i ląduję na oszronionym trawniku, wypuszczając z ust obłoczki pary.
Mięciutkie i włosiane usiłuje pożreć znalezionego na pasie zieleni, tygodniowego kebaba, więc odciągam zwierzynę na bok i zachęcam do dalszego marszu, produkując się przy jękach oburzenia głodnego psa.
- Morfina zgadnij co się stanie jak to zjesz. Dwustronna fontanna, no zgadłaś. A wiesz co oznacza dwustronna fontanna? Dwustronna fontanna oznacza potrzebę wychodzenia z Tobą co cztery minuty, piętnaście i trzydzieści dwie setne sekundy, plus Twój ból brzucha i ogólny dyskomfort. Pozwól więc, że zacytuję Ci Hamleta, akt piąty, scenę pierwszą, wers 425: NIE.
Morfina przyjmuje do wiadomości tę mowę nienawiści, ale wyraża dla niej jasny sprzeciw w postaci mruczenia i wzdychania za opuszczonym dobrem na ziemi.
Świniak dokonuje szybkiej zrzutki, więc po posprzątaniu kieruję się do domu, wciąż chodząc jak sparaliżowana baletnica w gipsie i nie ryzykując uderzeniami ognia w wyższych partiach kończyn dolnych.
Po zaaplikowaniu psu leków, otwieram lodówkę i odnajduję w niej tylko światło. Ubieram się więc ponownie i wędruję do lokalnego sklepu za rogiem. Biorę w dłoń koszyk i wciskam do niego najpotrzebniejsze produkty. Chleb, mleko, pasztet, banan i pomidor lądują na sklepowej ladzie. Przede mną stoi tylko jeden człowiek. To mężczyzna z dostawy, który zaopatrzył właśnie sklep w świeże jogurty i prosi ekspedientkę o wskazanie drogi to służbowej toalety, bo jak sam przyznaje "musi odcedzić kartofelki, gdyż mu już kipią w garnku". Kobieta uprzejmie kieruje mężczyznę na składzik i kasuje po kolei moje produkty.
- Jeszcze cztery bilety ulgowe - mówię po zakończeniu rachunku i podaję sprzedawczyni pieniądze.
Nagle światła gasną, kasa fiskalna się wyłącza, a komputer restartuje.
- Co Pan tam robi? - pyta ekspedientka pana od dostawy - Nie ten przycisk. Ten jest od głównego zasilania. Od łazienki jest po drugiej stronie, trzeba pytać!
Za mną ustawia się już kolejka głodnych i zniecierpliwionych ludzi. Kasjerka natomiast walczy z systemem, który odmawia dostępu do kasy fiskalnej, wyświetlając ostrzeżenie o próbie włamania.
Napięcie rośnie.
Z toalety wychodzi mister kartofelek i znosi dzielnie uwagi sprzedawczyni, której poziom frustracji wychodzi już przez górny wentylator.
- Nie moja wina. Kto normalny robi podłączenie do systemu na włączniku! To jakiś debil zakładał - broni się dostawca.
- To nasz szef zakładał to osobiście! - odpowiada ekspedientka.
- To debila macie tego szefa!
- Sam Pan jesteś debil. Szefem tu jest mój ojciec.
Dyskusja trwa, kolejka rośnie, małosolne ogórki w wiaderku zaczynają się kisić, a wszyscy z niecierpliwością oczekują na uruchomienie systemu.
Niestety kilka ostrych słów, agresywne wciskanie guzika "reset", a nawet złe zaklęcia nie przekonują urządzeń do podjęcia pracy.
- Spiszę to Pani na kartkę - mówi po chwili zrezygnowana kasjerka - Zapłaci Pani później.
- Rozumiem. A bilety? - pytam z nadzieją.
- Nie otworzę kasy. Zacięła się.
- No dobrze - odpowiadam, zwijam produkty i pełznę do domu, poruszając się jak cyrkiel.
Organizuję szybkie śniadanie zwierzętom i jeszcze szybsze sobie, po czym niemal wybiegam z domu, zastanawiając się po drodze jak wielu rzeczy zapomniałam spakować.
Biletomat na przystanku wyświetla komunikat o braku możliwości płacenia gotówką, więc dopłacam kilkadziesiąt groszy i kupuję bilet u kierowcy.
Po przejechaniu przez olbrzymi korek, roboty drogowe i obwodnicę, docieram na miejsce.
Pada deszcz.
Nie wzięłam parasola.
Dobra robota.
Wciąż nie zginając kolan przemieszczam się w kierunku budynku uczelni, w strugach deszczu.
Docieram pod drzwi.
Wejście z drugiej strony budynku.
Obchodzę budynek dookoła i wciskam się do środka, przeklinając zepsutą windę i konieczność udania się na drugie piętro schodami. Jest to marsz pełen bólu i żaru w mięśniach.
W ostatniej chwili docieram pod salę.
Profesora jeszcze nie ma.
Siadam obok koleżanki i zaczynamy rozmawiać.
Po godzinie z niepokojem usiłujemy dostać się na plan na stronie internetowej, żeby sprawdzić czy w ostatniej chwili nie zostały naniesione jakieś poprawki. "Error. This site is currently unavailable". Padły serwery.
Schodzimy do dziekanatu, który oświadcza nam, że podany przez nas wykładowca jest z gospodarki wodnej, której sekretariat znajduje się na górze.
Wracamy na górę i dowiadujemy się, że informatycy pomieszali plan i poranne zajęcia zostały odwołane. Za godzinę mamy jednak kolejne, na które musimy poczekać.
No dobrze.
Automat do kawy nie działa, a dwie z trzech toalet są nieczynne.
To tylko dolewa kroplę do jeziora goryczy.
Zjawia się drugi wykładowca, który przeprasza nas "na chwilę", ponieważ musi odebrać ważny telefon. W międzyczasie wpada profesor, z którym mieliśmy mieć poprzednie zajęcia i tłumaczy nam sytuację. Zajęcia będą odbywać się w poniedziałki, nie wtorki. Obiecuje wysłać nam informacje na podanego przez nas grupowego maila.
Po pół godzinie wraca drugi wykładowca i przedstawia nam plan działania na ten semestr. Robi listę obecności, pyta gdzie reszta i kiedy informujemy, że na kierunku zostały tylko trzy osoby, spogląda na nas jak na żywe okazy Dodo.
Po piętnastu minutach spraw organizacyjnych, zostajemy odesłani do domu.
Autobus się spóźnia.
Przychodzi do nas mail od prowadzącego, z którym umawialiśmy się na zajęcia w poniedziałek, a które końcowo, wbrew wszelkim ustaleniom, wylądowały w czwartek. System dalej jest niedostępny, ale mrygający harmonogram przestawia zajęcia z prędkością światła, aż w końcu poddaje się i przestaje odpowiadać zupełnie.
Szybki telefon do dziekanatu.
- Nie działa plan.
- Wiemy.
- Będzie działał?
- Nie wiemy.
- Dowiemy się kiedyś jak mamy przychodzić?
- Kiedyś na pewno.
System pomimo wpisania wszystkich ocen do indeksu online, wyświetla semestr jako "niezaliczony".
Kolejny telefon.
- System wyświetla się jako niezaliczony, pomimo kompletu ocen.
- Wiemy.
- Co się dzieje?
- Nie wiemy.
- Naprawi się to?
- Kiedyś na pewno. Proszę się nie martwić.
Serwery walczą z przesileniem i awariami, ustalający zajęcia grają w warcaby na panelu harmonogramu, a my w liczbie dwa, plus jeden (człowiek poza zasięgiem) czekamy na jakieś konkretne ustalenia.
Powiedziałabym, że to nie jest dobry dzień, ale tak naprawdę należy do dość przeciętnych i neutralnych.
Wspominałam, że po drodze uchwyt mojej przeładowanej do granic możliwości torebki strzelił na środku przejścia dla pieszych, rozsypując swoją zawartość na całej długości i byłam zmuszona przez kilka godzin nosić pakunek przed sobą jak Kubuś Puchatek swój żółty brzuszek?
Nie?
Well then...
Subskrybuj:
Posty (Atom)

