Etykiety

Co tu się dzieje?

Witam!
Szybkim wstępem: Morfina to moja suka (Golden Retriever), przez którą wielokrotnie jestem świadkiem sytuacji których normalnie bym nie zobaczyła. Te sytuacje są opisywane na tym właśnie blogu. Jeśli jesteś tu przypadkiem to wiedz, że bardzo zbłądziłeś.

wtorek, 2 czerwca 2020

Ciężkie poranki

Mam bardzo twardy sen. Ktokolwiek spał ze mną kiedyś w jednym pomieszczeniu ten wie, że jeśli już zasnę (a zasypiam błyskawicznie), to nie jest w stanie obudzić mnie perkusja, remont, ruchy tektoniczne, czy walka Godzilli z Nessie. Bardzo łatwo budzi mnie pompowanie wsteczne Morfiny, ale budzik nie ma najmniejszych szans. Swój alarm nastawiam zazwyczaj na co najmniej 20 drzemek. Pierwszych pięć ma za zadanie przebić się przez odmęty mojego snu, kolejnych dziesięć jest tam dla blokady przed ponownym zaśnięciem, a ostatnich pięć wyciąga mnie z łóżka. Podziwiam ludzi, którym wystarczy jeden dźwięk i są na równych nogach. Dla mnie jest to jednak bardziej złożony proces.

Razem ze mną na zdalne nauczanie budzony jest mój nastoletni sąsiad. Wstajemy mniej więcej w tych samych godzinach i on, podobnie jak ja, również wydaje się mieć z tym problemy. Matka chłopca zaczyna od czułego "Krystian, kochanie, wstajemy", a pół godziny później kończy na "Znowu się spóźnisz na zajęcia. Masz tylko podejść do komputera jełopie", zwieńczonym krótkim, ale stanowczym "Krystian kurde!". Cały proces zaczyna się o 7:30 a kończy po 8, więc mogę określić czas nie otwierając rano oczu. Bardzo przydatne, jeśli rozwarcie powiek kosztuje tyle wysiłku, ile właściwe wytoczenie się z łóżka.

Na przestrzeni ostatniego miesiąca ustaliłam więc pewną taktykę.

O 7:00 dzwoni pierwszy alarm. Znaczy, powinien. Nie mam pojęcia, ponieważ nie pamiętam budzenia wstępnego, a moje ciało odruchowo wycisza kolejnych kilka alarmów, zupełnie bez mojej wiedzy i jakiejkolwiek kontroli. Pół godziny później moje uszy nokautowane są kolejną symfonią bipnięć, do których dochodzi delikatny głos sąsiadki. Sytuacja się zagęszcza i wiem, że pora wstawać, kiedy słyszę Krystianowe "Ja je*ie", a mój budzik przechodzi ostatnie stadium depresji.

Proces działał nienagannie przez bardzo długi czas, lecz ostatnio wydarzył się wypadek. Rodzina wyjechała w środku tygodnia i nie wróciła na noc, o czym ja nie wiedziałam. Pewnego ranka jak zwykle przeszłam przez proces budzenia wstępnego i wyczekiwałam na pierwsze "Krystiany". Czas uciekał, a ja niczego nie słyszałam, więc dla mózgu była to informacja o powrocie do snu.
Jakież było moje zdziwienie, kiedy o 8:45 obudziła mnie koleżanka z grupy, z pytaniem czy będę tego dnia na zajęciach. Wcisnęłam do uszu słuchawki i zabrałam wykład na spacer z psem, co jest olbrzymim plusem zdalnego nauczania (jednym z nielicznych).

Jak to w dzisiejszych czasach nie można polegać już nawet na własnych sąsiadach.

Mikrofalówka, mikrofon, mysz

Co ma wspólnego kuchenka mikrofalowa ze zdalnym nauczaniem? Okazuje się, że wiele.

Jeśli jesteście uczniami, studentami, profesorami, to pięć dni w tygodniu (niektórzy więcej) jesteście zobowiązani do logowania się na platformę i czynnego udziału w zajęciach. Jest to zazwyczaj pierwsza rzecz jaką robicie po otwarciu oczu. Kto by się spieszył i szykował? Nie trzeba się przejmować dojazdem, a kamera i tak obejmuje tylko twarz i ramiona, więc nikt nie będzie miał za złe jak wskoczymy online pięć minut po przebudzeniu, w piżamce z Pikachu.

Niestety istnieją jeszcze problemy techniczne. Dla jednych jest to niestabilny internet, dla innych przestarzały komputer, ale dla mojej znajomej największym problemem zdalnego nauczania jest mikrofalówka.

Harmonogram używania kuchenki mikrofalowej i wielka naklejka (nie włączać, trwają zajęcia) to dla niej nowa rzeczywistość, ponieważ z jakiegoś powodu, kiedy ktoś postanawia podgrzać zupę, router stwierdza, że wychodzi na spacer. Brak internetu podczas zajęć zdalnych to poważny problem, więc kuchenki można używać tylko w określonych godzinach, kiedy akurat trwa przerwa w zajęciach.

Można się śmiać do woli, ale ostatnio na własnej skórze przekonałam się czym jest bunt maszyn. 

Sprawa wyglądała tak, że zepsuła mi się mysz komputerowa. Podpięłam więc zapasową. Wszystko było świetnie, dopóki nie postanowiłam przemówić. Wtedy zorientowałam się, że mój mikrofon nie podjął próby współpracy. Wystraszona, że poza myszką padło więcej urządzeń, zrobiłam szybkie testowanie i okazało się, że wszystko działa i buczy, ale tylko jeśli mysz nie jest podpięta. Mój komputer uznał bowiem, że mogę albo mówić, albo ruszać kursorem, ale nie jedno i drugie. Żeby móc się wypowiedzieć, musiałam odpinać mysz, która również była mi potrzebna. Z pomocą kolegi zaczęłam dłubać w ustawieniach, zmieniać sloty i przełączać się między USB na tylnym i przednim panelu.

Udało nam się odnaleźć rzeczy, o których nie miałam pojęcia...


... ale dalej nie mogłam zmusić komputera do pokochania myszki i mikrofonu jednocześnie.

Rozwiązaniem okazała się zmiana myszki. Najwidoczniej mój mikrofon ma własne preferencje co do sprzętu z jakim współpracuje. Nie oceniam. Nie z każdym można się dogadać.

Jeśli ktoś by mi jednak powiedział, że będę maniakalnie przełączać myszkę z mikrofonem o 8:15 rano, każdego dnia, podczas gdy moja koleżanka będzie o tej samej godzinie obklejała mikrofalówkę dla bezpieczeństwa, a reszta będzie walczyła o sprzęt z rodzeństwem i kołowała po kuchni w poszukiwaniu zasięgu, to mogłabym mieć problemy z uwierzeniem.

niedziela, 31 maja 2020

Pojedzone

- Rośliny są strasznie niedoceniane. Traktujemy je z góry, bo nie mówią i nie mogą się z nami komunikować. Nie wykonują naszych poleceń. Właściwie nie mamy nad nimi żadnej władzy. Jedyne co możemy im nakazać, to rosnąć, co i tak już same robią. Nie możemy ich zastraszyć, przekupić, ani do siebie przekonać. Traktujemy je jak kamienie, chociaż to żywe organizmy. Nie reagują tak, jak byśmy sobie tego życzyli i są niezależne, ale mimo wszystko żyją. Po prostu żyją tyle lat, że nie mają potrzeby się spieszyć. Rosną w swoim powolnym tempie i według własnych, niespiesznych zasad. Nie biorą udziału w tym wyścigu szczurów i chyba wychodzi im to na dobre. Rośliny są spoko.

- Stary, ja i tak już jestem wege. Coś muszę jeść, nie przeżyję na piasku i kamieniach. Wszystkich nie uratuję, no sorry.

- Wiesz, że rośliny odczuwają ból?

- Przestań już...

- Ta marchewka krzyczała jak ją wyrywano z ziemi.

- Powiedziałem coś!

- Zabierano ją od jej marchwianych dzieci. Siłą.

- I potem się dziwisz, że nikt cię nie zaprasza na obiad.

Dialog odbył się w barze mlecznym, w którym stałam w kolejce po pierogi. Ostatecznie jeden z panów wyszedł z niczym i mierzył wrogo swojego kolegę, niosącego powiększony zestaw krokietów z mięsem.

Czasem to już lepiej mieć wrogów niż przyjaciół.

sobota, 30 maja 2020

Inżyniery kontra czajniczek

Niecały rok temu odbywałam z moją przyjaciółką praktyki w pewnej firmie. Wtedy to nie była jeszcze moja przyjaciółka, poznałyśmy się właśnie w tym miejscu. Trafiłyśmy do tej firmy, ponieważ studia wymagały od nas miesięcznego stażu w miejscu powiązanym z naszym kierunkiem studiów. Obie byłyśmy wtedy na ochronie środowiska. Ja na studiach inżynierskich, ona na magisterskich. Rok różnicy, a byłybyśmy w jednej grupie. Nie wiem czy wierzę w miłość od pierwszego wejrzenia, ale w przyjaźń od pierwszego wejrzenia wierzę na pewno. Brzmi to bardzo ckliwie, ale tak właśnie było. Po jednym dniu współpracy wiedziałyśmy już, że będziemy znajomość kontynuowały nawet po zakończeniu praktyk. Osiem godzin papierowej roboty dziennie odebrało nam poczytalność, ale jednocześnie popchnęło nas do wyznań rodem z Bollywoodu. Finalnie ta jedna osoba zapoznała mnie z dwiema kolejnymi i skończyłam nie z jedną przyjaciółką, a z trzema. Tę osobę kojarzyć możecie jako obecną matkę syna Szatana, potomka burzy, księcia ciemności, Pana mroku.

Wracając do praktyk. 

Codziennie rano musiałyśmy meldować się w sekretariacie, zabierałyśmy po sześć segregatorów operatów wodnoprawnych, wynosiłyśmy je do "naszego" pokoju, który został nam przydzielony, ponieważ jego prawowity właściciel był w tym czasie na urlopie, za co byłyśmy strasznie wdzięczne i wracałyśmy po kawę, herbatę, chińską zupkę, czy cokolwiek tam sobie wymyśliłyśmy. W sekretariacie stał ekspres do kawy, którego nie używałyśmy, ponieważ dzienne przydziały kawy dla pracowników były ściśle określone, a stażyści się w nie nie wliczali. Korzystałyśmy więc z dystrybutora wody i czajnika. Starego, elektrycznego czajnika, który nie pamiętał ostatniego odkamieniania. Stwierdziłyśmy jednak, że kawa z dodatkowymi minerałami jest lepsza niż jej całkowity brak, więc chrupałyśmy sobie swój napój codziennie przez równy miesiąc.

Dzień przed zakończeniem przez nas praktyk odkryłyśmy, że dystrybutor ma funkcję wrzątku. Maszyna z baniakiem zagotowywała wodę na żądanie, ale żaden pracownik nas o tym nie poinformował, chociaż codziennie wielu z nich widziało jak używamy czajnika, z którego dna kamień można było ściągać dłutem. Nie odezwała się ani jedna osoba. Może nawet byłybyśmy złe, gdyby nie szok jakiego doznałyśmy, odkrywając czerwony przycisk na dystrybutorze i dialog, który rozłożył połowę sekretariatu i niemal udusił kierowniczkę.

- Krycha. Tu jest gorąca woda.

- Co?

- No w baniaku. Można zrobić wrzątek.

- Ale jak?

- Patrz.

- Nie...

- Tak...

- I bez kamienia.

- Amazing.

piątek, 29 maja 2020

Zocha Terecha

- A co tu mamy? - pyta kobieta 45+, nachylając się nad transporterem w poczekalni weterynaryjnej.

Wielki napis na drzwiach "zachowaj bezpieczną odległość dwóch metrów" wcale jej nie przeszkadza.

- Szczura - odpowiadam, podejrzewając zbliżającą się histerię i obrzydzenie faktem, iż szczury mogą być zwierzętami domowymi

- Nie wygląda jak szczur. Ładny jest.

- Dziękuję.

No to mnie zaskoczyła, ale gardy nie opuszczam, bo zazwyczaj po takim zdaniu następuje strategiczne "ale".

- A on guza ma?

- Guza? Nie. Gdzie?

- No na brzuchu, nie?

- A nie. On po prostu taki tłusty jest. Dietę ma, bo się zaokrąglił.

- A daj mu spokój z dietą. Ja to zawsze mówię, że zanim gruby schudnie, to chudy zdechnie. Na ciężkie czasy zbiera. Zapobiegliwy.

- No tak, tylko wie pani, to się na jego zdrowiu odbije jak będzie taki utyty.

- A co on jadł takiego, że się rozlał?

- No nic złego właściwie, bo same ziarna, warzywa, owocki, czasem jakiegoś owada. Za dużo po prostu w siebie wciskał i mu wyszło boczkami.

- A to on tak jak ja ma. Na sałacie potrafię tak spuchnąć, że w dresy nie wchodzę.

- To możemy sobie rękę podać. Tylko ja do tego lubię słodkie.

- No co zrobić, że sałata z nutelką jakoś tak lepiej wchodzi.

- Czyta mi pani w myślach.

- Jaka pani, Zocha jestem - rzecze kobieta, podając mi rękę.

- Ale na pewno?

- No tak mi powiedzieli, że mam na imię, to uwierzyłam. Też mi się to wydaje podejrzane.

- Nie, ja nie o to...

- Co? Za stara ręka? Ja jeszcze nie jestem taka wiekowa. Podajesz? Bo drętwieje.

- ... Paulina - powiedziałam po chwili zastanowienia.

- A coś się zawahałaś.

- Bo tak naprawdę rzadko używam tego imienia. Znajomi mówią mi Krysia.

- Ja to bym chciała mieć Tereska. Teresa mi się zawsze podobało. I nie ma jakiejś twardej formy jak Zocha. Nikt nie mówi Terecha.

- Mnie tam "Krycha" nie przeszkadza.

- A to co temu jemu jest? To w ogóle chłopak czy dziewczyna?

- Chłopak. W domu siedzi jeszcze dwóch. Na kontrolę przyszliśmy, przy okazji jak już po leki dla psa jestem.

- To jeszcze psa masz? Fajnie, duży?

- No taki 30 kg.

- Też mam. Mały kurdupel, ale straszna pierdoła. Co chwilę sobie coś robi. Teraz łapę w gipsie ma, bo nawywijał. Po prostej łące biegł, nie? I jedna dziura co tam była, to on musiał w nią wpaść. Mały pies, wielkie pole i on sobie na tym jednym wertepie łapę złamał. Kaleka jedna.

- A to po co pani... znaczy Zosia przyszłaś?

- No nie będę tego kuternogi ciągnęła niepotrzebnie, ale po receptę na maść przyszłam, bo mu się krwiak dookoła zrobił. Trochę u góry ten gips rozcięli, ale fioletowa kula jest i trzeba smarować.

- Nam się zrobił pod gipsem kiedyś. Z dwa tygodnie schodziło.

- Też złamał?

- Nie, ale operację miała na biodra i zwichniętą rzepkę. Dawno już.

- Z kotem mniej problemów. Jakieś takie bardziej ogarnięte jako zwierzę. A takiego szczura to można chociaż pogłaskać? Czy tak się tylko trzyma, żeby patrzeć na niego. Jak pająki?

- Nie no, to są takie miziaki jak psy generalnie. Jak się je nauczy, to na zawołanie przychodzą i wszystko.

- A to ja nie wiedziałam. W głowie zawsze miałam takie kanałowe, wielkie, brzydkie. A to taki chomik wypasiony. I mówisz, że jak pies?

- Jak najbardziej.

- Musimy się kiedyś na spacer przejść, to mi więcej powiesz. Ja ci zostawię swój numer. Tylko jak ten mój już z tego gipsu wyjdzie. Jeśli ten twój inne psy toleruje i nie przeszkadza ci bujanie się z "babcią" po mieście? Żartuję z tą babcią. Jeszcze jestem młoda i rześka, zapamiętaj sobie.

- Jasne, zgadamy się. Tylko ja zazwyczaj wychodzę jak nie ma już takich upałów, bo to moje ma swoje lata.

- Pewnie, ja też gorąca nie lubię. To bajo, bo mnie wzywają chyba.

Mimo iż nasze plany musiały zostać przesunięte w czasie z powodu obecnej sytuacji w kraju, to kiedy tylko łapka Kuby została już wyciągnięta z gipsu, wyszłyśmy z Zośką na mały spacer po obrzeżach miasta. Okazało się, że dziewczyna jest pielęgniarką szpitalną i ostatnio została przeniesiona do punktu krwiodawstwa w naszym mieście, więc będziemy widywać się już nie tylko prywatnie, lecz też zawodowo. 

Zośka twierdzi, że jest typową pigułą i nie mam co liczyć na delikatne podpięcie wężyków do soczku z żyły, ale mam nadzieję, że zachowam jednak wszystkie kończyny.

Rude Rude, czarne Rude, siwe Rude

- Nie chcę być nieuprzejma, ale zdajesz sobie sprawę w czyim domu jesteś? - rzuciła starsza pani, która usiadła naprzeciwko mnie.

- Tak - odpowiedziałam niepewnie, zerkając na drzwi, w których zniknęła młodsza wersja kobiety, niesłychanie podobna do Rudej pomimo swoich kruczoczarnych włosów.

- Nie wydaje mi się.

Nie wiedziałam co na to odpowiedzieć, więc uśmiechnęłam się tylko, głaszcząc nerwowo Morfinę. Pies siedział przyklejony do mojego kolana i przyglądając się wrogiemu domownikowi, merdał zachęcająco. Ostatni raz się na coś takiego zgodziłam.

- W tym domu kobiety chodzą ubrane jak kobiety. Nie jak mężczyźni klasy robotniczej.

Nie widziałam niczego złego w dżinsach i sweterku z pudlem, ale przemilczałam tę zgrabną uwagę.

- Słyszysz mnie?

- Tak, słyszę - odparłam.

- Dobrze, bo już myślałam, że jesteś głucha.

Zaskakująco bliski prawdy przytyk.

- Wiesz co to kobiecy strój? Kobieta nie powinna chodzić w spodniach. Po to są spódnice i sukienki.

- Przyszłam tu tylko po jedną rzecz i zaraz wychodzę.

- Weszłaś do cudzego domu, to wypadałoby się dostosować. Mamy tu swoje zasady i swoją kulturę.

- Ja rozumiem...

- A to brudne zwierzę nie powinno się tak spoufalać z człowiekiem. Powinno znać swoje miejsce i czekać na zewnątrz.

- Jeśli trzeba, to poczekamy na zewnątrz.

Tak naprawdę nie marzyłam o niczym więcej. Chciałam już znaleźć się na świeżym powietrzu, z daleka od tej kobiety i jej zasad.

- Masz jakieś tatuaże?

- Słucham?

- Tatuaże czy masz.

- Ale... chyba nie muszę się dzielić tą informacją.

- To poczekaj na zewnątrz.

- Nie ma problemu - odparłam, wstając i kierując się do drzwi.

- Mamo - skarciła starszą panią kobieta, która wyszła z dokumentami z pokoju obok - Nie możesz tak robić. Ja panią zaprosiłam do środka i tylko ja mogę ją wyprosić, nie ty.

- Mój dom, moje zasady.

- To mój dom mamo i zasady też moje. Tu są dokumenty, proszę - powiedziała kobieta, wręczając mi teczkę.

- Dziękuję bardzo, to ja już będę szła - odparłam, wymijając niewiastę i zmierzając z psem do drzwi.

- Poczekaj, a jak tam u niej?

- W porządku.

- Ale coś więcej? Jak się czuje? Mieszka z kimś? Ma kogoś?

- Chyba nie mogę pani udzielać takich informacji. Proszę zadzwonić i samemu się dowiedzieć. Ja tylko przyszłam po dokumenty.

- A kim dla niej jesteś, że cię wysłała? Długo się znacie.

- Przepraszam, ale muszę już iść. Ktoś na mnie czeka na dole.

- A, ten mężczyzna. Twój chłopak? Brat?

- Naprawdę muszę już iść - powiedziałam, otwierając drzwi - dziękuję za dokumenty.

Nie wiedziałam co właściwie się stało, ale nie miałam zamiaru tego powtarzać.

- I co, załatwiłaś? - spytał Damian, czekający na zewnątrz.

- Tak, ale wisi mi za to sporą przysługę.

- Aż tak źle? Trochę tam siedziałaś. Zacząłem się zastanawiać czy nie iść z odsieczą, ale jak się na wejściu dowiedziałem, że mężczyźni nie mają wstępu do domu, w którym są dziewczynki na wydaniu "tak na wszelki wypadek", to się wolałem wycofać.

- Mogłam ci zostawić Morfinę. Pełen wywiad miałam ze starszą panią przeprowadzony. Jedna mówi "proszę wejść i poczekać w fotelu", przychodzi druga i mi mówi "wyjdź mi z tym brudnym psem z domu".

- To już wiemy po kim Rude ma niechęć do zwierząt.

- I czemu sama nie chciała tu przyjść, chociaż wychodzić już może.

- Nie no, ponoć ma grypę żołądkową i dlatego nie wychodzi.

- Ta grypa żołądkowa to kac w najgorszym wypadku - odparłam, wyciągając telefon i dzwoniąc do Rudej.

- Ta? - odezwał się głos po serii sygnałów.

- Mamy te papiery co chciałaś. Potrzebujesz je dzisiaj czy możemy podrzucić je przy okazji?

- Możecie przy okazji, ale do końca tygodnia, bo potrzebne do tabletu będą.

- Co?

- No do umowy coś tam wymagali, a te papiery jeszcze na chacie leżały. Myślałam, że są u mnie, ale musiałam je zostawić.

- To ty mnie wysłałaś po to do swojego domu? Bo sobie tablet kupujesz?

- No, tak. Jak było?

- To są te "strasznie ważne" dokumenty?

- No... ale nie było problemów, nie?

- Masz ostatnie... Damian, w ile do niej dotrzemy?

- Czterdzieści minut?

- Masz ostatnie czterdzieści minut życia. Wykorzystaj je mądrze.

- Ale Krysia, co się...

- I lepiej, żebyś otwarła drzwi.

- Ku*wa...

- K*rwa indeed.

- Krycha - zaczął Damian - aż tak zła jesteś?

- Gdzie tam. Jedziemy do domu.

- Ale mieliśmy jechać do niej.

- Tak jej tylko powiedziałam, żeby się pomartwiła. Sama sobie po to do nas przyjedzie. Myślałam, że to faktycznie sprawa życia i śmierci, ale skoro nie, to może się pofatygować. Co tak patrzysz?

- Nie, nic. A kiedy jej damy znać, że do niej nie jedziemy? W końcu zadzwoni.

- A niech dzwoni.

- Od kiedy ty się taka...

- Od kiedy mi napisała, że nie ma co jeść i umiera z głodu, więc się zlitowałam i do niej podeszłam, ale okazało się, że po prostu miała smaka na batona i samej jej się nudziło.

- Aha... no to do domu?

- Do domu.

czwartek, 28 maja 2020

Afera o psią wodę

Bardzo krótka historia o instant karmie.

Morfina jest już w takim wieku, że wymaga na spacerach częstych przerw w marszu i wspierania wodą, niezależnie od pogody. Na przechadzkę wychodzimy więc, kiedy jest chłodniej i temperatura nie rozpłaszcza mi psa na nawierzchni w dziesięć minut po opuszczeniu mieszkania.

Na ostatniej prostej w drodze powrotnej do domu, córa sztormów postanowiła się zatrzymać, usiąść i spojrzeć na mnie wyczekująco. Niewiele myśląc, wyciągnęłam z torebki butelkę z wodą, nachyliłam się do psa i tworząc z ręki łódkę, zaczęłam do takiej prowizorycznej miski wlewać wodę. Zwierz się napił, ja zakręciłam butelkę i wróciłam do pozycji pionowej. Wstając, usłyszałam jednak:

- Ma pani zamiar to posprzątać? - wychodzące z ust starszej kobiety, siedzącej z dzieckiem na ławce.

Obejrzałam się za siebie, zastanawiając się co też mogło mi wypaść z kieszeni czy torebki, ale niczego na chodniku nie zauważyłam.

- No, co się rozgląda? - kontynuowała kobieta - Nalane jest na całym chodniku.

- Ale... to jest woda - zaczęłam, myśląc że kobieta wzięła kałużę pozostałą po pojeniu psa za zawartość psiego pęcherza.

- I co z tego? - usłyszałam jednak w odpowiedzi i zwątpiłam.

- To, że zaraz wyschnie. Poza tym zbiera się na deszcz.

Nie wiedziałam czy kobieta oczekiwała ode mnie podmuchania na mokry chodnik, czy przyjścia na miejsce z suszarką, ale zdenerwowana chwyciła do ręki soczek dziecka, otwarła go i zamachnęła się napojem w kierunku Morfiny, żeby ją nim oblać.

- Jak tak lubi mokre, to proszę - usłyszałam, ale zanim zdążyłam usunąć psa z linii ognia, młodociany, siedzący obok kobiety, złapał rączką za swój soczek i zatrzymał otwartą butelkę, której zawartość wylała się częściowo na spódnicę opiekunki, a częściowo na chodnik.

Kobieta, dalej trzymając rękę w powietrzu, przyglądała się swojemu kapiącemu odzieniu i zerkała na mnie wrogo, jakbym to ja zmieniła spojrzeniem trajektorię lotu soku.

Skróciłam smycz i trzymając Morfinę przy nodze, obeszłam ławkę szerokim łukiem, udając się w dalszą drogę.

Na odchodne dowiedziałam się, że nie chodziło o samą wodę, a o bakterie, które pies rozchlapał ze swojego pyska i które skończyły na trawie i chodniku.

Teren skażony.