Etykiety

Co tu się dzieje?

Witam!
Szybkim wstępem: Morfina to moja suka (Golden Retriever), przez którą wielokrotnie jestem świadkiem sytuacji których normalnie bym nie zobaczyła. Te sytuacje są opisywane na tym właśnie blogu. Jeśli jesteś tu przypadkiem to wiedz, że bardzo zbłądziłeś.

piątek, 26 kwietnia 2019

Bartkowa droga do domu

23:15 - dzwoni telefon. O tej porze to może być tylko szpital, ankieta, albo pijany znajomy. Odbieram, gotowa odpowiedzieć na 15 pytań dotyczących mojej ulubionej stacji radiowej której nie posiadam bo nie słucham radia. Poznaję jednak głos po drugiej stronie słuchawki. Nie jestem w stanie jeszcze przypasować do niego żadnej twarzy, ale zaburzony dźwiękami z tła i promilami głos coś mi mówi.
- Czeeeeeść - słyszę i w tle rozlega się dźwięk uderzających o siebie butelek. Trwa impreza i ktokolwiek tam jest na pewno świetnie się bawi. To jednak nie dla mnie. Zbyt dużo ludzi, zbyt dużo alkoholu, zbyt głośna muzyka. Spoglądam na numer, ale ten z kolei nie mówi mi nic.
- Kto mówi? - pytam.
- No co Ty, Rafał.
Przeszukuję w pamięci wszystkich Rafałów jakich znam i nie doszukuję się ani jednego. Jednak ten głos nie może nic mi mówić. Może słyszałam go kiedyś w tle.
- Nic mi to nie mówi - odpowiadam.
- No od Bartka (tu nazwisko), tylko Bartek wymiękł. 
- Skąd masz mój numer?
- Ma go w połączeniach. Dzwonię po wszystkich jego znajomych żeby go ktoś odstawił do domu, wiesz gdzie on mieszka?
- Słuchaj nie znam Cię, nie mogę Ci podać jego adresu przez telefon. Nie ma ze sobą żadnych dokumentów?
- Nie.
Mam za miękkie serce, ale z drugiej strony Bartek jest mi potrzebny za dwa dni jako kierowca.
- Nie ma w połączeniach jego mamy, dziewczyny, brata?
- Jeśli są to nie odbierają. Dzwoniłem jeszcze do kogoś kogo podpisał "tępa dzida", ale też nie odbiera.
Zastanawiam się jak podpisał mnie, ale nie zadaję tego pytania. Są rzeczy których warto nie wiedzieć.
- Dobra, zrobimy tak. Wyprowadzicie go przed klatkę. Może chodzić?
- Jak ktoś go podtrzyma to ujdzie.
- Dobra dasz mi kogoś do pomocy. Odprowadzę go, bo wiem gdzie mieszka. Podejdę tam tylko powiedz mi gdzie to jest.
Dostaję adres, rozłączam się, biorę psa i w nadziei że wygląda groźnie i krwiożerczo idę do wyznaczonego miejsca. Pod drzwiami jakiegoś klubu widzę trzech ludzi. Dwóch buja się w rytm muzyki, a trzeci ociekając wodą wisi na ich ramionach. Ten wiszący to właśnie Bartek. Podchodzę i sprawdzam stan środkowego jegomościa. Zgon i to taki dość mocny. Morfina w międzyczasie łasi się do pozostałych facetów jakby byli najlepszymi kumplami i znali się od lat. No to wszelkie pozory psa obronnego stracone. Panowie przedstawiają się jako "Szmmmn" i "Petrk", co identyfikuję jako Szymon i Piotrek i ruszamy. 
- Miał coś przy sobie? Klucze do mieszkania na przykład? - pytam, bo nie wiem czy jego dziewczyna jest w domu, a wtaszczenie go na ósme piętro wieżowca tylko po to żeby go ściągać na dół nie brzmi fenomenalnie.
- Neeee - odpowiadają panowie, którzy po wyjściu na zewnątrz zderzają się ze świeżym powietrzem. Modlę się żeby zdołali nie tylko utrzymać zezgonowanego kolegę, ale też sami nie odwalili trupów na drugiej przecznicy. Gorsze od zwłok są tylko trzy zwłoki.
- A co on taki mokry?
- Bo mśmy próbowaali go cucić. Wodą zimną. Nie działa - wydukał jeden walcząc z plączącymi się nogami.
Idę na czele tej wycieczki i odwracam się za każdym niepokojącym dźwiękiem. Hafty były co prawda tylko raz i Petrk dyskretnie zdołał usunąć się w krzaki, ale w tym samym momencie Szmmmn stracił wsparcie i nie zdołał utrzymać truposza Bartka. Panowie poleżeli chwilkę na chodniku i za drugim podejściem wrócili do szyku wyjściowego, ale zdaję sobie sprawę że ten manewr ma ograniczoną liczbę prób i wolę go nie powtarzać. Udaje mi się doprowadzić korowód na ostatnią prostą, kiedy Bartłomiej odzyskuje przytomność.
Krzycząc "malinka, malinka" odrywa się od przyjaciół i tangiem straconych płynie do drzewa. 
- Kocham Cię - rzecze i przytula niewinne drzewko, obsuwając się na kolana.
- Chodź, chodź - mówią do niego koledzy, którzy ruchem pląsającym docierają do drzewa, lecz zakochany tylko mocniej wczepia się w jarzebinę, czy innego klona. A tak dobrze szło.
- Ona jest zajęta, chodź.
- Nie, ona mnie kocha! Zobacz, serduszko - mówi pełnym rozmarzenia głosem widząc fragment urwanej gałęzi, który faktycznie może i przypomina trochę serce, ale nie sądzę by był to symbol miłości drzewka do Bartka.




Przy siódmym "chodź" i uświadomieniu Bartkowi, że ma dziewczynę która prawdopodobnie czeka na niego w domu i będzie bardzo zazdrosna o sosenkę udaje nam się ruszyć do przodu.
Dochodzimy do wieżowca. Okno mieszkania miłośnika drzew jest uchylone, ale nie pali się w nim żadne światło. Dzwonię na domofon pełna nadziei, że dziewczyna tylko mocno zasnęła. Molestuję guzik palcem, bo nie wyobrażam sobie dalszej podróży do domu rodziców gibkiego Bartka. Tym bardziej, że jego transport też zaczyna już wymiękać i zginając się w łydkach obniża lot.
Po dłuższej chwili na moje wezwanie odpowiada zaspany głos i zaliczając dwa śledzie na schodach, które po procentach są skomplikowane w obsłudze wtaczamy się wszyscy do windy. Dla przypomnienia w klitce 2x2 znajduję się teraz ja, trzech pijanych facetów - w tym jeden zwłok, oraz sporych rozmiarów pies któremu odpaliła się miłość dla świata i postanawia lizać rękę jednego z jegomości. Do tego system podnoszenia windy uruchamia wśród zgromadzonych wsteczny odruch żołądkowy który pragnie naśladować podnośnik i unosi przetrawione wstępnie treści na najwyższe piętro. Do tych wniosków dochodzę jednak po zamknięciu drzwi i liczę na cud. Mimo niepokojących odgłosów za moimi plecami udaje nam się dojechać na miejsce bez barwnych pawi i wytaczamy się z windy. Na korytarz wybiega dziewczyna poszkodowanego i zaczyna opierniczać zwłoki na czym świat stoi.
- Co mu się stało? - pyta mnie kiedy zaspany Bartek rozgląda się dookoła nieświadomy swojego położenia w czasie i przestrzeni.
- Miał wypadek - wyprzedza mnie Piotrek, uśmiechając się do ściany.
- Wypadek to on dopiero będzie miał. Wy też jesteście zalani w trupa, jak Wy wyglądacie. Oprócz Ciebie oczywiście - dodaje spoglądając na mnie - Pewnie Cię tam nawet nie było i wyciągnęli Cię z łóżka.
- Zgadza się - odpowiadam - Nie odbierałaś, dzwonili też do jego rodziców i paru innych ludzi z kontaktów, ale albo spali albo postanowili nie odbierać.
- Dzwoniłam do niego wcześniej, ale jako że nie odbierał to stwierdziłam, że się położę. Do głowy by mi nie przyszło, że tak wcześnie upije się do tego stopnia. Dziękuję Ci bardzo, że go odstawiłaś jak wstanie będzie żałował, że wrócił.
- Malinka! - wyrywa się Bartkowi i na czworaka wczołguje się do mieszkania.
- Kim do cholery jest Malinka? - pyta jego dziewczyna, ale walczący z grawitacją znika za drzwiami.
- Długa historia, ale wydaje mi się że to drzewo. Przytulał je po drodze.
- A czemu on ma nieswoją koszulkę, do tego mokrą?
- Czemu nie jego to nie wiem, ale panowie próbowali go cucić pod prysznicem i dlatego z niego cieknie.
Po wyjaśnieniu zbieram pozostałe towarzystwo i wpycham je do windy, sama wybierając schody. Nie mam zamiaru ryzykować ponownie.
Schodzę na parter i czekam na jegomości lecz widzę, że winda zatrzymuje się na drugim piętrze. Wchodzę na górę i zastaję chłopaków bawiących się włącznikiem światła. Dziękuję losowi, że nie jest to dzwonek do drzwi i ponownie wpycham towarzystwo do windy, wciskając guzik "0" i zabraniając im dotykać czegokolwiek. Znowu schodzę na dół i widząc ruch pełzający w jakim poruszają się panowie stwierdzam, że w życiu nie odnajdą drogi powrotnej. Postanawiam ich odprowadzić. Najpierw to Piotrek był orbitą Szymona, a potem się zmienili i teraz Szymon krążąc wokół Piotrka usiłuje ustalić ile kończyn musi ogarnąć by poruszać się do przodu. Panowie kochając się i nienawidząc na zmianę docierają do budynku który jakiś czas temu opuścili. Czuję się jak terapeuta małżeński, ale po dostarczeniu chłopaków na miejsce wracam do domu. Od oparów sama czuję się jakbym machnęła dwa głębsze.
Jest druga w nocy. Najdłuższe 1,5 kilometra w moim życiu...

czwartek, 25 kwietnia 2019

Klątwa siateczki

Idę sobie drogą prostą, a zarazem krętą.
Foka na smyczy truchta tuż obok skubiąc kępy trawy i myśląc, że nie widzę jak intensywnie przeżuwa sałatkę. Potomek kozy zdążył już opędzlować teren wielkości małego boiska piłkarskiego, ale co zrobić kiedy te zielone frędzle wystające z ziemi takie dobre.
Kątem oka zauważam dziadzię który w pozycji krzesełka szuka czegoś intensywnie w trawie, majtając jednorazówką. Mężczyzna nie rozprasza się przechodzącym tłumem i dłubie w ziemi laseczką. Princessa ciągnie mnie wgłąb buszu, gdzie wśród chaszczy wyszukać sobie może idealne źdźbła. Pies delektuje się trawą jak zawodowa krasula, a ja odprowadzam wzrokiem drugiego poszukiwacza, który jak jego poprzednik przechadza się z reklamówką po trawniku i bijąc pokłony przeczesuje Morfinowe pastwiska. Kiedy pojawia się trzeci jegomość i kontynuuje tradycję białej jednorazówki zabieram przeżuwacza z trawnika i stojąc na drodze rozglądam się dookoła.
Czy jechała tędy ciężarówka pełna pieniędzy i zostali poinformowani tylko starsi panowie? Czy wszyscy na raz coś w tej trawie zgubili, czy to raczej zlot zielarzy? Czy panowie są z jakiegoś gangu? Powinnam uciekać?
Przez zdezorientowanie zaczynam kwestionować to co widzę.
Mam swoje "nie potrzebuję snu, wystarczy mi kawusia". Teraz zamiast białych myszek będę widzieć białe jednorazówki powiewające na wietrze.
Spoglądam na Morfinę bijącą się z krzakiem który ewidentnie chciał ukryć przed nią najlepszą trawę na wypasie i stwierdzam, że tutaj nie mam co liczyć na pomoc. Zaczepiam więc sąsiadkę i pytam czy widzi to samo co ja.
- No tak no, łazi jakiś tam i czegoś szuka w trawie - odpowiada.
- Ale tam za zakrętem jest jeszcze dwóch i też mają białe siatki i szukają czegoś w trawie - odpowiadam z lekką ulgą, że nie tkwię sama w tym szaleństwie.
- Może zielone zbierają dla królika, czy innego kucyka. A może przysnęli i zajączka szukają. Czekaj pani zaraz się dowiemy. Halo! Halo, Panie! Zgubił pan coś? Pomóc może?
- Jabumkę! - odpowiada mężczyzna.
Spoglądamy na siebie z sąsiadką, nawet Morfi na chwilę przestaje żuć i kobieta ponawia pytanie.
- Że co?
- Ja bumkę!
- Że co zgubił? - pyta mnie jakbym to ja miała tutaj lepszy słuch. Sąsiadka potrafi namierzyć swojego męża otwierającego puszkę piwa z odległości trzech kilometrów. Jest lepsza niż radary NASA.
- Bombkę? - zgaduję, bo pojęcia nie mam co znaczy jabumka.
- Może gąbkę, albo gumkę.
- On mówi "ja wódkę" - odzywa się drugi starszy pan, wyłaniając się zza rogu ze swoją siateczką.
- W trawie? - dopytuje kobieta.
- No szedł, ze sklepu wracał i zgubił nie wie gdzie - rzecze mężczyzna.
- A pan czego szuka, też tej wódki?
- Nie, ja żonę zgubiłem.
Nastaje niezręczna cisza. Odciągam psa na bok. Ktokolwiek szuka dorosłej kobiety w trawie do kostek nie może być do końca normalny.
- Żony?
- No. Taka blondynka, krótkie włosy, pofalowane takie i w okularach była.
- Panie, co mi pan tu za pierdoły pociska. Gdzie kobita by tu leżała.
- No zdjęcie jej przecież. Wypadło mi z kieszeni jak tej wódki szukałem. Bo ja to zawsze Janinę przy sobie noszę.
- A ten trzeci? - pyta sąsiadka mimo, że poszukiwacz numer trzy nie znalazł się jeszcze w polu widzenia.
- A on to nam pomaga.
- To po co Wam trzy reklamówki. Wódka i zdjęcie się zmieszczą do jednej. Liczycie, że się wystrasza jak wrony i przylecą?
- A może coś jeszcze znajdziemy. Bo to wiadomo? Lepiej mieć siateczkę.
Zostawiam więc panów, żegnam się z sąsiadką i zabieram napasioną kozę ze sobą. Niestety Morfini detektor odpala się tylko na smoczki i przedmioty z kolekcji dziecięcej. Do szukania alkoholu i zdjęć pies nie został przeszkolony więc nie mogę zaproponować panom pomocy.
Mam nadzieję, że mężczyzna numer dwa odnajdzie żonę, bo na tę wódeczkę to raczej nie ma co polować moim zdaniem. Stanowczo znalazła już swój dom w czeluściach otworu gębowego pana numer jeden i wpłynęła na jego pamięć i koncentrację, ale może chociaż odnajdą butelkę.
Stateczek można tam wsadzić, żagle z reklamówki zrobić i po chmurkach popływać...



środa, 24 kwietnia 2019

Pewien psycholog zadał pytanie o życiu...

Kiedyś pewien psycholog zadał grupie ludzi pytanie jakie podejście do życia jest najlepsze.

  • Czy lepiej być pesymistą i ewentualnie dać się mile zaskoczyć,
  • Czy lepiej być optymistą i ewentualnie się rozczarować.
- Oczywiście - powiedział - Najlepiej być realistą i przyjąć, że życie ma zarówno jasne jak i ciemne strony. Że czasem jest gorzkie, a czasem słodkie. Ja jednak celowo nie daję Wam takiej opcji żebyście byli zmuszeni się określić, a nie uciekali na bok. Chcę wiedzieć ilu z Was skłania się ku optymizmowi, a ilu ku pesymizmowi. Nie będziecie za to oceniani, to tylko mały test żeby potwierdzić moją teorię.
Ludzie podzielili się więc na dwie grupy.
Sala okazała się być pełna pesymistów, co o dziwo nie zaskoczyło psychologa.
- Tak myślałem - odparł kiedy ujrzał, że przeważająca jest grupa która woli dać się mile zaskoczyć - Wiecie robię ten test już szósty raz i tylko raz wynik był inny niż oczekiwałem. Na sali znajdowały się wtedy dzieci i pytanie było sformułowane inaczej, ale tak żeby miało to samo znaczenie. Wiecie dlaczego tak jest? Poza faktem, że zmusiłem Was do wyboru i nie dałem niczego pośrodku. To dzieci są bardziej naiwne. My dorośli też jesteśmy, ale wydaje nam się, że nie. Twierdzimy, że jesteśmy bardziej dojrzali i nawet jeśli popełniamy błędy to jest ich dużo mniej. Myślimy, że mamy kontrolę. Przeraża nas pomysł, że mogłoby być inaczej. Dzieci wolą być szczęśliwe i myśleć pozytywnie, nawet jeśli skutkiem będzie rozczarowanie i płacz, bo ich największy problem przed jakim mogą być postawione i jaki mogą sobie wyobrazić tak naprawdę jest dla nas żadnym problemem. W tym właśnie tkwi naiwność. Wierzą, że widziały już wszystko i wybierają rozczarowania z puli którą znają. Mogą nie dostać tego czego pragnęły, albo dostać to później ale w większości ich czas mija na przyjemnych wspomnieniach. Z dorosłymi jest inaczej, no bo które dziecko zacznie się zastanawiać czy w przyszłości będzie miało co jeść, czy nie wybuchnie wojna, albo czy nie wyleci z pracy i będzie zmuszone zamieszkać na ulicy? Żadne. Te problemy dla nich jeszcze nie istnieją, nie zdają sobie z nich sprawy. My natomiast już tak. Wiecie, że opcja którą wybrała większość z Was ma specjalną nazwę? To cherofobia. A cóż to jest? Brzmi groźnie. Jest to lęk przed byciem szczęśliwym. Tak, istnieje coś takiego. W skrajnych przypadkach wymaga naszej - psychologów interwencji, ale tak naprawdę występuje w swojej lekkiej formie dość pospolicie. Cherofobia to taki mały kuzyn depresji. Ktoś kto ma cherofobię nie jest smutny cały czas, po prostu unika działań które mogą przynieść mu szczęście. Czasem nawet niecelowo. Dlaczego? Ponieważ myśli, że za szczęście płaci się wysoką cenę. Że jeśli zbyt długo wszystko idzie jak po maśle, to zaraz spadnie na głowę jakieś wielkie zło, dużo cięższe do udźwignięcia jeśli się je straci z oczu. Takie osoby czują, że to szczęście nie potrwa długo, więc lepiej się do niego nie przyzwyczajać i myśleć w ciemniejszych barwach. Jeśli zakłada się pesymistyczny scenariusz, to każde zaskoczenie czymś miłym będzie fajnym doświadczeniem. Dużo lepszym niż rozczarowanie kiedy się na coś pozytywnie nakręcimy. Niektórzy dobrze znoszą porażki i są one dla nich motywujące. Nakręcają ich do działania i sprawiają, że wracają silniejsi niż byli. Inni przy każdym potknięciu i błędzie stają się słabsi. Ciężko im się podnieść i tracą motywację do działania. Ja na przykład znajduję się w tej grupie. Chciałbym żeby było inaczej, ale niestety. Z każdym rozczarowaniem i porażką tracę siłę i wolę na robienie czegoś lepszego, na poprawienie siebie. Kopa dają mi natomiast sukcesy, nawet te małe. Żadna z opcji które wybraliście tak naprawdę nie jest zła czy gorsza od drugiej. To sposób w jaki patrzymy na świat. Wiele zależy od tego czy motywują nas porażki, czy sukcesy. Realizm zakłada istnienie obu. Fakt, że czasem coś nam wyjdzie, a czasem nie oraz, że następstwa tych działań nie muszą być ze sobą powiązane. Wolimy być troszkę bardziej pesymistami, bo upadek z małej wysokości boli mniej, a nasze oczekiwania i fantazje mogą sięgać bardzo wysoko, przez co są niebezpieczne. Nie powinniśmy nastawiać się z góry na porażkę, ale to robimy bo tak jest wygodniej, mniej boleśnie i demotywująco. Najgorsza w działaniach jest zazdrość i porównywanie się do innych. Uwaga, będzie historia z życia. Miałem kiedyś kota, nazywał się Albert. Alberta dostałem kiedy ten miał cztery lata w spadku. Był trochę przymulony i ociężały, bo poprzednia właścicielka niemiłosiernie go spasła. Podczas odwiedzin mojego kumpla z którym z niewyjaśnionych przyczyn uwielbiałem rywalizować dowiedziałem się, że on też ma kota od niedawna i jego kot jest bardzo pojętny. Nauczył go siad, dawać łapę i przybijać piątkę. Zwierzęta były w podobnym wieku i kiedy spojrzał na Alberta widziałem w jego spojrzeniu wyzwanie. Postanowiłem, że Albert będzie lepiej wyszkolonym kotem niż jego rywal. Koty nie miały o sobie pojęcia, nie wiedziały, że startują w jakiś zawodach. Albert jednak nie współpracował, był oporny na wszelką wiedzę i zasypiał podczas tresury. Kompletnie nie docierały do niego żadne polecenia. Myślicie, że się poddałem? A skąd, tu chodziło o honor. Mój kot nie mógł być gorszy. Po morderczej pracy i upływie kilku miesięcy nauczyłem go "siad". Kot kolegi w tym czasie nauczył się jeszcze "turlaj się" i "proś". Byłem bezradny bo wiedziałem, że w życiu go nie dogonię. Jakoś tak straciłem zapał i skończyliśmy trening na dawaniu łapy i obrocie. Albert był po prostu oporny na wiedzę. Pogodziłem się z przegraną i dałem kotu spokój. Co się jednak okazało, a czego nie wiedziałem wcześniej to fakt, że Albert był głuchy jak pień. Odkryłem to w sumie przypadkiem i weterynarz potwierdził diagnozę. Do tej pory myślałem, że jest po prostu tłusty i leniwy, ale on mnie zwyczajnie nie słyszał. Dotarło do mnie, że nauczyłem głuchego kota siadać, kręcić się i podawać łapkę bez niczyjej pomocy. Miałem utrudnienie, bo na pomysł sygnałów rękami wpadłem dopiero później. Nie czułem się już jakbym przegrał, żartujecie? Wyszkoliłem głuchego kota, oczywiście że wygrałem. Byłem z siebie strasznie dumny, chwaliłem się wszystkim i wróciłem do szkolenia Alberta i uczenia go nowych sztuczek. Nie patrzyłem już na postępy drugiego kota, mój i tak był zwycięzcą. Kot był ze mną kilka lat i niestety ciężko zachorował, ale okazało się że wiele zależy od podejścia. Największym błędem jaki możemy zrobić to porównywać się do innych. Konkurencja jest fajna dopóki jest zdrowa i nie wywołuje w nas zawiści. Gdybyśmy cieszyli się z cudzych wygranych i własnych małych sukcesów życie byłoby dla nas dużo bardziej kolorowe. Nie balibyśmy się tak upadku. Co chciałbym żebyście wynieśli z tej sali kiedy już z niej wyjdziecie to nie to, że macie być szczęśliwi za wszelką cenę i widzieć wszystko w jasnych barwach bo tak Wam powiedział jakiś fagasik w garniturku. Absolutnie nie, to nie tak działa. Nikt nie jest szczęśliwy cały czas. Chciałbym tylko żebyście się tego szczęścia nie bali kiedy już przypadkiem do Was zawita. Żebyście nie podejrzewali każdego sukcesu o jakiś podstęp. Czasem złe rzeczy zdarzają się po dobrych, ale jest to przypadek, a nie wynik Waszych wcześniejszych działań. Małe szczęścia nie niosą za sobą dużej kary. Wybierzmy drogę jaką uważamy za słuszną, ale nie bądźmy dla siebie zbyt surowi kiedy zdarzy nam się łamać własne zasady. Nawet jeśli to błąd, to każdy nas czegoś uczy. Może popełnimy go drugi raz, albo nawet trzeci, ale za każdym razem jest to dla nas nowa lekcja. To czy ją przyjmiemy czy nie zależy od nas, ale jednak ta lekcja tam jest. Czasem trzeba zaakceptować fakt, że nasz kot jest ślepy i jest najlepszym kotem na świecie bo nikt tak pięknie nie podaje łapy jak on, a inne koty to sobie mogą tańczyć walca. I tak mu nie dorównają, bo startują w innej kategorii. Wszyscy startujemy w swojej własnej kategorii. No, to życzę Wam wielu sukcesów i żeby Wasze głuche koty podawały łapkę tak świetnie jak Albert, bo mój Boże był tak samo tłusty jak zdolny.
~~~~~~~~
Wykład pochodzi ze spotkania z ekspertem i jest fragmentem dyskusji na tematy suicydologiczne. Przytoczyłam wypowiedź psychologa jak najlepiej pamiętałam i za pomocą tego co udało mi się zanotować.
Patrząc na naszą ankietę, w której udział brało 67 osób (włącznie ze mną), z czego 51 opowiedziało się za opcją pesymistyczną, a tylko 16 za optymistyczną pozwolę sobie wyciągnąć wnioski iż pan psycholog miał rację.
Teraz pozostaje nam tylko znaleźć jakiegoś głuchego kota...

Rant o introwertyzmie i społecznych lękach

Na pewno część z Was spotkała się z terminem Social anxiety, czyli w tłumaczeniu na polski - Lęk społeczny.
Czym jest lęk społeczny?
Według Wikipedii lęk społeczny jest
"(...) terminem określającym występowanie odczucia lęku w związku z różnymi relacjami interpersonalnymi. W zależności od autorów pojęcie to jest utożsamiane albo z fobią społeczną albo lękiem przed ludźmi, jednak nie na tyle silnym, aby było zakwalifikowane jako zaburzenie psychiczne lub normalnym zachowaniem większości ludzi, polegającym na występowaniu różnego stopnia lęku w sytuacjach, w których wymagane jest wywarcie na kimś określonego wrażenia bądź zachowanie danej osoby może zostać poddane ocenie."
Nie będziemy się jednak tutaj wdrażać w mowę naukową, bo od tego są specjalistyczne strony na których można delektować się taką konstrukcją zdania, która dla niektórych niewiele wnosi.
Przede wszystkim nie należy mylić lęku społecznego z osobowością borderline, o której można poczytać TUTAJ <----, ponieważ o ile borderline powinna zostać poddana leczeniu i jest niebezpieczna na dłuższą metę, tak lęki społeczne posiada niemal każdy w większym lub mniejszym stopniu.
Nie wierzycie?
Mały test.
Czy kiedykolwiek przechodząc obok grupki śmiejących się ludzi pomyśleliście, że mogą śmiać się z Was?
A może nie lubicie wykonywać telefonów do obcych ludzi, nawet jeśli musicie tylko zamówić pizzę, albo dopytać o coś w urzędzie?
Jesteście jednocześnie podekscytowani poznaniem nowych ludzi, ale też boicie się ich oceny?
Nie lubicie wystąpień publicznych?
Widząc jakąś krępującą sytuację skręca Was wewnętrznie w środku, czujecie pełen "cringe" i nie możecie na to patrzeć?
Jeśli odpowiedzieliście pozytywnie na chociaż jedno z tych pytań to znaczy, że chociaż raz w życiu, a prawdopodobnie i więcej razy mieliście do czynienia z lękiem społecznym który odpala w mózgu poczucie zagrożenia i stres. Reakcjami obronnymi mogą być unikanie kontaktu wzrokowego, bawienie się bransoletką lub zegarkiem, czy milczenie mylone często z nieśmiałością.
Najczęściej narażeni na społeczne lęki są introwertycy, którzy określani są błędnie jako gburowaci odludkowie. W rzeczywistości takie odcinanie się to nie oznaka wyższości, czy niechęci do drugiej osoby lecz usilna próba naładowania własnych akumulatorów. W przeciwieństwie do ekstrawertyków, którzy swoją energię czerpią z tłumu i uwielbiają być w centrum uwagi otoczeni wieloma osobami, z introwertyka wysysa to życie i wymaga olbrzymich pokładów energii.
Introwertyk potrzebuje chwilę w ciszy i samotności, bo jak to ujęła Susan Cain:
„Quiet. The Power of Introverts in a World That Can’t Stop Talking”
Introwertycy nie lubią dużych grup, głośnych miejsc i bezcelowych dyskusji, ale to nie znaczy, że nie potrzebują ludzi. Wolą jednak spotkać się w małej grupce bliskich znajomych niż przebywać na imprezie wśród wielu osób, których nigdy wcześniej nie widzieli. Czasem potrzebują dnia dla siebie i wieczoru przy książce. Przez swoją potrzebę chwilowej samotności dużo częściej mają jednak problemy ze społeczna fobią.
Lęk społeczny został określony przez niektórych badaczy jako choroba cywilizacyjna... tak jak zresztą otyłość.
Psychologowie opracowali mnóstwo technik jak radzić sobie z tym lękiem zarówno samemu jak i z pomocą specjalistów, ale wielu z nich zgodnych jest co do tezy, że jeżeli introwertyzm i lęki społeczne nie są skrajne i nie utrudniają życia danej osobie, to nie należy doszukiwać się w nich problemu.
Są ludzie, którzy twierdzą, że:
"Introwertyków najlepiej kształtuje się w szkolnych ławkach gdzie godzinami blokuje się kontakty interpersonalne. Potem już tylko internet i telewizja i niektórym tak zostaje na dłużej"
Co nie jest oczywiście prawdą. Wielu obecnych introwertyków było wychowywanych na ekstrawertyków, lecz nie potrafili się odnaleźć w takiej rzeczywistości. Otoczenie ma wpływ na ukształtowanie człowieka, ale osobiste predyspozycje jednostki zdają się odgrywać większą rolę. Introwertyk na pewno nie unika kontaktów z ludźmi. On je tylko ogranicza do niezbędnego minimum. Introwertycy tylko wydają się zdystansowani i zamknięci. Może czasami niechętnie mówią ale nie należy odbierać tego osobiście. Należy dać im czas na przemyślenia i zwolnić, pozostawić odrobinę przestrzeni żeby nie czuli się otoczeni i zmuszeni do ucieczki.

Nie zawsze fobie społeczne i introwertyzm są normalne, więc jak to rozpoznać?

Stresujesz się wykonaniem telefonu, ale po kilku głębokich wdechach, przekonaniu się że musisz go wykonać i powtórzeniu w myślach po raz dwudziesty tego co chcesz powiedzieć dzwonisz - norma, nie interweniować.

Stresujesz się wykonaniem telefonu do tego stopnia, że zwlekasz z nim tydzień, nie możesz przez to spać ani się na niczym skupić, a w końcu i tak błagasz kogoś by zrobił to za Ciebie lub rezygnujesz - nie norma, potrzebujesz pomocy.

Odmawiasz wyjścia ze znajomymi, bo czujesz że w ten dzień Twoja społeczna bateria jest na wyczerpaniu i potrzebujesz spokojnego wieczoru z jakimś serialem i kotem na kolanach żeby się odmóżdżyć, ale przy następnej okazji wychodzicie - norma, nie interweniować.

Odmawiasz wyjścia ze znajomymi za każdym razem bez wyraźnego powodu i ukrywasz się w swojej jaskini miesiącami wychodząc tylko po niezbędne zakupy i unikając ludzi jak ognia - nie norma, potrzebujesz pomocy.

Proste? Proste.

Ktoś jest cichy i spokojny, ale przy głębszym poznaniu okazuje się fajną osobą i po prostu potrzebował więcej czasu - normalne.

Ktoś jest ewidentnie zestresowany mimo, że znacie się od dawna, ma huśtawki nastrojów od dłuższego czasu, okalecza się, przejawia stany depresyjne nawet myśli samobójcze? - absolutnie nie jest to normalne. Należy zwrócić się o pomoc do rodziny i specjalisty.

Czasem oczywiście odróżnienie jednego od drugiego nie jest takie proste, ponieważ osoby z depresją i myślami samobójczymi potrafią ukrywać to w sobie tak dobrze, że nawet najbliżsi nie mają o tym pojęcia. Często takie osoby są bardzo żywiołowe i energiczne przy innych ludziach i dopracowują maskę "wszystko jest w porządku" do perfekcji.
Mówimy jednak o przypadkach ewidentnych.

Po co ten post właściwie powstał?

Właściwie w jednym celu. Żeby uświadomić ludziom, że zmuszanie innych do zachowań jakie sami uważamy za normę do niczego nie prowadzi. Jesteśmy różni. Jedni są introwertykami, inni ekstrawertykami. Jedni mają społeczne lęki, inni mogą tańczyć na golasa w fontannie śpiewając "You're the one that I want" i nie czuć nawet cienia zażenowania. Nikt nie każe ekstrawertykowi spędzać cichego piątkowego wieczoru w klubie książki, więc dlaczego od introwertyka wymaga się chodzenia na imprezy i zmusza się go do czynności które nie są dla niego wygodne tylko dlatego, żeby "nie był snobem i się zabawił". Jego to nie bawi, nie cieszy i nie zadowala.
Przestańmy.
Zaakceptujmy fakt, że jesteśmy różni nie tylko z zewnątrz ale i w środku i dajmy innym żyć. Ekstrawertyk potrafi doskonale dogadać się z introwertykiem, ponieważ jeden uwielbia skupiać na sobie uwagę i dużo mówić, a drugi potrafi go słuchać i nie ma nic przeciwko temu. Często jest nawet wdzięczny, że nie musi zabierać głosu.
O ile ktoś nie zatraca się w sobie zbyt bardzo i jego społeczne lęki nie przeszkadzają mu znacząco w codziennym życiu nie ma czego naprostowywać. Nie jesteśmy idealni, żadne z nas. Takie drobne niedoskonałości kształtują jednak osobowość i to kim jesteśmy.
Starajmy się zrozumieć innych, a może uda nam się lepiej zrozumieć i samych siebie.
Koniec rantu, można się rozejść.

wtorek, 23 kwietnia 2019

Kwiat światła księżyca

Drobna uwaga zanim przejdziemy dalej.
Ta historia pochodzi z dziennika i utrzymuje elementy (nie wiem jak duże) pewnej chińskiej legendy. Oryginalna historia prawdopodobnie jest nieco inna i została zmieniona na przestrzeni czasu zanim znalazła się w dzienniku. Nie mam jednak informacji o jej oryginalnym źródle.


~~~~~~~~~~~~~~~~

W pewnej wiosce, w dalekiej krainie mieszkał wyśmienity myśliwy. Dostarczał on najlepsze zdobycze swojemu władcy. Ofiarowywał mu futra, tusze i schwytane zwierzęta. Polował tylko na największe i najpiękniejsze okazy ponieważ wiedział, że tylko w ten sposób może przypodobać się władcy i zaskarbić sobie jego wdzięczność. W zamian mężczyzna otrzymywał zgodę by mniejsze i nie tak okazałe sztuki pozostawiać dla siebie. W ten sposób mógł on wykarmić swoją rodzinę. Myśliwy posiadał jedno dziecko - córkę. Poza nią nie miał na świecie nikogo, robił więc wszystko by zapewnić małej dziewczynce najlepsze warunki. Nie było to proste, ponieważ wymagania władcy wciąż rosły. Myśliwy był zmuszony polować na coraz większe i niebezpieczniejsze zwierzęta. Kusił tym los i pewnego dnia szczęście przestało mu sprzyjać.
W gęstwinie drzew mężczyzna dojrzał największego dzika jakiego kiedykolwiek widział. Zwierzę miało gęste, złote futro i wielkością dorównywało dorosłemu niedźwiedziowi. Jego kły mogłyby kosić drzewa, a potężne racice miażdżyć powalone pnie. Myśliwy nie mógł przepuścić takiej okazji. Sięgnął po łuk i zakradł się cicho do zwierza, a kiedy był już wystarczająco blisko naciągnął strzałę i celując w olbrzymie stworzenie wystrzelił. Grot wbił się w skórę dzika, lecz jego gęsta szczecina ochroniła go przed śmiertelną raną. Rozsierdzone zwierzę natarło na ukrytego w gęstwinach mężczyznę i zadało mu wiele głębokich ran nim uspokoiło się i odeszło. Z zakrwawionymi szablami i strzałą wbitą w bok.
Myśliwy przeżył, ale kiedy dotarł do wioski padł wykończony u progu swego domu. Widząc to mała dziewczynka, która była jego córką pomogła ojcu wejść do środka i zajęła się opatrywaniem jego ran. 
Dziecko opiekowało się ojcem jak najlepiej potrafiło, lecz mimo usilnych starań rany wciąż krwawiły i nie zasklepiały się. Zrozpaczona dziewczynka po trzech dniach walki o życie myśliwego wybrała się do zielarki. Kobieta ta była najstarsza w całej wiosce i wiedziała o ranach i ich leczeniu więcej niż ktokolwiek inny. 
- Przez swoją zachłanność Twojego ojca czeka śmierć. Należy znać umiar pomimo posiadania umiejętności - rzekła zielarka.
- Nie, proszę. Musi być jakieś wyjście. Zrobię cokolwiek, zrobię wszystko! - zawodziła dziewczynka, zalewając się łzami.
- Jest jedna rzecz. Bardzo rzadki kwiat, którego lecznicze właściwości goją nawet najgłębsze rany. Kwiat ten rośnie jednak tylko podczas pełni i zwie się kwiatem światła księżyca. Podaruję Ci jedno nasionko. Po wyrośnięciu z niego rośliny musisz przyrządzić wywar i polać nim rany ojca. Kwiat ten jest jednak niezwykły. Nie wystarczy samo światło księżyca, musi być nawieziony czymś najczystszym i najbardziej drogocennym. Czymś niesłychanie szlachetnym.
- Znajdę coś takiego, dziękuję! - odparła dziewczynka i zabierając nasionko wybiegła z domu zielarki.
- Musisz się spieszyć! - krzyknęła za nią kobieta - Do pełni została Ci tylko jedna noc i jeden dzień!
Dziecko wiedziało, że czeka je wyścig z czasem. Nagrodą miało być jednak życie jej ojca. Dziewczynka pobiegła do domu, spakowała prowiant i wodę, a nasionko owinęła w materiał i zabrała ze sobą. Córka podeszła do myśliwego i obiecując mu znalezienie lekarstwa przytuliła go mocno. Opuściła dom i chorego z zamysłem udania się w góry. Dziecko pamiętało, że kiedyś ojciec opowiadał jej o źródle tak czystym i nieskalanym, że nawet zwierzęta z szacunku do czegoś tak pięknego nie chciały z niego pić. Woda z tego źródła byłaby idealna do nawiezienia nasionka. Była jedyną godną kwiatu substancją jaką znała.
Dziewczynka wkroczyła na leśną ścieżkę, kierując się na widoczne znad koron drzew szczyty gór. Im głębiej wchodziła w las, tym ciemniej się stawało. Dzień ustępował nocy. Wiedziała, że kiedy księżyc po raz kolejny pojawi się na niebie będzie musiała zasadzić nasionko. Do tego czasu musiała więc znaleźć źródełko. Z rozmyślań wyrwał ją żałosny krzyk, jakiego nie słyszała nigdy dotąd. Nie należał on do człowieka, ale nie wiedziała jakie zwierzę mogło wydawać z siebie takie jęki. Ojciec nigdy nie zabierał jej na polowania, to było zbyt niebezpieczne. Nie wiedziała więc nic o mieszkających w lesie stworzeniach. Córka myśliwego znalazła się na skraju niewielkiego urwiska. Na drugą stronę prowadziła powalona kłoda. Dziewczynka cieszyła się, że drzewo upadło w ten sposób, w przeciwnym razie nie udałoby jej się przeprawić na drugą stronę. Wyrwa nie była głęboka, ale była stanowczo zbyt szeroka by mogła ją przeskoczyć. Dziecko wspięło się delikatnie na prowizoryczny most i zaczęło ostrożnie stawiać kroki na chyboczącej się kłodzie. Córka spojrzała w dół i w rozpadlinie ujrzała parę migoczących oczu. To stamtąd dobiegało zawodzenie.
- Kim jesteś? - krzyknęła, by dodać sobie odwagi.
- Ja spadłem i nie mogę się wydostać. Zgubiłem też mamę, proszę pomóż mi!
Dziewczynka postanowiła pomóc nieznajomemu, lecz kiedy światło księżyca oświetliło wyrwę ujrzała w niej małego niedźwiadka. Miś widząc trwogę na twarzy dziecka krzyknął:
- Nie bój się, nic Ci nie zrobię. Pomóż mi, proszę!
- Ale Ty jesteś niedźwiedziem. Niedźwiedzie nie potrafią mówić, żadne zwierzę nie potrafi.
- Oczywiście, że potrafimy. To ludzie nie potrafią słuchać. To, że nas nie rozumieją nie oznacza jeszcze, że nie mówimy. Pomożesz mi wyjść? I znaleźć mamę? 
Mimo strachu dziecko postanowiło pomóc małemu niedźwiadkowi. Dziewczynka nie chciała nawet myśleć jak ona by się czuła gdyby zgubiła tatę i utknęła w rozpadlinie w środku lasu. Jej krótkie rączki nie były jednak w stanie dosięgnąć misia.
- Poczekaj tu, sprowadzę pomoc - rzekła - Sama i tak bym Cię nie wciągnęła, jesteś dla mnie za ciężki. Obiecuję, że tu wrócę, dobrze?
- Ale wróć! - odparł miś, patrząc na dziecko niknące w mroku.
Córka myśliwego długo krążyła po lesie szukając pomocy. Nie mogła wrócić do wioski, ponieważ nikt nie pomógłby niedźwiedziowi. Kiedy już traciła nadzieję natknęła się na lisa, który widząc człowieka czmychnął powiewając srebrzystą kitą.
- Poczekaj! Potrzebuję pomocy, nie zrobię Ci krzywdy. W rozpadlinie utknął mały niedźwiedź! - wołała za lisem dziewczynka, lecz ten nie przystając ani na chwilę odparł:
- Czas. Musisz się spieszyć.
I zniknął za drzewami.
- No przecież nie zostawię go samego - powiedziało do siebie dziecko i słysząc nietypowy dźwięk uderzania o siebie dwóch przedmiotów pobiegło w kierunku z którego dochodził.
Przed dziewczynką rozciągała się polana na której walczyły dwa jelenie. Ich poroże uderzało o siebie i zakleszczone zwierzęta przepychały się z jednego końca polany na drugi. Córka myśliwego krzyknęła na zwierzęta, jednak te jej nie słyszały zajęte własnymi sprawami. Dziewczynka weszła więc na jabłoń i zrywając owoce rzucała nimi w walczące jelenie.
- Człowiek! - krzyknął w końcu jeden z nich.
- To mały człowiek - odparł drugi.
- Co mały człowiek robi w lesie, w środku nocy? - spytał pierwszy.
- Szuka pomocy - odparła dziewczynka nim zdążył zrobić to drugi jeleń - Tam w rozpadlinie utknął mały niedźwiadek i nie może wyjść. Wy macie takie piękne, wielkie poroże i jesteście tacy silni. Na pewno udałoby Wam się go stamtąd wyciągnąć. Pomożecie mi?
- Pomóc człowiekowi? - spytał jeden z jeleni.
- Pomóc niedźwiedziowi? - odezwał się drugi.
- Oboje jesteście naszymi wrogami - odparły razem.
- Ja Was nie skrzywdzę, a jestem pewna że jeśli pomożecie misiowi to on również nie. Może powie też swojej mamie, że pomogły mu dwa piękne i silne jelenie i należy im się szacunek - rzekła dziewczynka.
- Szacunek, to piękne - odparł jeleń.
- Ale szacunkiem się nie najemy. Jesteśmy głodni, trawa nam zbrzydła. Jeśli dasz nam coś do jedzenia, a to nam zasmakuje to Ci pomożemy - dopowiedział drugi.
- Tu jest pełno jabłek, mogę je Wam pozrzucać - ucieszyło się dziecko.
- Nie, nie chcemy jabłek - rzekł jeleń.
- Sami możemy je pozrzucać wystarczy, że uderzymy w drzewo - dodał drugi.
Dziewczynka zeszła z drzewa, zajrzała do swojej torby i poczęstowała jelenie warzywami i owocami które zabrała ze sobą w podróż. Najedzone zwierzęta poszły za nią we wskazane miejsce i schylając głowy pomogły wydostać się niedźwiadkowi z rozpadliny. Miś wspiął się po ich porożu i zeskoczył na trawę. Dziewczynka podziękowała jeleniom, a te kłaniając się odeszły by dokończyć przerwaną potyczkę. Wiedziała, że niedźwiadek szuka mamy i nie chciała zostawiać go samego, ale bardzo się spieszyła. Zaproponowała misiowi by poszedł z nią i po drodze rozglądał się za swoją mamą, na co ten przystał.
Szli całą noc i cały poranek dnia następnego. Zjedli resztę zapasów i wciąż nie znaleźli ani mamy misia, ani źródełka mimo, że znajdowali się już wysoko w górach.
- Stąd będzie lepiej widać - zapewniała niedźwiadka córka myśliwego - Na pewno znajdziemy Twoją mamę i moje źródełko.
- Dlaczego szukasz tego źródełka? Przecież przez las płynie rzeka, z niej też można się napić - spytał miś.
- Woda z tego źródełka jest czysta i wyjątkowa. Jest mi potrzebna do podlania nasionka kwiatu, który wyrasta tylko w blasku pełni księżyca.
- Po co Ci ten kwiat?
- Jest potrzebny mojemu ojcu. Zaatakował go wielki dzik i jego rany nie chcą się goić, ten kwiat mu pomoże. Tak powiedziała zielarka.
- To niemożliwe. Dzik nikogo nie atakuje bez powodu. Twój tata musiał go czymś rozgniewać.
- Strzelił do niego, ale dzik był zbyt duży by paść od jednej strzały.
- Dlaczego to zrobił?
- Jest myśliwym, strzela do zwierząt i zanosi je władcy, a on w zamian pozwala mu polować na króliki i sarny.
- Jest więc mordercą.
- Wcale nie, robi to żebyśmy mogli jeść.
- Władca robi to dla trofeum. Trofeum którego nawet sam nie zdobywa. Twój tata przynosząc mu coraz rzadsze i większe zwierzęta tylko zwiększa jego apetyt. Oboje postępują głupio. Głupio i zachłannie. Jeśli Twój tata wyzdrowieje może zabić moją mamę, albo mnie. Może zabić tego dzika, który jest miły i daje nam żołędzie. Nie chcę żeby on wyzdrowiał.
- Nie mów tak, to mój tata. Porozmawiam z nim. Myślę, że po takim zdarzeniu sam nie będzie już chciał polować - odparła dziewczynka i spojrzała na kamień, na którym wygrzewał się lis.
- Czas - odparło srebrzyste zwierzę - Czas ucieka - po czym czmychnęło za drzewa.
- Potrzebujemy pomocy, sami nie zdążymy. Nie wiemy gdzie jest Twoja mama ani moje źródełko - rzekła dziewczynka, kiedy na gałęzi obok przysiadła sroka.
- Ja mogę pomóc. Mogę się rozejrzeć, na niebie więcej widać. Tam, z góry. Nie za darmo. Chcę futro dzika. Nie zwykłego dzika, złotego dzika. Jego futro jest gęste i piękne, wystarczy jedna kępka. Muszę ocieplić swoje gniazdo.
- Nie mamy czasu by szukać dzika - odparło dziecko - Poza tym on może mnie zabić! Próbował zabić mojego tatę!
- Tylko dlatego, że Twój tata próbował zabić jego. Dzik jest miły, na pewno da Ci futro.
- Dlaczego sama go nie zdobędziesz?
- Dzik mnie nie widzi. Jest za duży i ma słaby wzrok. Albo futro, albo nie lecę. Popilnuję małego misia. A Ty idź do dzika, idź, idź! - skrzeczała sroka i dziewczynka nie widząc innego wyjścia zeszła do lasu. Nie musiała długo szukać, na drzewach znajdowały się ślady krwi, a głęboko w ziemi osadzone były ślady wielkich racic. Dziecko poszło za śladami i odnalazło odyńca który leżał pod drzewem.
- Panie dziku - odparła dziewczynka przejęta strachem na widok ogromnego zwierzęcia - Potrzebuję pana futra. Czy mogłabym dostać trochę? Sroka chce ocieplić swoje gniazdo i dopóki tego nie zrobi nie pomoże mi wypatrzeć mamy zgubionego niedźwiadka i źródełka. Potrzebuję go żeby wyleczyć tatę...
- Z ran które mu zadałem - przerwał dziecku dzik swoim potężnym głosem.
- Skąd Ty... skąd pan to wie? - spytała córka myśliwego cofając się za drzewa.
- Pachniesz jak on. Wzrok mam słaby, ale węch mi to rekompensuje. Dlaczego miałbym pomagać komuś kto próbował mnie zabić?
- Ty też... znaczy pan też próbował go zabić, więc chyba jesteście kwita - odparła dziewczynka.
- Nie pomogę Ci.
- Proszę, to tylko trochę futra.
- Nie chodzi o futro, a o zasady. Nie pomagam mordercom.
- Ale on umrze bez mojej pomocy, a ja nie mogę pomóc jeśli inni mi nie pomogą.
- Tak, wiem i przykro mi, jednak zdania nie zmienię.
Dziewczynka wytarła spływające po policzkach łzy i już chciała odejść kiedy zauważyła strzałę swego ojca wystającą z boku zwierzęcia.
- Mogę Ci to wyjąć i opatrzyć ranę.
- To nie zmieni mojego zdania - odparł dzik przyglądając się małej istotce.
- Tak, wiem. Jednak jeśli strzała będzie w środku będzie Ci zadawać ból i nie pozwoli się zagoić ranie.
Odyniec pozwolił dziecku podejść, a ono wyjęło strzałę i owinęło ranę własną chustą.
- Co teraz zrobisz? - spytał dzik.
- Wrócę na górę - westchnęła dziewczynka - I znajdę inny sposób żeby znaleźć drogę.
- Weź futro - odparł dzik - Twoja odwaga i determinacja zasługują na nagrodę. Nie robię tego dla Twojego ojca, żebyśmy mieli jasność. Robię to bo mi pomogłaś chociaż wcale nie musiałaś.
Uradowana córka zabrała kępkę złotego futra i pobiegła do sroki. Ptak wzbił się na ciemniejące niebo i wypatrzył z powietrza niedźwiedzicę, oraz drogę do źródła. Dziewczynka rozstała się z misiem i popędziła we wskazanym przez srokę kierunku. Jej drobne nóżki nie poddawały się mimo iż trawił je ból i dziecko dotarło na szczyt wzgórza w momencie, kiedy na ciemnym niebie pojawiła się pełnia. W ziemi wydrążone było koryto, jednak brakowało w nim wody. Dawne źródło wyschło. Została po nim tylko pamięć.
Córka opadła na kolana i rzewnie zapłakała tuląc zawinięte w materiał nasionko.
- Czas - usłyszała obok cichutki głos - Czas Cię wyprzedził.
Dziecko podniosło głowę i ujrzało lisa, przyglądającego się jej. Jego srebrne futro lśniło w blasku księżyca.
- Nic już nie mogę zrobić. Nie zdążę znaleźć innego źródełka, do tego tak czystego jak to. Mój tata umrze.
- Straciłaś czas. Dlaczego? - dopytywał lis.
- Bo musiałam im pomóc. Misiowi i dzikowi, i...
- Dlaczego?
- Bo tak trzeba. 
- Mogłaś go zostawić. Wtedy byś zdążyła.
- Ale nie mogłam!
- Dlaczego? Wiesz dlaczego?
- Nie wiem! - wyrzuciła z siebie zapłakana dziewczynka.
- A ja wiem - odparł lis - Ja wiem dlaczego. Wiem czemu pomogłaś misiowi, chociaż mogłaś go zostawić i czemu nakarmiłaś te jelenie swoim jedzeniem. Wiem też czemu nie zostawiłaś niedźwiadka nawet kiedy nazwał Twojego ojca mordercą i dlaczego pomogłaś dzikowi mimo, że nie chciał Ci dać swojego futra. Zrobiłaś to wszystko bo masz czyste serce. Bardzo czyste, najczystsze. A wiesz skąd się biorą łzy? Pojawiają się kiedy jesteśmy smutni, albo radośni. Kiedy jest nam przykro, albo za mocno się śmiejemy. Łzy oznaczają emocje, uczucia. Te same uczucia trzymamy w sercu. 
Dziewczynka spojrzała na lisa próbując zrozumieć jego słowa, a on kontynuował.
- Nie potrzebujesz wody ze źródełka, już dałaś nasionku najczystszą i najszlachetniejszą substancję. Spójrz, jest całe mokre od łez. No otwórz dłoń.
Kiedy dziecko wykonało polecenie lisa ujrzało w swoich małych rączkach nie nasionko lecz piękny kwiat, który mienił się kolorami w świetle pełni. Uradowana chciała przytulić srebrzyste stworzenie, ale kiedy się rozejrzała nie było go już przy niej.
Dziecko owinęło starannie kwiat materiałem i najdelikatniej jak potrafiło zbiegło ze zbocza. Schodząc z gór i mijając las oraz polanę wróciło do wioski. Słońce już wstawało, a dziewczynka choć zmęczona i głodna z radością wbiegła do domu i przyrządziła kwiat według zaleceń zielarki. Kilka godzin później ojciec dziewczynki obudził się i po raz pierwszy od kilku dni przytulił swoją ukochaną córkę.
To, że mógł to zrobić nie było jednak zasługą zielarki, ani magicznego kwiatu. Wszystko zawdzięczał czystemu sercu i miłości własnego dziecka.
Bo to jest właśnie najszlachetniejsza substancja, która pomaga wyrosnąć wielu rzeczom, niekoniecznie dla nas widocznym.







Czy Twoje zwierzę może Cię zjeść?

7 kwietnia 2019 roku o godzinie 21:40 zadałam Wam na grupie na Facebooku pytanie:
"Jak myślicie, czy po śmierci właściciela jego zwierzę (pies, kot, gryzoń, ptak, etc.) byłoby skłonne go zjeść lub chociaż skosztować?"
Takie perełki tylko na tej grupie, więc jeśli jeszcze Was tam nie ma to zapraszam:

TUTAJ <--------- 


Brane były pod uwagę różne przypadki takie jak dostęp zwierzęcia do jedzenia lub jego brak. Zadałam również pytanie który pupil według Was podjąłby się konsumpcji właściciela bardziej chętnie.
Odpowiedzieliście, a teraz Wasze odpowiedzi pojawią się na diagramie kołowym, oczywiście anonimowo.



W ankiecie wzięły udział 73 osoby.
37, czyli 51% (nr 1 na wykresie) odpowiedziało, że "Zwierzę zjadłoby swojego właściciela tylko z głodu (niezależnie od gatunku)"
11, czyli 15% (nr 2 na wykresie) uznało, że "Żadne zwierzę domowe nie zjadłoby swojego właściciela niezależnie od sytuacji"
8, czyli 11 % (nr 3 na wykresie) zdecydowało, że "Zwierzę zjadłoby swojego właściciela niezależnie od posiadania dostępu do pokarmu" jeśli byłoby gryzoniem, ptakiem, lub innym zwierzęciem poza psem i kotem.
Kolejnych 8 osób, czyli ponownie 11% (nr 4 na wykresie), że "Zwierzę zjadłoby swojego właściciela tylko z głodu" i tu ponownie tylko w przypadku gryzoni, ptaków i zwierząt poza psami i kotami
4 osoby, co stanowi 5% ankietowanych (nr 5 na wykresie) zaznaczyło opcję "Zwierzę zjadłoby właściciela tylko z głodu (pies)"
3 osoby, czyli 4% (nr 6 na wykresie) uznały, że owszem "Zwierzę zjadłoby swojego właściciela tylko z głodu", ale byłby to kot
2 z Was, czyli 3% (nr 7 na wykresie) uznało, że "Zwierzę zjadłoby swojego właściciela niezależnie od dostępu do pokarmu" i byłby to kot.
Co ciekawe ani jedna osoba nie zaznaczyła opcji "Zwierzę zjadłoby swojego właściciela niezależnie od posiadania dostępu do pokarmu (pies)", ani "Zwierzę zjadłoby swojego właściciela niezależnie od posiadania dostępu do pokarmu (niezależnie od gatunku)".
Większość z Was twierdzi, że gatunek nie ma znaczenia jeśli chodzi o głód, lecz wśród zwierząt które są najbardziej podejrzane przy dostępie do jedzenia znajdują się gryzonie, ptaki i zwierzęta poza psami i kotami. Pies i kot obciążani są podejrzeniami mniej więcej na równi.

No dobrze, to są nasze przypuszczenia i opinie, a teraz trochę faktów.

Bardziej wrażliwe osoby proszone są o opuszczenie sali, bo może być nietypowo.

Na stronie National Geographic [1] (link na dole postu) znaleźć możemy informację o przypadku 31 - letniego mężczyzny który dokonał samobójstwa na tyłach domu swojej matki w 1997 roku. Żył w niewielkim pomieszczeniu razem ze swoim Owczarkiem Niemieckim. Mężczyzna strzelił sobie w głowę. Wystrzał zaalarmował sąsiadów, którzy 45 minut później przybyli by sprawdzić co się stało. Znaleziono mężczyznę martwego z pistoletem w dłoni i notatką na stole. Nie miał już większości twarzy i szyi, na ranach były wyraźnie widoczne ślady psich zębów. Tuż obok ciała leżała psia miska. Była pełna.
Owczarek był spokojny i reagował potulnie na słowa przybyłych na miejsce policjantów. W drodze do zwierzęcego sanktuarium pies zwymiotował część tkanki właściciela włączając w to skórę z fragmentami brody mężczyzny.
Nie jest to jedyny przypadek. Jest ich wiele więcej, nie tylko wśród psów.
Ratownicy przybywający na miejsce wezwania dość często zgłaszają incydenty z napoczęciem ciał przez zwierzęta domowe. Wśród winowajców w tych przypadkach królują koty. Najczęściej brakującymi partiami ciała okazuje się twarz, zwłaszcza jej miękkie części jak nos czy usta.
Czy to koty są więc bardziej skore do takich zachowań? Niekoniecznie.
W 2010 roku zgłoszenie w "Journal of Forensic and Legal Medicine" o kobiecie która umarła z powodu tętniaka i została znaleziona następnego ranka na podłodze łazienki ujawniło, że pies kobiety zdołał zjeść do tego czasu pół jej twarzy, natomiast dwa koty które również znajdowały się w domu nie naruszyły ciała.
W 2013 roku policja odkryła rozkładające się zwłoki 56 - letniej kobiety z Wielkiej Brytanii, która była konsumowana przez wiele swoich zwierząt (w tym koty) przez kilka miesięcy.
W 2008 roku podobna sytuacja przydarzyła się 58 - letniej kobiecie z Rumunii, która posiadała 20 kotów. [2]
Okazuje się więc, że występku dopuszczają się zarówno psy jak i koty.
Zazwyczaj jednak na miejscu odnajduje się tylko psy, które nie opuszczają miejsca przebywania przez długi czas. Koty, gryzonie, ptaki, czy inne zwierzęta którym udaje się wydostać na zewnątrz najczęściej opuszczają miejsce i dziczeją, polując w celu zapewnienia sobie pokarmu. 

Jaki jest jednak powód takich zachowań?

Teoria głodu została poparta przypadkiem z 2007 roku, w którym mieszanka Chow Chow i Labradora przeżyła miesiąc bez opieki swojego właściciela, żywiąc się tylko jego ciałem i zostawiając niewiele resztek (głównie odłamki kości).
Ta teoria zostawia jednak bez wyjaśnienia przypadek z 1997 roku. Pies nie był głodny, a i tak zaraz po śmierci właściciela zdecydował się naruszyć jego ciało.
W 24% przypadków uszkodzeń ciał martwych właścicieli przez zwierzęta domowe w samym 2015 roku psy w większości już pierwszego dnia po śmierci właściciela zabierały się do jego zjadania. Większość z nich miała dostęp do jedzenia, jednak pozostawało ono nienaruszone.
Badania wykazały jednak, że nie można tłumaczyć tego "wilczym instynktem", ponieważ psy w 73% przypadków wgryzały się najpierw w twarz, a tylko 15% z nich zabierało się za brzuch. W naturze psowate znane są z otwierania najpierw klatki piersiowej i brzucha, gdzie znajdują się bogatsze w składniki odżywcze wnętrzności.
Żadne zwierzę z przestudiowanych przypadków nie było też źle traktowane ani maltretowane. Zarówno psy jak i koty miały bardzo silne więzi z właścicielami i dobre relacje z sąsiadami. Wykluczyć można więc też pobudki behawioralne.

Czy to oznacza, że nie można ufać żadnemu zwierzęciu, ponieważ mimo udomowienia może się to okazać dla nas niebezpieczne? Czy należy bać się ataku przez sen?

Oczywiście, że nie.
Według raportu Rothschild, prawdopodobna przyczyna takiego zachowania u zwierząt bierze się stąd, że pierwotną reakcją podopiecznego widzącego nieprzytomnego właściciela w wielu przypadkach jest lizanie i szturchanie go po twarzy. Próbując pomóc, ale nie widząc efektów zwierzę wpada w histerię i w panice zaczyna gryźć. To tłumaczy dlaczego najczęściej uszkodzeniu ulega właśnie twarz. Od gryzienia łatwo już przejść do jedzenia. Smak krwi stymuluje u zwierząt mięsożernych uczucie łaknienia, co przy dodatkowej panice skutkuje pożarciem właściciela.
Zdarzały się oczywiście pojedyncze przypadki, że zaalarmowane stanem właściciela zwierzę spanikowało i zaczęło gryźć, kiedy ten był tylko pijany lub nieprzytomny, ale jest to rzadsze niż w przypadku śmierci, kiedy zanika temperatura ciała emitowana przez człowieka i jego naturalny zapach.

Czy rasa ma tutaj znaczenie?

Może nie tyle sama rasa, a indywidualny charakter zwierzęcia oraz jego predyspozycje. Większe psy, zwłaszcza te szkolone do polowań mogą szybciej podjąć się próby ogołacania człowieka z ciała i przez swoją siłę są w stanie doprowadzić do większych obrażeń. Trzy osobne przypadki pokazały, że właściciele zostali pożarci do tego stopnia, że nastąpiła dekapitacja i we wszystkich tych przypadkach sprawcami były Owczarki. Nie oznacza to jednak, że właściciele małych psów są całkowicie bezpieczni. Psi temperament ma tu olbrzymie znaczenie. Psy niepewne, bojaźliwe, które często wykazują oznaki lęku separacyjnego mogą częściej przechodzić od gorączkowego lizania do gryzienia.
To czy zwierzęta znajdują się w stadzie, czy mieszkają z właścicielem samotnie nie odgrywa roli. Do konsumpcji tak samo często przechodzą zarówno grupy, jak i pojedyncze osobniki.

Co z innymi zwierzętami?

Odnotowano przypadki, że gryzonie, zwierzęta egzotyczne, czy ptaki posiłkowały się martwym właścicielem, ale zazwyczaj po zaspokojeniu głodu uciekały.
Gryzonie poza jedzeniem mają jednak również inne pomysły na wykorzystanie zwłok.
Zdarzenie opisane w 1995 roku w "Forensic Science International" jest właściwie jedynym udokumentowanym przypadkiem pośmiertnego uszkodzenia ludzkiego ciała przez chomika. W pozostałych przypadkach sprawy są jedynie domniemane, ponieważ na miejscu zazwyczaj nie odnajduje się już sprawców. W tym przypadku u ofiary stwierdzono zgon wynikający z zapalenia płuc, co nie pokrywało się jednak z licznymi obrażeniami i zadrapaniami na ciele. Kiedy funkcjonariusze otwarli niepozornie uchyloną szufladę znaleźli w niej chomika, który siedział wygodnie w swoim nowym gnieździe zbudowanym z fragmentów skóry swojej właścicielki. Niektóre gryzonie zakładały też nory wewnątrz zwłok, zazwyczaj w klatce piersiowej i używały włosów nieboszczyka by ocieplić kryjówkę. Kości zapewniają gryzoniom wapno, oraz idealnie nadają się do ścierania zębów które rosną u nich przez całe życie. Taka wielofunkcyjna nora jest więc dla nich rozwiązaniem idealnym.
Zwierzęta egzotyczne takie jak węże, jeśli nie były oswojone ze skarmianiem martwym pokarmem po wydostaniu się ze swojego terrarium czy klatki omijały martwe ciało i wychodziły na zewnątrz by tam zapolować.
Opisane zostały również przypadki zwierząt gospodarskich, takich jak świnie które pożarły większość swojego właściciela w kilka godzin. Mężczyzna wyszedł je nakarmić i niefortunnie dostał zawału w ich boksie. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że zwierzęta były przekonane iż właśnie zostały nakarmione jak co wieczór nie podejrzewając, że martwe ciało to wciąż ich właściciel.

Omówione zostały przypadki mięsożerców i wszystkożerców, ale co z roślinożercami?

Tutaj rozwiązanie może niektórych zaskoczyć, ponieważ żaden roślinożerca nie jest tak naprawdę w pełni roślinożercą. Zanim wegetarianie i weganie dostaną zbiorowej histerii pozwólcie, że wyjaśnię.
Zarówno dzicy roślinożercy, jak i Ci przebywający z ludźmi nie pogardzą sporadycznym białkiem pochodzenia zwierzęcego. W naturze normą jest, że zwierzęta takie jak sarna okazjonalnie przegrzebują ptasie gniazda w poszukiwaniu jajek, lub piskląt i zjadają je.
Przykład poniżej, uprzedzam nie dla każdego.



Nie mają też oporów przed zjedzeniem innych, mniejszych ssaków jak wiewiórki, myszy, czy króliki.



Zwierzęta gospodarskie robią to samo, jeśli mają takie możliwości.



Takie zachowanie jest całkowicie normalne i może wydawać się nietypowe, ponieważ nie jest obserwowane na co dzień. Ponadto w trawie i roślinach pochłanianych przez te zwierzęta żyje mnóstwo owadów, które też przecież są zjadane.

Pozostaje jednak pytanie, czy roślinożercy zignorowaliby zwłoki, czy raczej się nimi posilili? Na to pytanie nie ma jednoznacznej odpowiedzi, ponieważ żaden przypadek nie został do tej pory udokumentowany. Istnieją jednak przesłanki, że w przypadku braku innego źródła pożywienia te zwierzęta również nie pogardziłyby ludzkim mięsem.
W takim wypadku bezpieczne pozostają tylko rybki akwariowe i to tylko do momentu śmierci w basenie pełnym tych stworzeń.
Podsumowując zarówno pies, kot, szczur, chomik, mysz, fretka, żółwik, czy prawdopodobnie nawet koń jest zdolny do zjedzenia swojego właściciela i choć dzieje się to głównie z konkretnych pobudek jak brak pokarmu, chęć niesienia pomocy, lub panika zwierzęcia to dla niektórych taka sytuacja może być niemałym szokiem.
Według psychologów pracujących nad wyżej wymienionymi przypadkami ludzie stali się zbyt sentymentalni i zdolni do antropomorfizowania zwierząt, dlatego ich naturalne reakcje wywołują wśród populacji grozę. Wielu ludzi twierdzi, że akurat ich zwierzę nigdy nie posunęłoby się do takiego czynu, ponieważ to zwierzę ich kocha. Ci ludzie nie rozumieją jednak różnicy w pojmowaniu miłości przez człowieka, a przez zwierzęta i jak bardzo się ono różni. Opisane przecież zostały przykłady pożarcia właściciela z troski i chęci niesienia pomocy.
Temat dla jednych może wydać się obrzydliwy, dla innych przytłaczający, ale moim zdaniem świadomość jest ważna. Nawet spoglądając na diagram na górze postu zauważyć można różnicę w głosowaniu i przeważającą ilość osób, która opowiedziała się za tym, że zwierzę zjadłoby człowieka tylko z głodu, lub nie zrobiłoby tego wcale.
Cóż, prawda wygląda nieco inaczej i troszkę mniej optymistycznie, nie powinno to jednak zmieniać naszego stanowiska względem zwierząt, ani uczuć jakie do nich żywimy. 
Czy mój pies może zjeść mnie w przypadku nagłego zgonu?
Istnieje takie prawdopodobieństwo.
Czy przez to zmieni się mój stosunek do niego?
Absolutnie nie. Zwierzęta działają według swoich norm i kierują się własnymi zasadami. Może to zabrzmieć bardzo źle i dziwnie, ale po śmierci byłoby mi zdecydowanie wszystko jedno co stanie się z moim ciałem, a jeśli dzięki temu moje zwierzęta miałyby szansę dotrwać do momentu znalezienia ich przez osoby z zewnątrz, to nie widzę w tym żadnego problemu. Byłaby to lepsza opcja niż kilka dodatkowych, małych zwierzęcych trupów które zagłodziłyby się na śmierć.
Mam nadzieje, że nigdy do takiej sytuacji nie dojdzie, ale z braku alternatywy trzeba brać pod uwagę wszystkie opcje, nawet te mniej przyjazne dla oka...
Należy pamiętać, by otaczać się osobami i nawet jeśli żyje się samotnie mieć kogoś kogo zaalarmuje nasza dłuższa nieobecność i przyjdzie sprawdzić co się dzieje. Zwłaszcza kiedy posiada się zwierzęta.



Źródła:


poniedziałek, 22 kwietnia 2019

Migracja ubrań

W naszej rodzinie nie wyrzucamy ubrań chyba, że są zniszczone lub bardzo stare. Jeśli ich stan jest dobry, ale nie chcemy ich już mieć w swojej garderobie po prostu oddajemy je innym członkom rodziny którym mogą przypaść do gustu. Powód oddania może być różny: nietrafiony prezent, wyrośnięcie, przytycie... to znaczy zbiegnięcie się w praniu, jak i wiele innych. Mogę śmiało powiedzieć, że taki sposób obrotu ubraniami stanowi ponad połowę mojej garderoby. Te ubrania są zazwyczaj w bardzo dobrym stanie, czasem jeszcze mają na sobie metkę co znaczy, że nie były używane. Mogą to być ubrania markowe od bogatszej części rodziny, albo po prostu bardzo ładna taniocha. To na co się trafi jest loterią.
W ten sposób worki z odzieniem migrują między miastami po całym kraju, a czasem i nawet za granicę, zazwyczaj przewożone przez członków rodziny którzy akurat przejeżdżają obok, albo zatrzymują się u nas na chwilę. Jeśli żadne z przywiezionych ubrań nie spełnia wymagań, albo część z nich nie pasuje do ogólnie przyjętego przez nas stylu (w moim przypadku pojęcie stylu nie istnieje) to jest ono pakowane ponownie i zwiedza dalszą część Polski w nadziei na znalezienie nowego właściciela. 
Zdarza się, że ten sam zestaw trafia do jednego domu wielokrotnie. Nikt przecież nie podpisuje na worku gdzie już był, a przeważnie dorzucane są do niego jakieś nowe drobiazgi. Bywa też, że ubrania wracają do oryginalnego właściciela i nie jest to zabieg celowy.
Właśnie przed chwilą zdarzyła się taka sytuacja. Wujek spod Warszawy przytaszczył ze sobą wielką reklamówkę w której moja ciocia odnalazła swoją kurtkę, którą wysłała w podróż pół roku temu. Na pytanie skąd wujek to wziął, skoro przesyłka oryginalnie jechała do Częstochowy, a potem nad morze ten odpowiedział tylko, że on to ma od Sabinki z Warszawy.
Teraz rodzi się pytanie kim jest Sabinka i jaka część naszej rodziny mieszka w Warszawie. Ja w każdym razie nie kojarzę i po minie ciotki sądzę, że ona również...