Co tu się dzieje?

Witam!
Szybkim wstępem: Morfina to moja suka (Golden Retriever), przez którą wielokrotnie jestem świadkiem sytuacji których normalnie bym nie zobaczyła. Te sytuacje są opisywane na tym właśnie blogu. Jeśli jesteś tu przypadkiem to wiedz, że bardzo zbłądziłeś.

sobota, 20 października 2018

Kartka do nowożeńców?

Słuchajcie... Bardzo dziwna sprawa.
Byłam przed chwilą z Morfiną na długim spacerze i stojąc jakieś 100 metrów od domu coś zaczęło łaskotać mnie po głowie. Pomyślałam że to liście spadające z drzew, ale kiedy próbowałam je zrzucić, zauważyłam że zrzuciłam coś innego.
Biały balonik do którego przypięta była pocztówka, wypisana po niemiecku.
W środku balonika jest światełko. Wstępnie balonów było chyba dwa, bo jeden przebity wciąż przyczepiony jest do wstążki, pewnie dlatego list zaczął w ogóle spadać. Jeden balonik nie był w stanie go utrzymać.
Zabrałam go do domu.
Nie znam niemieckiego, ale tłumacz przetłumaczył znajdujące się tam zdanie jako:
"Może nad Twoją głową po burzy wzejdzie tęcza" albo "Obróć burzę w tęczę" lub też " Niech nad waszymi głowami po burzy zawsze świeci tęcza". Coś w tym rodzaju, każdy tłumacz mówi mi co innego. Jeśli jest tu jakaś osoba, która mówi po niemiecku i jest w stanie powiedzieć dokładnie co to zdanie znaczy, będę wdzięczna. Jest też adres, a przynajmniej tak mi się wydaje. Ktoś wie, czy to istniejące miejsce? Prawdopodobnie tak.
Czy list mógł przylecieć aż z Niemiec? Szczerze wątpię, to daleka droga, zwłaszcza że światełko ciągle w nim świeci.
Na okładce jest napisane "świeżo poślubieni", a przynajmniej tak mówi tłumacz. Poza pismem ręcznym są tam takie zdania jak: "życzy młodej parze", czy "drogi poszukiwaczu, proszę odesłać tę kartę do młodej pary, aby spełniły się życzenia. wielkie dzięki"
To jest co najmniej dziwny... Bardzo dziwny zbieg okoliczności na kilka godzin po tym jak opublikowałam post na blogu, a ktoś anonimowo polecił mi pod nim, żebym wysłała list Amelki balonikiem właśnie.
Wiem że to tylko pewnie taka zabawa dla nowożeńców, ale jest ciekawym wyczuciem czasu, że spadło mi to na głowę właśnie dziś, no i jeszcze to zdanie o tęczy... Może doszukuje się nie wiem czego, po prostu nie wiem co o tym myśleć.












List do Aresa

Zostałam poproszona przez pewną znajomą parę o przypilnowanie ich dziecka przez kilka godzin, kiedy oni będą poza domem. Nie mogli zabrać dziewczynki ze sobą, ponieważ już była lekko przeziębiona i bali się, żeby obecna pogoda i silne wiatry nie dokończyły dzieła. Amelia - owa dziewczynka, była przeze mnie pilnowana już wcześniej i nigdy nie było z nią żadnych problemów więc się zgodziłam. To w końcu tylko kilka godzin. Można było poczytać bajki, czy pooglądać kreskówki. Dziecko miało jednak inne plany.
- Wiesz, gdzie są tęczowe mosty? - spytała dziewczynka, kiedy tylko jej rodzice wyszli z domu.
- Ale, o jakie mosty Ci dokładnie chodzi? -
- Takie, gdzie jadą pieski jak są bardzo chore -
O matko. Takich pytań obawiam się zawsze najbardziej. W tym momencie zauważyłam też, że rozbrykany, kudłaty kundelek nie powitał mnie w drzwiach jak miał to w zwyczaju. Dziwne.
- Amelka, gdzie jest Ares? - spytałam, chociaż właściwie już domyślałam się odpowiedzi.
- Potrącił go samochód, bo poleciał za jakimś kotem. Tata go wołał, ale on nie słuchał i wpadł pod samochód. Tata go szybko wziął na ręce i zaniósł do pana doktora, tego od zwierząt i jak wrócił, to powiedział że Ares musiał wyjechać na wakacje za tęczowy most. Nie wiem jak długo go będą leczyli i ile tam będzie siedział, a jak spytałam rodziców to oni też nie wiedzą. Ty wiesz? -
Wyglądało na to, że rodzice nie mieli odwagi, lub serca powiedzieć dziecku od razu całej prawdy i ja też nie mogłam tego zrobić. To było ich zadanie, nie moje. Nie można było im się jednak dziwić. Takie wieści nigdy nie są proste do przekazania, zwłaszcza dziecku.
- Nie wiem, naprawdę. Mój pies nigdy tam nie był - odpowiedziałam. "Chociaż kilkukrotnie próbował" dopowiedziałam w myślach i starając się odwrócić uwagę dziewczynki od niewygodnego tematu, zaprowadziłam ją do pokoju.
- Chciałabym, żeby już wrócił, ile można się leczyć - podjęła ponownie Amelka - Już wiem! Napiszę tam list i panie które opiekują się tam pieskami może napiszą mi kiedy Ares wróci! Wyślesz go? Proszę, proszę -
- Amelka, ale ja naprawdę nie wiem gdzie to miejsce jest. Żeby wysłać list trzeba mieć adres -
- Ale Ty znasz tyle osób które mają psy, że jak się popytasz to na pewno kogoś znajdziesz, kto będzie wiedział. No zgódź się -
I co ja niby miałam zrobić w tej sytuacji. Stałam pod murem, a brązowe oczy dziecka wlepiały się we mnie z taką siła, że czułam jak przechodzą mi przez czaszkę.
- No dobra - odpowiedziałam - spróbuję ok? Nic nie obiecuję, bo może się okazać że nikt tego miejsca nie zna -
- Na pewno ktoś zna - zakrzyknęła optymistycznie dziewczynka i popędziła do pokoju po kartki i długopis. Jeszcze nigdy nie widziałam tak zdeterminowanego dziecka. Mała rączka, nie przyzwyczajona jeszcze do tak długiego pisania szybko się męczyła i musieliśmy robić kilka przerw, ale długopis w dłoni Amelki tańczył po papierze jak szalony. Im dalej zmierzał list, tym bardziej czułam w gardle narastającą gulę. Poprawiałam na bieżąco jej błędy ortograficzne, czy stylistyczne, ale nie wtrącałam się do treści, a kiedy skończyła przyjrzała się swojemu dziełu i podała mi kartki, zapisane najdokładniejszym pismem jakie dziecko w tym wieku było w stanie z siebie wykrzesać. Widać, że była z siebie zadowolona.
- Masz, tylko nie mam koperty - powiedziała
- Koperta to nie problem. Większym jest adres -
- Znasz chyba ze sto psów, któryś tam musiał być! - odrzekła i uradowana poszła umyć ręce przed zbliżającą się kolacją.
Treść listu możecie zobaczyć poniżej. 
Mimo, że dziewczynka ma bardzo ładne pismo i bardzo się starała, pod spodem umieszczam tekst normalnym drukiem, gdyby ktoś miał problemy z przeczytaniem wiadomości.
















" Hej Ares. Postanowiłam do Ciebie napisać ten list, bo bardzo za Tobą tęsknię. Kiedy wrócisz? Tata powiedział, że musisz być tam długo, żebyś wyzdrowiał. Wyglądasz źle, więc chcę żebyś szybko wyzdrowiał. Jedz dużo, bo jak się je to się szybko zdrowieje. Pani Basia tak mówi i że trzeba jeść dużo warzyw. Jesz dużo warzyw? Musisz jeść marchewki. Szkoda, że nie możemy Cię odwiedzić tam na Tęczowy Mostek, ale tata mówi że to za daleko, żeby tam jechać autem. Mam nadzieję, że czujesz się już dobrze i szybko do nas wrócisz. Może pojedziemy po Ciebie, na przykład pociągiem! Jeszcze nie wiem, ale najpierw musisz wyzdrowieć. Mama mówi, że masz tam kolegów piesków i koleżanki piesków. Są dla Ciebie mili? Chcą się z Tobą bawić? Jak chcesz się z nimi bawić, to bądź grzeczny, to na pewno się z Tobą pobawią. Tylko za dużo nie szalej, bo te pieski też muszą wyzdrowieć i wrócić do swoich rodziców, a jak będą szaleć i szaleć to w końcu złamią nogę i będą tam musiały zostać na dłużej. Jesteś tam już bardzo długo, chyba z tydzień! Bardzo długo zdrowiejesz, ale jak wrócisz to się pobawimy i porzucam Ci Twoją piłkę i pójdziemy na długi spacer. Tylko musisz teraz chodzić na smyczy, bo znowu byś wpadł pod samochód i musiał jechać za Tęczowy mostek, żeby się leczyć. No i po co biegłeś za tym kotkiem, zrobił Ci coś ten kotek? A teraz widzisz, musisz się leczyć. Strasznie mi bez Ciebie smutno! Tobie pewnie też jest bez nas smutno, ale nie bądź smutny, bo już niedługo do nas wrócisz! Narysuję Ci później obrazek, żebyś pamiętał jak wyglądamy i żeby Ci nie było smutno. Chcę Cię przytulić, ale Ciebie nie ma, więc muszę przytulać misia. To nie to samo, Ciebie się lepiej przytula, bo jesteś milutki i cieplutki i zawsze mnie liżesz jak jest mi smutno i wyganiasz potwory w nocy. Na razie żadnych nie widziałam, ale chyba nie wiedzą że Ciebie nie ma, dlatego musisz szybko wrócić! Musisz mnie poprzytulać i bronić przed potworami. Mama płakała, jak mi mówiła że musisz tam wyjechać na ten Tęczowy Mostek i ja trochę też, ale tylko troszeczkę, bo mi bez Ciebie smutno, ale już niedługo wrócisz i będziemy się znowu bawić.
Kocham Cię bardzo, bardzo, bardzo mocno. Jedz dużo i jedz lekarstwa i nie szalej! Nie mogę się doczekać aż Cię przytulę tak mocno, z całej siły! I nie zjedz tego listu, bo będziesz chory, papieru się nie je.
Buziaczki, Amelka."

Szczerze? Nie chciałabym być teraz na miejscu jej rodziców. Będą musieli wytłumaczyć dziewczynce, że Ares nie wróci już zza tęczowego mostu. Że psy, które raz tam trafią, zostają tam już na zawsze. Że nie da się ich odwiedzić ani zobaczyć... Że Ares po prostu umarł, kiedy potrącił go samochód i nie jest wcale na wakacjach i leczeniu. Że więcej go nie przytuli. Mogę się tylko domyśleć jak trudne i traumatyczne to będzie przeżycie i jak ciężkie będzie pogodzenie się dla niej z tym faktem.
Co do mojego zadania... Nikt nie znał niestety adresu tęczowego mostu, toteż umieszczam list tutaj.
Może któreś z Was jest w posiadaniu takiej informacji i może przekazać Aresowi list od jego Pani.
Bardzo się w nim postarała.

piątek, 19 października 2018

Weterynarz zna sekret życia

Będąc ostatnio u weterynarza natrafiłam na godziny szczytu. Kolejka wychodziła aż za drzwi budynku, więc obsługujący lekarze rozdzielili się na dwa gabinety, żeby ludzie nie musieli czekać kilka godzin. Jednym z pomieszczeń był przejściowy pokój przedoperacyjny, gdzie dokonuje się oględzin zwierząt przed zabiegiem. Pomieszczenie jest małe i otwierane głównie kiedy pacjent wymaga podania szczepionki, oczyszczenia gruczołów, czy zastosowania innych nieskomplikowanych praktyk. Pokój ten jest połączony z gabinetem głównym i jeśli uchylone są drzwi, można usłyszeć co dzieje się za ścianą, chociaż nie można tego zobaczyć. 
Jako, że z Morfiną przyszliśmy tylko na kontrolę oraz do szczepienia, zostaliśmy poproszeni o przejście do mniejszego gabinetu. W czasie oczekiwania na panią doktor, która przeszła do pokoju obok po igły, strzykawki i Rabisin, byłam świadkiem rozmowy drugiego weterynarza, z właścicielką psa (tak głośnego dyszenia nie mógł wydawać kot), która była obsługiwana w gabinecie głównym. 
- To myśli pan, że mu przejdzie? - usłyszałam kobiecy głos
- Tak, tylko niech mu pani daje coś lekkostrawnego przez kilka dni. Nic mu nie będzie, psy czasem tak mają -
- Czyli Rufus wyzdrowieje? - zapytał cienki, piskliwy głosik, który prawdopodobnie należał do jakiejś małej dziewczynki
- Tak, za kilka dni będzie biegał jak zawsze -
- To dobrze - odpowiedziała kobieta - Wie pan już się wystraszyłam, on nigdy tak nie robił. Z tymi zwierzętami to czasem gorzej niż z dziećmi. Dziecko przynajmniej powie jak coś je boli - 
- Nauczyłam go nowej sztuczki! - zakrzyknęła rozweselona dziewczynka
- Naprawdę? Jakiej? -
- Zdechł pies, dobrze mu idzie. Prawie zawsze mu się udaje -
- To świetnie, tylko nie przekarmiaj go ciastkami, bo mama znowu będzie się martwić - odpowiedział lekarz
- Sama nie wiem kto tutaj kogo bardziej uczy - zaczęła rozprawiać kobieta - Siedem lat nie potrafiłam jej wbić do głowy, że buty się chowa do szafki, a plecaka nie zostawia w korytarzu. Pies raz pogryzł jej trampki i nasikał do plecaka i to wystarczyło, żeby więcej tego nie robiła -
- Każde zwierzę coś w nas odkrywa - skwitował lekarz - Coś, czego wcześniej nie mieliśmy lub było w nas, ale o tym nie wiedzieliśmy
- Na przykład? - spytało zaciekawione dziecko
- Mój ojciec, który też był z zawodu i zamiłowania weterynarzem powiedział mi kiedyś, że tylko głupi, próżny i naiwny człowiek wypiera się lekcji, którą dają mu zwierzęta. Twierdził, że pies uczy nas odpowiedzialności, koń - zaufania, pająk - ostrożności, kot - że nie można wszystkim władać, a chomik daje nam bardzo istotną lekcję o śmierci. Wszystkie razem i każde z osobna uczą nas natomiast miłości i wrażliwości -
- A człowiek? - spytała dziewczynka
- Człowiek? - zastanowił się chwilę weterynarz - Człowiek uczy nieobliczalności. Tego, że wyciągnięta ręka nie zawsze chce pomóc, a ukryta zaszkodzić -

Nie wiem, czy dziecko zrozumiało przekaz lekarza, ale do mnie jakoś bardzo trafiły te słowa. Mimo, że usłyszałam je przypadkiem, przez uchylone drzwi małego gabinetu, czekając na zaszczepienie mojego psa.


czwartek, 18 października 2018

Mały, wesoły rozmaryn

Wczesnym porankiem budzi mnie znienawidzone narzędzie wszystkich ludzi, prowadzących nocny tryb życia... budzik. Siadam, patrzę piętnaście minut w przestrzeń i próbuję znaleźć jakikolwiek powód, żeby nie zaakceptować dalszego związku mojej głowy z poduszką. Użalając się na swój los wstaję, podchodzę do okna i otwieram je. Jeszcze zanim uderzy mnie zimne powietrze, czy pierwsze promyki słońca, mych uszu dobiega niskie:
- O mój rozmarynie, rozwijaj się! -
Oh, świetnie. Przybyli ułani. W samą porę.
Wychylam się, żeby sprawdzić cóż to za kawaleria mi wyje pod oknem z samego rana i widzę starszego mężczyznę, stojącego pod murkiem, ze spodniami opuszczonymi do kolan.
Więc to jeden z tych poranków. 
Jako, że człowiek (na szczęście) stoi tyłem, zajmuje mi dłuższą chwilę żeby zidentyfikować w nim sąsiada z klatki obok. Sądząc po jego wesołym nastroju i potędze strumienia jaki opuszcza jego pęcherz, człowiek ten wraca właśnie z tournee po barach, a jego organizm wydala wypite do tej pory browarki.
Sąsiad odcedzając ziemniaczki postanawia wspomóc się jeszcze kilkoma powtórzeniami:
- O mój rozmaryyyynie, rozwijaj się -
Trzeba przyznać. Zarówno pęcherz jak i przeponę ma jak na swój wiek nad wyraz silne.
Z balkonu obok wychyla się kobieta i krzyczy do mężczyzny:
- Ten rozmaryn to Ci uwiędł już z 20 lat temu, capie! -
To oczywiście żona sąsiada. Jak zwykle miła i kochająca.
Mężczyzna nie ruszając się z miejsca lokalizuje emitor dźwięku i rzuca krótkie:
- Babo do domu! -
- Ja lepiej sikam na stojąco niż Ty na siedząco, więc skończ się zachowywać jak człowiek w buszu, schowaj tego orzeszka i idź się wysikać do chałupy! - odpowiada żona i w tym momencie orientuję się, że na balkonach stoi już co najmniej jedna czwarta bloku.
Sąsiadowi widowisko jednak nie przeszkadza.
- Jeszcze bym Cię tym znokautował kobieto! -
- W herbacie byś tym nie zamieszał, bo by dna kubka nie sięgnęło. Rusz że się, bo ludziom tylko śniadanie obrzydzasz -
W tym momencie na drodze staje młodzieniec z psem na smyczy i telefonem w dłoni. Orientuje się w jakim znalazł się położeniu, kiedy jego pies zaczyna ujadać na obnażonego mężczyznę, bujającego się przy murku. Oczy młodzieńca z komórką w dłoni i starszego pana z... dyfuzorem substancji płynnych w dłoni spotykają się i mężczyzna z psem udając, że niczego tutaj nie widział zaczyna powoli wycofywać się na inną część podwórka.
- Spokojnie, nie gryzie - wykrzykuje w stronę speszonego młodzieńca podlewacz roślinności i rozpoczyna proces ponownego przyodziewania wcześniej porzuconych spodni.
- Nie gryzie, bo martwe nie może ugryźć. Skończ te popisy, bo nawet pies Cię wyśmiał baranie -
- O mój rozmarynie, rozwijaj się! - zakrzykuje ponownie sąsiad i po rozwiązaniu problemu nieposłusznego paska, bierze kurs na klatkę schodową i znika widowni z oczu.
Przestanę rano otwierać okna. Moja głowa nie jest na to gotowa o tej porze.

środa, 17 października 2018

Wąż!

Spokojne popołudnie w parku. Psy biegają, dzieci okładają się patykami z psią kupą na końcu, ich matki siedzą na ławeczce i rozmawiają o szkodliwości zupek w proszku. Morświn leży u mych stóp i przygląda się kolonii mrówek, które transportują okruszki do mrowiska. Względny spokój i ciepełko.
Cisza nie może trwać jednak wiecznie. Następuje nieokreślone zburzenie spokoju. Wrzask przy krzakach, rozbiegające się latorośle, panika na ławkach. 
- Wąż! - krzyczy jedno dziecko. Drugie podłapuje histerię i także zaczyna emitować dźwięki rannej łani, patrząc z niepokojem na kolegę.
- Jaki wąż? Gdzie? - pyta matka wystraszonego chłopca, który wygląda jakby dopiero co wyszedł z pieluch.
- Tam! - dziecko wskazuje paluszkiem na pobliskie krzaki i po chwili panika udziela się już połowie parku.
Zaskroniec? Żmija? Pyton znad Wisły? Nie wiadomo, bo pędrak w histerii pokazuje rozmiary krokodyla i opisuje zatrważający wygląd Bazyliszka. Matki stawiają dzieci na ławkach, tak na wszelki wypadek. Najwidoczniej według nich węże pełzają tylko po ziemi i nie wspinają się na obiekty pionowe. Ojcowie chwytają co mają pod ręką: patyki, butelki z piciem, kijki do Nordic walking i ruszają w stronę krzaków. Dzielni opiekunowie ogniska domowego z flaszką po Bobo Frucie. Husaria w koszulkach z Kaczorem Donaldem. Zbliżają się powoli, krok za krokiem, jakby w zaroślach czaił się tygrys, lub inny dinozaur.
- Tylko po łbie go lej! - wykrzykuje żona z beczącą, oglucianą kulką histerii na ramionach. Słowa mają chyba dodać otuchy, jednak ojcowie zwalniają, jakby ich pewność siebie w walce z nieznanym zaczynała ich opuszczać.
Zostaję z Morfinem na ławce. Gotowa uciekać, gdyby ryzyko okazało się prawdziwe. Na razie jednak jestem sceptyczna i czekam na rozwój wydarzeń ze świadomością, że zdążyłabym jeszcze zmienić zdanie i ulotnić się z psem na ramionach. Węże nie są w końcu aż tak szybkie.
Wojownicy wchodzą za krzaki i dość długą chwilę nie wyłaniają się zza roślinności. Po jakimś czasie wychodzą, jeden za drugim, rozmawiając między sobą z uśmiechami na ustach. Jeden z nich podchodzi do ławki i otwiera dłoń, na której znajduje się pokaźnych rozmiarów dżdżownica.
- Twój wąż - odpowiada z uśmiechem ojciec dziecka i przybliża rękę.
Chłopiec jednak wije się bardziej niż schwytana glizdka i krzyczy, żeby zabić węża.
- To tylko robal - uspokajają się nawzajem pozostałe dzieciaki schodząc z ławek i ramion swoich rodziców i zbliżają się do różowego pytona, tańczącego breakdance na dłoni mężczyzny. 
- Nie! To jest dziecko węża. Weź go! - nie przestaje nadawać wtulony w matkę pędrak.
Ojciec zmuszony jest odłożyć potwora na trawnik i udowodnić synowi okazaniem pustych rąk, że pozbył się smoka.
Dzieci wracają do zabawy a Morfina patrzy na oddalającego się węża, jakby ujrzała wędrujący makaron i oblizuje się dopóki dżdżownica nie postanawia jednak ukryć się w ziemi.
Mogę śmiało powiedzieć, że mój pies dzielnie zniósł obecność gada w okolicy, co więcej chyba miał na niego chrapkę.

wtorek, 16 października 2018

Dziewczynka z wróbelkiem

Do poczekalni weterynaryjnej weszła dziewczynka z małym zawiniątkiem na rękach.
- Pani jest ostatnia? - spytało dziecko, mimo że siedziałam tam całkiem sama.
- Tak, teraz będę wchodzić -
- To dobrze - odpowiedziała dziewczynka i usiadła na krześle przy drzwiach. Zawiniątko okazało się być wróblem, owiniętym w chustkę. Szczerze mówiąc, ptak nie wyglądał najlepiej
- Masz wróbelka? - zagaiłam
- Znalazłam go. W ogóle się nie rusza, ale oddycha. Widzi pani? Wzięłam pieniążki ze skarbonki, pan doktor mu pomoże. Mam tylko nadzieję, że mi wystarczy -
Rozpuściła mnie tym i nie miałam serca mówić jej okrutnej prawdy, że ptaszek prawdopodobnie wcale nie poczuje się lepiej i że jest raczej w dość ciężkim stanie. Zamiast tego powiedziałam:
- Gdyby Ci zabrakło, to Ci pożyczę -
Miękka ze mnie klucha.
- Oh. Dziękuję -
Przepuściłam też dziecko w kolejce, jako że niosło nagły przypadek, a mnie się tego dnia nie spieszyło. Kiedy dziewczynka wyszła już bez wróbelka, podbiegła do mnie i powiedziała:
- Pan doktor go wziął na leczenie. Nie chciał pieniędzy, bo powiedział że dzikie zwierzęta leczy bezpłatnie, więc nie będę musiała od pani pożyczać, ale dziękuję - po czym dziewczynka radosna, że mogła nieść pomoc opuściła gabinet.
Weszliśmy z Morfiną do środka i nos psa natychmiastowo skierował się do białego pudełka po ciastkach, leżącego na parapecie. W środku znajdował się ranny ptaszek, którego widziałam przed chwilą w poczekalni. Lekarz spojrzał na mnie wymownie i wzruszył ramionami, kwitując sytuację tylko jednym słowem:
- Dzieci -
Następnego dnia, kiedy odwiedziłam gabinet, wróbelka nie było już na parapecie, mimo że jego pudełko stało w tym samym miejscu.

- Co się stało z ptaszkiem? - spytałam, kiedy weterynarz oglądał mojego psa.
- Zdechł. To było pewne już wczoraj. Jakiś kot musiał go tak paskudnie urządzić. Był praktycznie martwy już kiedy go wsadziłem do tego pudełka -
- No to dziewczynka się nie ucieszy -
- Właściwie to była tutaj dzisiaj -
- Powiedział jej pan? -
- A gdzie tam, nie jestem bez serca. Powiedziałem że wróbelek dostał leki, poczuł się lepiej i odleciał -
- Uwierzyła? Ten ptak był nieprzytomny jeszcze wczoraj, a dzisiaj już odleciał? -
- Uwierzyła, jak pokazałem jej zdjęcie wróbli na parapecie. Oczywiście to nie był ten wróbel. Ten już nigdzie nie pofrunie, ale każdy wróbel wygląda tak samo. Wkręciłem jej coś, że przylecieli po niego koledzy i gdzieś sobie wszyscy razem odlecieli -
Lekarz musiał chyba wyczytać moje zdziwienie z wyrazu twarzy bo dorzucił:
- No co? Nie mogłem jej powiedzieć, że fajnie że się starała, ale ptak nie przeżył bo takie jest życie i zwierzęta umierają każdego dnia, a ona akurat miała pecha. Trochę wrażliwości. Jeśli fakt, że pomogła wywoła w niej pozytywne wspomnienia, to jest wielce prawdopodobne, że zrobi to ponownie. Może w ten sposób kiedyś naprawdę komuś pomóc. Powiedzenie jej, że ptak zdechł i niepotrzebnie się starała przyniósłby odwrotny skutek -
I to drodzy państwo nazywamy drobnym kłamstwem dla wyższego dobra.


poniedziałek, 15 października 2018

Dzieci kukurydzy

Kiedy miałam osiem lat zostałam wysłana na wieś. Plan był taki, żeby miastowe dziecko obejrzało jak w rzeczywistości wygląda krówka, świnka, czy kurczaczek.
Miejsce do którego pojechałam było domem babci moich kuzynów. Podczas tych wakacji widziałam ją na oczy po raz pierwszy, ale na szczęście kobieta okazała się być typową babcią, która będzie wpychać w dzieci tyle jedzenia, że nie będą mogły poruszać się na swoich krótkich kończynach. Nie byłam tam też sama. Wysłano ze mną kuzynów (lat sześć i pięć), jako że to w końcu ich dziadkowie. Uchodziłam wtedy za dziecko spokojne i nie sprawiające problemów, więc pełniłam też funkcję niańki dla dwóch oszołomów wymienionych wyżej.
Podobało mi się tam. Świeże mleko, prosto od krowy, domowe pierogi, mnóstwo zwierząt, od których puchła mi twarz i wiecznie chodziłam zasmarkana... żyć nie umierać.
Pewnego dnia postanowiliśmy z kuzynami poprzeganiać z pola kukurydzy kurczaki, które notorycznie wychodziły poza zagrodę i każdego wieczoru któregoś z nich brakowało. Chcieliśmy być pomocni i zagonić wszystkie ptaki na ich miejsce, żeby dziadkowie nie byli stratni. Tak naprawdę, to nie chcieliśmy żeby zabrakło jajek do naleśników czy pierogów. To było siłą napędową naszych działań.
Nie zastanawiając się długo nad tym pomysłem przeszliśmy przez ogrodzenie i wbiegliśmy w pole kukurydzy, która przerastała nas o jakiś metr. Poszukiwania okazały się nudne, więc żeby urozmaicić sobie czas, zaczęliśmy bawić się w berka, nawołując przy tym kury, które uciekały przed nami na wszystkie strony. Szybko zorientowaliśmy się, że w pościgu zgubiliśmy najmłodszego pędraka, który nie wiadomo kiedy oddzielił się od grupy. Do tego kompletnie nie wiedzieliśmy którędy do wyjścia, ponieważ wszystkie ścieżki w środku pola z roślinami wyższymi od nas wyglądały tak samo. Zaczęliśmy nawoływać na zmianę zagubionego kuzyna, oraz dziadków w nadziei, że ktoś nas usłyszy. Każdy odgłos maszyny rolniczej był dla nas kombajnem, który na pewno tylko czyhał, żeby zmielić nas na paszę. Nie był to oczywiście czas na żniwa, ale skąd dzieci, które pierwszy raz widziały na oczy gęś, czy świnię miały o tym wiedzieć? Im dźwięk był głośniejszy, tym zapędzał nas coraz głębiej w pole, które swoją drogą było ogromne. Nie wiem jak, oraz ile czasu to zajęło, ale w końcu udało nam się w panice odnaleźć wyjście i pobiec z płaczem w stronę domu. Odnaleźliśmy dziadków i na zmianę z kuzynem staraliśmy się wytłumaczyć im, że zgubiliśmy najmłodszego i on się teraz gdzieś błąka w polu kukurydzy, zupełnie sam i pewnie zaraz go zmieli kombajn, albo zje go jakiś dziki pies, a do tego on ma uczulenie na kukurydzę, więc pewnie cały spuchnie i umrze, albo dostanie udaru, lub porwą go kosmici, a myśmy tylko chcieli zagonić kury. Z tego bełkotu starszyzna wychwyciła pewnie tylko pojedyncze wyrazy, takie jak "pole", "zgubił" i imię mojego kuzyna, lecz to wystarczyło, żeby wzięli nas za rękę, zabrali psy i poszli szukać zaginionego dziecka. Pamiętam, że spędziliśmy wtedy na poszukiwaniach trzy godziny, przeczesując pole kawałek po kawałku, a kuzyna nigdzie nie było. Do akcji zostali zaprzęgnięci sąsiedzi, jednak ani nawoływania, ani psy nie przynosiły rezultatu. Zaczęliśmy podejrzewać że kuzyn naprawdę leżał tam gdzieś nieprzytomny i dlatego się nie odzywał. Pewnie właśnie zjadały go wilki. Nie było rady, trzeba było zawiadomić policję. Przypominam, że były to czasy kiedy komórki dopiero wchodziły do użycia i wyglądały jak cegły z antenką, do tego posiadali je tylko biznesmeni i bogaci ludzie. Wróciliśmy więc całą ekipą do domu, gdzie znajdował się telefon stacjonarny. Stres jaki towarzyszył poszukiwaniom przechodził ludzkie pojęcie. W końcu to małe dziecko, a oni byli za nie odpowiedzialni. Do tego jak przekazać taką wiadomość matce?
Otworzyliśmy drzwi i ujrzeliśmy zgubę, siedzącą na kanapie, z kurą na kolanach i pałaszującą na sucho płatki śniadaniowe.
Było przytulanie, były pytania, była nierozwiązana sprawa jak wydostał się z pola i dlaczego miętosi tego kurczaka. Okazało się, że kiedy tylko kuzyn nas zgubił zerwał kolbę kukurydzy, rozsypał ziarna na ziemi i poczekał aż zbiegną się kury, po czym złapał jedną (były oswojone, dawały się podnosić) i tak, z drobiem na rękach podążał za innymi kurami, które instynktownie wiedziały że nie mogą oddalać się zbyt daleko od podwórka, ponieważ czeka je marny los. Któraś z nich w końcu powróciła do zagrody, żeby napić się wody i w ten sposób najmłodsze dziecię wydostało się z pola. Jako, że jemu też zachciało się pić poszedł do obory gdzie stała krowa, żeby napić się mleka, po czym podniósł ponownie odłożoną na chwilę kurę i przyszedł do domu, żeby pochwalić się dziadkom, jak to sam jeden złapał uciekinierkę. Nikogo nie było jednak w domu a on był głodny, więc nasypał sobie płatków i czekał aż wszyscy wrócą. Trochę smarkał od tej całej kukurydzy i był podrapany przez kurę, ale poza tym nic mu nie dolegało.
Nigdy już nie ruszyliśmy się poza teren zagrody, a w stronę pola nawet nie patrzyliśmy... dopóki któreś z nas nie usłyszało o krzakach malin za okolicznym cmentarzem. Wtedy to starszy z chłopaków wpadł do świeżego grobu i darł się wniebogłosy, że trup wciąga go pod ziemię. Z malin został tylko sok, kiedy przy wyciąganiu kuzyna zostały wbite w ziemię i porzucone w biegu do bramy.
Byłam świetną nianią, nie mam sobie nic do zarzucenia...