Etykiety

Co tu się dzieje?

Witam!
Szybkim wstępem: Morfina to moja suka (Golden Retriever), przez którą wielokrotnie jestem świadkiem sytuacji których normalnie bym nie zobaczyła. Te sytuacje są opisywane na tym właśnie blogu. Jeśli jesteś tu przypadkiem to wiedz, że bardzo zbłądziłeś.

piątek, 21 czerwca 2019

Mały psi terrorysta

Wchodzimy na psią górkę. Ja, smycz i mój narkotyk na jej drugim końcu. Czworonogi biegają, taranują się nawzajem i ślinią jeden drugiego. Spuszczam więc moje futro jako, że wszystkie psy hasają sobie wesoło na waleta bez smyczy. Podczas kiedy Morfina zapoznaje się z towarzystwem, ja stoję między innymi właścicielami. 
Świniak kroczy ze swoim maleńkim kijkiem za jakimś Owczarkiem który znalazł chyba największą kłodę w okolicy. W skrócie - psy świetnie się bawią.
Na pole wchodzi nowy obywatel czworonożnej społeczności wraz ze swoim panem, wlekącym się za nim 500 metrów dalej. Młode gniewne, którego tatusiem mógł być Jamnik, a mamusią coś kudłatego już na starcie drze paszczu na wszystko co się rusza. Psy przyglądają mu się jak zjawisku z innej planety i odskakują zaskoczone kiedy zamiast z kulturalnym powąchaniem tyłka, spotykają się z zębami i warkotem małej kosiarki.
Chcąc pokazać kto tu jest prawdziwym bossem imitacja Jamnika podbiega do Morfiny w trybie diabła tasmańskiego. Pełna furia. Moja trzydziestokilowa ciapa nie wie co robić. Patrzy na to małe, wściekłe stworzenie z góry i będąc hipisem i pacyfistą jakim jest, usiłuje merdaniem i uśmiechem przekonać wroga do przejścia na dobrą stronę mocy.
Osobisty urok suczy nie robi jednak na psiaku wrażenia i wywijając wargi po same czoło próbuje on przestraszyć przeciwnika kłami wielkości wykałaczki. To przerażające widowisko robi wrażenie tylko na Morfinie. Widzę jak mój pies kładzie się na ziemi i nie przestając merdać usiłuje uspokoić natręta, obdarowując mnie spojrzeniem pt. "Matka, to na mnie szczeka, interweniuj". Kwestią czasu jest jej pisk i chowanie się za moimi nogami, jak to ma w zwyczaju robić żeby uniknąć starcia.
- Może pan zabrać psa, albo go uspokoić? - pytam mężczyznę któremu udaje się w końcu wpakować na górkę - Terroryzuje mi sukę.
- He he he. Przecież on taki mały. To tak słodko wygląda - słyszę w odpowiedzi i już wiem, że będzie ciężko.
- No mój pies nie wygląda jakby się świetnie bawił. Proszę go zabrać.
- Przecież nic jej nie zrobi. On tak tylko doskakuje, ale nie ugryzie.
- A skąd pan wie, że moja nie ugryzie?
Mężczyzna obdarowuje mnie przeciągłym spojrzeniem niedowierzania. Fakt. Patrząc na moją fokę, która zaraz sturla się z górki na sam dół żeby tylko uwolnić się od szczekacza raczej można mieć pewność co do jej zamiarów.
- Niech pan odwoła psa, albo ja go odwołam ręcznie - mówię do człowieka o szerokim uśmiechu, ale nie brzmi to chyba przekonująco, bo mężczyzna nawet nie patrzy w moją stronę.
Morfina w tym czasie przepycha swój patyk w stronę najeźdźcy, oferując mu drobną łapówkę za pokój. Warkot tylko przybiera na sile, więc suka wstaje i unikając kontaktu wzrokowego odchodzi powoli w moją stronę, zerkając co chwila na agresora z miną mówiącą: "W domu mam trzech małych braci. Rozniosą Cię. Jesteś u mamy". 
Wychodzę ptysiowi naprzeciw i rozdzielam nogą ujadacza który przykleił się mojemu psu do ogona. Nie kopię go, a jedynie blokuję mu dalsze podążanie za Morfiną bosą stopą, odzianą tylko w japonkę. Jeśli już ktoś ma być pogryziony to lepiej żebym to była ja.
- E, co robisz? - cuci się właściciel małej kluski - Zostaw go, bo ja Twojego kopnę.
- Nie kopię go, tylko oddzielam od mojego psa - mówię powoli i wyraźnie, pokazując nogę która nawet nie dotyka warczącej kosiarki. Przez ujadanie groźnej wydry mężczyzna chyba mnie nie słyszy i widzę, że podchodzi do kręcącej się na uboczu Morfiny.
Jeśli ją tknie, czeka go dekapitacja, oraz kończyny poskładane w żurawia origami.
Ruszam w jego stronę, zostawiając na chwilę małego natręta, jednak uprzedza mnie właściciel Owczarka.
- Ej. Bierz tego swojego ujadacza, bo mój mu zaraz zrobi sajgonki z wnętrzności - mówi mężczyzna, nie wyciągając peta z ust. Tuż po tym zdaniu następuje pisk. Odwracam się. Młode gniewne jest spanikowane i trybem zająca ucieka slalomami przed warczącym Owczarkiem. Najwidoczniej nie każdego psa da się zastraszyć jak mojego. Owczarkowi włącza się tryb pogoni i wymijając inne psy namierza małą parówę, zmniejszając dzielący ich dystans. Małe nóżki jamnikowatego stworzenia nie dają rady i goniący go pies właściwie siedzi mu już na ogonie.
- Milo! Milo do mnie, szybko - nawołuje mężczyzna, odpuszczając podążanie za moim psem. Ma teraz inne zmartwienie. Milo jednak nie słyszy i w panice biegnie w kierunku przeciwnym do swojego właściciela.
- K*wa mać, zabierz tego swojego potwora. Zagryzie go przecież - wrzeszczy spanikowany mężczyzna do właściciela Owczarka.
- Przecież oni się tylko bawią. Zobacz jak słodko. On mu nic nie zrobi, on tak tylko doskakuje - dostaje w odpowiedzi i na jego twarzy maluje się histeria połączona z niedowierzaniem. Futrzany parówek drze się wniebogłosy, Owczarek już prawie trąca go nosem, a Morfina wącha się z jakiś Dalmatyńczykiem, niezainteresowana całą sytuacją.
W ostatniej chwili kiedy każdy myśli, że cała trawa zbroczona będzie krwią traktorka, właściciel Owczarka gwiżdże i wołając "Wer, zostaw, do mnie!" odwołuje psa, który niechętnie przerywa pościg, patrzy chwilę za uciekającą ofiarą i wraca truchtem do opiekuna.
- Nienormalni wszyscy jesteście! Znęcać się nad najmniejszym! Nieodpowiedzialność! - pokrzykuje właściciel uciekającego psiaka i próbuje dogonić swoje zwierzę skręcające właśnie w pełnym pędzie na drugi trawnik.
Kiedy mężczyzna znika nam z oczu, na górce ponownie robi się cicho, Wer wraca do porzuconej kłody i przechadza się z nią pomiędzy innymi psami. Nic nie warczy i nie ujada. Psy wracają do zabawy.
Teraz należy odpowiedzieć sobie na pytanie: kto tu był właściwie nieodpowiedzialny?

czwartek, 20 czerwca 2019

Paraliże nie takie złe

Środek nocy. Przynajmniej tak mi się wydaje, bo kiedy otwieram oczy w pokoju jest ciemno. Nie wiem dlaczego się obudziłam, ale mam zamiar wrócić do spania. Wszystko wygląda znajomo. Moje łóżko. Moje biurko. Moja półka na książki. Klatka.
Wszystko oprócz dziwnego, czarnego gluta siedzącego na krześle przy oknie. Początkowo wydaje mi się, że to rzucone w nieładzie ubrania, które zaspane oczy interpretują jako coś innego. Ciemna postać porusza się jednak. To nie złudzenie. Cokolwiek siedzi na moim krześle, z pewnością oddycha.
Jest całkowicie czarne. Nie odbija się od niego światło księżyca i ulicznych latarni. Wygląda jakby w pełni pochłaniało wszelkie promienie jakie do niego docierają. 
Z całą pewnością nie jest to jednak człowiek.
Chcę wstać i spytać kim jest, oraz czego chce. Odkrywam jednak, że nie mogę się ruszyć. Próbuję coś powiedzieć, ale żaden dźwięk nie opuszcza moich ust.
Czarna postać odwraca głowę w moją stronę. Nie ma oczu, ale czuję jakby mi się przyglądała. Widziałam to już wiele razy. Zaraz głowa tego czegoś otworzy się wpół, pokazując szereg ostrych jak brzytwy, pokrytych krwią zębów. Tak też się dzieje, chociaż nie do końca. Postać rozsuwa niewidzialny zamek błyskawiczny idący przez środek twarzy i ukazuje zawartość swojej czaszki. Niczego tam jednak nie ma. Żadnych kości, zębów, ani krwi. Wnętrze stwora jest puste i wygląda jak wnętrze łupiny orzecha. Ze środka tego krateru coś się wylewa, spływa po krześle i kapie na podłogę. Jakaś gęsta, ciemna maź, wyglądająca jak smoła. Maź wędruje po podłodze i ścianach. Wdrapuje się na sufit. W tym czasie stworzenie na krześle sięga po nożyczki leżące na parapecie i wbija je sobie w miejsce gdzie u człowieka znajdowałaby się klatka piersiowa. Cały czas mając otwartą połowę głowy, przekręca narzędzie wbite w "ciało" jakby używało śrubokręta. Po chwili z powstałego otworu zaczynają wypełzać pluskwy.
Wiem już co to jest. Widziałam to już wcześniej, chociaż spektakl za każdym razem jest trochę inny, a dziwny, czarny glut bywa zdeformowany i falujący. Czasem ma zęby jak brzytwy, czasem wije się po pokoju, zagląda do szczurzej klatki i na psie legowisko, po czym siada na skraju łóżka i uśmiecha się najokropniejszym uśmiechem jaki tylko można sobie wyobrazić.

Paraliż senny.

Muszę się wybudzić zanim to wszystko dotrze do mojego łóżka. Jestem w pełni świadoma co należy robić, jednak ciało nie chce odpuścić i pozostaje w bezruchu dobrych kilkanaście sekund. Po pewnym czasie odzyskuję władzę w palcach. Pluskwy znikają, smoła ze ścian wraca na podłogę, a stworzenie zanika powoli i wtapia się w krzesło. Walczę o powietrze, bo z jakiegoś powodu za każdym razem kiedy to wszystko znika okazuje się, że zapomniałam oddychać.
Obok mojej twarzy znajduje się psi pysk, chuchający na mnie gorącym powietrzem. Morfina merda ogonem i buczy, zastanawiając się pewnie o co to zamieszanie.
Zapalam światło. Pokój wygląda normalnie. Wszystko leży na swoim miejscu. W klatce trwa tryb demolki, zegarek wskazuje czwartą rano, nożyczki leżą na parapecie. Tam, gdzie je zostawiłam.
Jestem zmęczona i najchętniej jeszcze bym się położyła, ale byłby to powrót prosto do koszmaru z którego dopiero wyszłam. Podziękuję.
Zwlekam się z łóżka, wrzucam na siebie przypadkowe ubrania i maszeruję do kuchni. Kwestię spania mamy już z głowy.

Jeśli ktoś się zastanawia co się właśnie wydarzyło, to albo nigdy nie miał sennego paraliżu i nie wie co to jest, albo zjawisko było u niego na tyle słabe, że o nim zapomniał.

Ze strony medonet dowiedzieć się można, że:
"W trakcie trwania fazy REM snu następuje fizjologiczna katapleksja ciała, czyli porażenie mięśni całego ciała (z wyłączeniem mięśni oddechowych i gałek ocznych). Dzieje się tak żeby człowieka uchronić przed niekontrolowanymi ruchami, którymi mógłby zrobić sobie lub komuś krzywdę. O paraliżu sennym mówi się, gdy bezwład następuje w nieodpowiednim momencie: gwałtowne wybudzanie się z fazy REM, lub przy zasypianiu. Osoba w paraliżu jest w pełni świadoma, ale nie może się poruszyć ani nic powiedzieć. Zjawisku może towarzyszyć przyspieszone oddychanie i rytm serca, oraz omamy wzrokowe, słuchowe, lub czuciowe. Mija samoistnie w ciągu kilku sekund do kilkunastu minut."[1]
Jednym słowem - kicha.
Kiedy byłam mała, miewałam paraliże dość regularnie. Nie wiedziałam wtedy o nich nic i byłam nimi prawdziwie przerażona, ponieważ za każdym razem wydawało mi się, że umieram. Kiedy podrosłam i zdobyłam o nich wiedzę, przestały mnie nękać.
Wróciły jakiś czas temu jako objaw nacisku na naczynka i zaburzenia ciśnienia krwi. Przeszłam drobny zabieg i objawy (włącznie z paraliżami) zniknęły. 

Ostatnio widuję się z czarnym glutem dość regularnie. Po konsultacji z lekarzem (w końcu kiedy ostatni raz doświadczałam tego zjawiska konieczna była interwencja chirurgiczna) doszliśmy do wniosku, że to wina niedoboru snu, moich nieregularnych pór kładzenia się, stresu i napięcia emocjonalnego. Polecone zostało mi kładzenie się wcześnie, ośmiogodzinny tryb snu, nie korzystanie z urządzeń elektrycznych na godzinę przed położeniem się, czasowa zmiana miejsca snu, regularne posiłki, ograniczenie stresu, spacery przed snem i spożywanie ostatniego posiłku dnia najpóźniej o osiemnastej.
Brzmi jak schemat kogoś kto ma bardzo ułożone i zdrowe życie - czyli moje zupełne przeciwieństwo. Wiedząc, że rady są świetne, ale dla mnie raczej nieosiągalne, postanowiłam wypróbować kilka z nich. 
Spałam już chyba w każdym możliwym pomieszczeniu mojego mieszkania i Czarek (tak nazwałam tego czarnego gluta, bo skoro już gości u mnie w domu, to powinien mieć jakieś imię) pojawia się wszędzie. Nie można od niego uciec.
Sprawdzałam, czy pomieszczenie w którym śpię ma dostatecznie dobry przepływ powietrza i czy nie miewam bezdechów. Jadłam o osiemnastej i odkładałam wszelkie urządzenia elektroniczne na bok. Kładłam się o 23:30 (jak dla mnie środek dnia) z książką w dłoni, albo po prostu patrzyłam jak rośnie rzeżucha dopóki nie zmorzył mnie sen.
Rzeżuchę posadziłam bo zaczyna się sesja, a jak wiadomo wszystko jest lepsze od wzięcia się do nauki.
No spójcie tylko na nią...


... so cute.
Niezależnie od sposobu, nic nie mogło powstrzymać pojawiających się co jakiś czas paraliżów. Stwierdziłam, że jeśli same się pojawiły, to zapewne same znikną i postanowiłam się tym nie przejmować.
Tak, budziłam się po paru godzinach snu z wizją rozprutego Czarka, niezdolna do ruchu, ale przecież widywałam już gorsze rzeczy.

Po paraliżu nie powinno się zasypiać ponownie, ponieważ istnieje szansa, że się do niego powróci. Podobnie jest z koszmarami.
Popijając wodę zerkam na zegarek, pakuję butelkę do plecaka i zabieram psa na spacer. W końcu jakoś z chęcią snu walczyć muszę, więc równie dobrze mogę zaliczyć spacer o 4:15 rano.

Idę przed siebie i pozwalam zwierzowi wybierać trasę. Świniak zaciąga mnie w mniej uczęszczaną część miasta. O tej godzinie całe miasto jest tak naprawdę mniej uczęszczane, zwłaszcza w święto.
Kokosanka grzebie chwilę przy krzakach i wyciąga z nich pluszowego misia.


Byłabym może tym faktem zdziwiona, gdyby Morfini nos nie był radarem na smoczki i pluszaki wszelakie. Wygląda na to, że jej kolekcja powiększy się jeśli nikt nie zgłosi się po różowego niedźwiedzia.
Z pluszanką w jednej dłoni i smyczą w drugiej, maszeruję więc dalej. Nasza trasa zmierza w innym kierunku niż się spodziewałam, więc korzystając z faktu, że większość ludzi śpi jeszcze smacznie w swoich łóżkach, idziemy w odwiedziny do babci.


Na miejscu odkrywam, że wiatr zdmuchnął płomienie zniczy i poprzewracał parę rzeczy, więc ogarniam grób i opuszczam cmentarz zanim ktoś zacznie mieć pretensje za wejście na teren z psem.
Wychodząc za bramę i przechodząc obok śmietnika należącego zarówno do cmentarza, jak i mieszkańców okolicznych bloków, znajduję na ziemi kawałek zapisanego, prostokątnego plastiku. Podnoszę go. To dowód osobisty niejakiego G.L. - mężczyzny w wieku mojej mamy. Musiał wypaść mu przy wyrzucaniu śmieci, albo kiedy wracał z cmentarza. To dowód nowego typu, bez adresu zamieszkania. Spoglądam na zegarek, dochodzi siódma. Postanawiam przejść się po klatkach schodowych najbliższych bloków i odnaleźć na domofonie nazwisko z dowodu. Jeśli nie znajdę właściciela, odniosę dokument na komisariat.

Chodzimy z Morfiną od klatki do klatki, cały czas trzymając różowego misia i spoglądając na nazwiska na domofonach. Ku mojemu zaskoczeniu odnajduję właściwe nazwisko przy trzecim budynku. Dzwonię. Słuchawkę podnosi kobieta. Tłumaczę jej, że chyba znalazłam dowód osobisty kogoś z rodziny. Drzwi zostają otwarte i wchodzę do środka.
Mieszkanie otwiera starsza pani w fartuszku, która na pewno zaskoczona jest widokiem obcej kobiety z cieszącym się psem i misiem pod pachą o siódmej rano w święto. Pytam, czy mieszka tu pan G.L.
- Tak, to mój syn - odpowiada kobieta, wystraszona jakby do drzwi zapukała sama policja - On wyszedł poćwiczyć, przed chwilką dosłownie.
- Mogę prosić imiona rodziców syna? - pytam i chociaż pytanie wydaje się dziwne, muszę mieć pewność, że oddaję dowód właściwej osobie. Peselu może nie znać na pamięć, a osoba o tym samym nazwisku, z tymi samymi imionami rodziców, do tego mieszkająca w okolicy znalezienia dowodu jest praktycznie w 100% jego posiadaczem.
Kobieta podaje właściwe imiona bez zająknięcia. Oddaję jej dowód i proszę żeby skontaktowała się z synem i uświadomiła mu, że zgubił dokument i nie wpadał niepotrzebnie w panikę. Mówię, że znalazłam go koło śmietnika, więc pewnie go tam przypadkowo zgubił.
Kobieta odbiera dokument, dziękuje mi i lekko oszołomiona mówi, że musi zadzwonić do syna. Takiej wizyty się pewnie nie spodziewała.

Wracamy powoli do domu, wlekąc się noga za nogą.
Koło dziewiątej otwieram drzwi. Reszta domowników jeszcze śpi. Karmię Świniaka, produkty spożywcze w klatce i przechodzę do przyrządzenia śniadania sobie.

Można powiedzieć, że dzięki Czarkowi udało mi się zrobić dziś coś dobrego. Jedna osoba na świecie będzie miała jedno zmartwienie mniej.

Może te paraliże nie są takie złe.


[1] O paraliżu.

środa, 19 czerwca 2019

Sterylizacja vs natura

Morfina została wysterylizowana (technicznie wykastrowana) zaraz po pierwszej cieczce. Miała wtedy koło roku i postanowiliśmy zrobić to jak najszybciej, wiedząc, że nie będzie rozmnażana i nie mając ochoty na spacery ze sznureczkiem rozkochanych psów.
Likwidowaliśmy też ryzyko ropomacicza, ciąż urojonych, guzów listwy mlecznej i wielu innych. Widzieliśmy same plusy takiego zabiegu, więc nie wahaliśmy się ani przez chwilę. Ta decyzja miała ulżyć zarówno nam, jak i jej.

Dwie klatki dalej mieszkał sąsiad z dwuletnią wtedy suką Owczarka Niemieckiego. Piękny pies, nieco rozszczekany i nielubiący towarzystwa własnego gatunku, ale jednak bardzo dostojny i karny.
Właściciel suki słysząc o tym, że pozbawiliśmy naszego zwierza możliwości rozpłodu i zostania matką, nie omieszkał wypominać nam tego latami.
- Jak mogliście ją tak pociąć? - lamentował widząc sukę zaraz po zabiegu - Jak ona wygląda? Przecież ta blizna to jej zostanie. Będzie się bać weterynarzy. Po co poprawiać naturę. Przecież nie musicie rozmnażać, ale żeby od razu pod nóż? Suka sobie sama ze swoimi kobiecymi sprawami poradzi, a tak to ją upośledzicie. Nie będzie już wiedziała, że jest suką. To mnóstwo pieniędzy, lepiej za te pieniądze byście jej zabawek kupili.

Sąsiad nie był ignorantem. Nie był też starej daty. Wiedział jak należy żywić psa, czego mu nie wolno i jakie plusy niesie ze sobą kastracja. Był po prostu trochę skąpy jeśli chodzi o wydatki (on powiedziałby, że oszczędny) i uważał, że lepsze jest wrogiem dobrego, a natury nie trzeba poprawiać. 

Za każdym razem kiedy jego suka miała cieczkę zachwalał jej ciętość i to, że nie dopuszczała do siebie samców.
- I to jest pies. Ona wie sama co dla niej najlepsze. Instynkt jej podpowiada - mawiał - Instynkt którego Wasza już nie ma.
Prawda była jednak taka, że Owczarek nie akceptował żadnego psa. Niezależnie od płci.

Lata uciekały, a suki mijały się na odległość. Sąsiad co jakiś czas rzucał uwagą w stylu "Na spacer idziecie z tym swoim obojnakiem?" i życie się toczyło.
Początkowo próbowaliśmy nakłonić mężczyznę do zmiany punktu widzenia, ale widząc, że jego upartość większa jest od naszej, daliśmy spokój. Był w końcu dorosły i w pełni odpowiedzialny za swojego psa.
To była jego decyzja i kim byliśmy, by prawić mu morały?

Suka Owczarka zaczęła miewać napady niespodziewanej agresji. Potrafiła rzucać się na przechodniów. Rzadko bywała na smyczy, ponieważ do tej pory była w pełni odwoływana. To musiało się jednak zmienić po tym jak wystraszyła nie na żarty kilkunastu przypadkowych ludzi.
Właściciel twierdził, że to instynkt, że suka czuje fałsz w człowieku i rzuca się tylko do złych ludzi, których niegodziwych zamiarów my nie potrafimy wyczuć. Uważał, że ona go tylko broni przed zagrożeniem którego nie widać na pierwszy rzut oka.
Było oczywistym, że mężczyzna kocha swojego psa, ale przypisywał mu przez to cechy których zwierzę tak naprawdę nie posiadało. Tłumaczył wszystko po swojemu, nie mając w tym racji.

Jakieś trzy miesiące temu zauważyłam, że suka powłóczy na spacerze łapami. Miała problemy z załatwianiem się, przestała jeść i z pochyloną głową dyszała na trawniku, wypluwając kolejne porcje żółci.
Mężczyzna był przestraszony. Krążył wokół niej i próbował zachęcić ją do opróżnienia pęcherza. Suka była tak wymizerniała, że nie miała siły nawet ujadać na Morfinę.
- Jadę z nią dzisiaj do weterynarza. Jest taka od wczoraj. Myślałem, że czymś się zatruła, ale to nie wygląda na zatrucie. Jest cała napęczniała, może ktoś jej podrzucił trutkę. Kolejny psychol - usłyszałam kiedy podeszłam bliżej - Uważaj lepiej na swoją.

Kilka dni później spotkałam Owczarkę na spacerze. Miała na sobie ubranko pooperacyjne i kołnierz. Niechętnie stawiała kroki, ale widać było, że jest już w znacznie lepszym stanie. Jej głowa nie wisiała bezwładnie na szyi i rozglądała się dookoła. Widząc Morfinę próbowała nawet zaszczekać, ale ból z tym związany szybko odwiódł ja od tego zamiaru.
Od właściciela dowiedziałam się, że suka przeszła operację. Diagnoza - ropomacicze z postępującym wrzodzieniem i toksykacją całego organizmu. Konieczne było wycięcie macicy, jajowodów i jajników. Sąsiad musiał codziennie jeździć na dożylne antybiotyki i wlewy. W ciągu trzech dni wydał prawie 4 000 zł żeby ratować swojego psa.
- Weterynarz powiedział, że jakbyśmy ją wysterylizowali profilaktycznie to byśmy takich akcji nie mieli. Ale skąd ja mogłem, wiedzieć? Żadne z moich psów, a miałem ich już sporo, nigdy takiego numeru nie wywinęło. Musiałem się zapożyczyć - powiedział sąsiad, głaszcząc obolałą sukę.

Widziałam ich wczoraj na spacerze. Futro nie odrosło jeszcze w pełni, ale szwy zostały już zdjęte i Owczarek wrócił do zdrowia. Je, pije, bawi się z właścicielem. Do tej pory nie próbował też atakować żadnego przechodnia.
O tym, że cokolwiek działo się na przestrzeni ostatnich miesięcy świadczy tylko odrastający meszek na brzuchu.

Sąsiad wita się z nami bez tradycyjnych docinek. Teraz i on posiada sukę obojnaczą. Nie wydaje mi się jednak żeby tak to widział i żeby żałował decyzji o pozbawieniu jej "instynktu".

Ten post nie ma na celu prawienia morałów, czy chełpienia się decyzją o sterylizacji. Nie ma też na celu namawiania nikogo do podjęcia takiej decyzji.
Wiem jakie kiedyś panowały poglądy i że niektóre suki są już albo za stare, albo mają za wiele problemów zdrowotnych które stanowią przeciwwskazania do zabiegu.

Ważne jednak żeby zawsze mieć z tyłu głowy, że ciała naszych zwierząt nie są idealne, a natura nie zawsze jest sobie w stanie poradzić sama. Przyroda nie zawsze wie lepiej i czasem pozorna oszczędność niesie za sobą wiele przyszłych wydatków.
Tym razem natura musiała ustąpić medycynie. Nie zawsze jednak jest na to czas i nie zawsze są na to środki.
Czy bardziej opłaca się zapobiegać niż leczyć każdy zdecyduje jednak sam.
W zgodzie z własnym sumieniem.


wtorek, 18 czerwca 2019

Nie dyskutuj z babcią

Kiedy byłam na drugim semestrze studiów, przyjechała do nas rodzina.
Nie pamiętam już jakie to były święta, ale zjechali się w ramach jakiejś uroczystości.


Zanim przejdziemy dalej musicie coś wiedzieć. Mam ogromną rodzinę. Prawdopodobnie nie znam nawet jej wszystkich członków. Jesteśmy rozrzuceni po różnych krajach i widujemy się stosunkowo rzadko. Wśród tylu ludzi z różnych miejsc nie ma opcji, żeby wszyscy mieli jedne poglądy na życie.
Nie jest to możliwe.

Po obiedzie część rodziny posnęła, część wyszła na piwko, a część została żeby sobie poplotkować. Tak się złożyło, że głównym tematem rozmowy były moje studia. Ciotki i wujkowie pytali jakie to studia, gdzie są, co po nich będę robić i jak mi idzie - bazowe rzeczy.
Wtedy jeden z wujków starszej daty spojrzał na mnie, pokiwał z niesmakiem głową i powiedział coś w stylu:
- Ja to nie wiem jak Ty to znosisz. Tam się aż roi od czarnych i żółtków, i tych całych muzułmanów. Przecież lada dzień można wylecieć w powietrze.
Przytkało mnie. Brakowało tylko słynnego "Kobita to powinna siedzieć w domu i rodzić dzieci, a nie po uczelniach się włóczyć" do pełni stereotypu.
Część rodziny przytaknęła wujowi i poparła tę rasistowską uwagę, część nie. Jednak Ci którzy mieli przeciwne zdanie z jakiegoś powodu postanowili siedzieć cicho. Wujek był starszym człowiekiem i panowała niepisana zasada, że starszy ma zawsze rację, ponieważ przeżył znacznie więcej, ergo jest o wiele mądrzejszy.
Wujek kontynuował:
- Na moje to oni powinni wrócić do swojego kraju. Co się pchają do naszego. Tam u nich uczelni nie ma? To jest Polska dla Polaków.
- Ale część z nich urodziła się w Polsce - odparłam - Mają obywatelstwo i są Polakami. Co z tego, że mają inny kolor skóry?
Wujo spojrzał na mnie i z wyniosłością człowieka który z gówniarzami nie rozmawia odparł:
- Ty się lepiej nie kręć koło tego tałatajstwa. Można się czymś egzotycznym zarazić. Koło homosi też nie łaź. Kiedyś pedalstwo to prądem leczyli, a teraz ich na uczelnie wysyłają.
Już chciałam powiedzieć kilka niemiłych słów, za które rodzina pewnie obraziłaby się na amen, kiedy poczułam na ramieniu dłoń babci, łupiącej do tej pory orzechy. Przerwała na chwilę łamanie skorupek, uśmiechnęła się i powiedziała.
- Tadzik, ale Ty pie*dolisz bez sensu.
Nastała cisza. Ktoś zaczął krztusić się herbatą, dzieci zleciały się żeby popatrzeć dyskretnie co to za afera.
- Ania, wyrażaj się - odparł wujek i już chciał kontynuować, kiedy babcia przerwała mu uniesieniem ręki.
U nas zawsze najstarszy miał pierwszeństwo do głosu.
- Zaraz, zaraz - powiedziała babcia - Ty już powiedziałeś co chciałeś. Swoją drogą mógłbyś iść sprawdzić, czy Ci się nie chce srać, bo gówno przez Ciebie przemawia. Teraz ja mówię.
Babcia miała różne poglądy na życie. Czasem się ze mną zgadzała, czasem nie, ale zawsze słuchała argumentów drugiej strony zanim wyraziła własną opinię.
Z czasem potępiała coraz mniej zachowań i nauczyła się żyć z większą otwartością.
- Dzieciaki, weźcie sobie orzeszki - zawołała i kiedy małe gnomy porwały miskę i poszły do sąsiedniego pokoju oglądać telewizję, zaczęła mówić.
- Kiedyś też myślałam jak Ty Tadziu. Nie aż tak radykalnie, ale miałam podobne poglądy. Jak wiara to tylko Chrześcijańska. Jak Bóg, to tylko jeden. Jak rosół, to tylko z kury. Urodziłam dzieci, wychowałam je tam jakoś, potem te dzieci urodziły dzieci i okazało się, że wychowanie się zmieniło. Dziewczynki nie ubierało się już tylko w sukienki. Spodnie były wygodniejsze. Dzieci nie zmuszano do chodzenia na mszę, bo i tak się tam nudziły. Niepełnosprawnych przestało się zamykać w domu i ich wstydzić. Ludzie zaczęli wychodzić na ulicę.
Za naszych czasów nie do pomyślenia.
- Bo za naszych czasów było lepiej - wtrącił wujek. Babcia wróciła do łuskania orzechów i kontynuowała.
- Kto Ci takich pierdół naopowiadał Tadzik? To jest kwestia tego, czy wolisz mieć pieniądze i problem z dostaniem towaru, czy nie mieć pieniędzy kiedy towary leżą na półkach. Co było lepsze? To, że kobiety miały gówniane prawa i służyły tylko jako maszynki do rodzenia dzieci? To, że można je było bić, bo to mąż był głową rodziny i miał do tego prawo? Tak samo do bicia dzieci? Za rządami twardej ręki tęsknisz? Ludzie którzy używają przemocy są słabi Tadziu. Bardzo słabi. Tak samo jak Ci którym się wydaje, że są lepsi od innych bo myślą inaczej, wierzą w co innego, albo mają inny kolor. W Twojej rodzinie ktoś miał bielactwo nie?
- Kuzyn miał.
- I co? Myślisz, że to kara od Boga, czy klątwa jakaś że się taki urodził?
- To jest choroba, przecież on sobie tego nie wybrał.
- A myślisz, że ktokolwiek sobie wybiera kolor skóry z jakim się rodzi? Jakby tak było, to ja bym była niebieska. Lubię niebieski.
- Co Ty w ogóle porównujesz. On się w swoim kraju urodził i tu był. Oni przyjechali z jakiejś Afryki, czy innej Azji.
- Oj Tadzik, Ty im starszy tym mniej myślący. Ci ludzie też się tu mogli urodzić. Ich rodzice, albo dziadkowie może i przyjechali z innego kraju, ale zdaje się Ty też mieszkasz w Rosji. To się wnusia jakoś nazywa nie? Jak ktoś robi za czym sam nie jest?
- Hipokryzja - podpowiedziałam babci.
- No widzisz. Masz nowe słowo do słowniczka Tadziu. Ty też nie jesteś Rosjanin, choćbyś najpłynniej w ich języku mówił, nie? Poza tym z tego co pamiętam zanim wyjechałeś, to Rosjanie byli Twoim najgorszym wrogiem zaraz po Niemcach. 
- To co innego. Brudasy się lęgną w Twoim kraju, a Ty pozwalasz na to. Taka patriotka z Ciebie.
- O, czysty się odezwał, co się kąpie jak w dzienniku powiedzą, że trzeba. Fajnie Twojemu kuzynowi było jak go dzieciaki przezywały? Niespecjalnie chyba. Teraz sobie wyobraź, że masz tak całe życie. Wszyscy jesteśmy stworzenia Boże. Wszyscy są równi. Nasz Jezus też miał ciemniejszy kolor skóry niż Ci się wydaje. Przecież on się w Polsce nie urodził. Ja Tylko mam nadzieję Tadeusz, że Ciebie Bóg tak kiedyś surowo osądzi jak Ty teraz innych ludzi osądzasz.
- Pewnie. Pewnie, weź jeszcze tą swoją wydaj za takiego. Niech sobie urodzi takie kolorowe dziecko i niech się rozmnaża zaraza.
- Po pierwsze Tadeusz, to Ty u mnie w domu jesteś, więc przystopuj. Po drugie, to moja wnusia sobie wyjdzie za kogo będzie chciała. A to czy on będzie czarny, biały, czerwony, żółty, czy zielony to ma akurat małe znaczenie. Tak samo czy będzie miał takiego samego Boga co ja. Dobrze by było jakby był Katolik, ale jak nie będzie to już trudno. Może się da nawrócić, a może nie. Różnie bywa. 
- Bój się Boga Ania, co Ty jej do głowy nakładasz?!
- To może być nawet kobieta Tadzik. Ja to bym wolała mieć prawnuki, ale to jest jej decyzja co tam sobie upoluje i czy będzie żyć na kocią łapę, czy nie.
- Anka! 
- Bo jedni wolą rosołek z kurki, a inni z kaczuszki Tadziu. Ważne żeby się dogadywali, byli dla siebie dobrzy, żeby się kochali Tadziu. Żeby nie skończyła jak ja z takim osłem, co mi rodzice go wybrali bo "dobra partia". Żeby go tak przeczyściło po ogórkach porządnie parę razy. Jedyne co on mi dał dobrego to dzieci.
- Jak Ty możesz w ogóle mówić o czymś takim w Chrześcijańskim domu?
- Ja Ci zaraz lepsze rzeczy powiem. Ja wiem, że to wbrew kościołowi, ale powtarzać to będę zawsze. Wnusia "te sprawy" to przed ślubem. Ty nie czekaj jak ja, bo się potem okaże, że się nie dobraliście. To nie jest najważniejsze w życiu, ale jednak istotne żebyście sobie nawzajem potrafili sprawić przyjemność.
- Dość, dość. Ja tego słuchać nie mogę. Czego Ty ją uczysz do cholery?
- Życia Tadeusz, życia. Przecież ona już wie, że dzieci to nie z kapusty, czy bociana. Bez przesady.
- Ania, opamiętaj Ty się - zaczęła ciotka, podczas gdy wujek wyszedł na papierosa żeby ochłonąć, trzaskając drzwiami - Kto Ci tego do głowy nakładł. Kiedyś byś się bała nawet tak pomyśleć, a co dopiero mówić. To nie po Bożemu Ania, co Ty? To dzieci Ci takich rzeczy nakładły? Wnuki?
- Nic mnie nie nakładły. Co najwyżej uświadomiły parę rzeczy. Kiedyś też tak myślałam, ale jak sobie to przemyślałam to doszłam do wniosku, że to głupie było. Jak przyprowadzi kogoś kogo będzie kochała, ale mnie się on nie spodoba to co, wydziedziczyć mam? Z rodziny wygnać? Zmusić do ślubu z kimś innym? Przecież ona i tak zrobi jak będzie chciała, a tylko się na siebie obrazimy. Po co sobie zabierać kontakt z rodziną, no powiedz? A to takie straszne mieć w rodzinie czarnoskórego, czy muzułmanina?
- Ania, to jakbyś miała miskę i w tej misce były cukierki, i wiedziałabyś, że pięć cukierków w tej misce jest trujących. To wzięłabyś i ryzykowała, czy raczej sobie odpuściła wszystkie cukierki? Przecież nie wiadomo na kogo trafi. Może nam zło do rodziny przywlec.
- Ale ludzie to nie cukierki. Jak są trujący, to po jakimś czasie można się zorientować i odejść. Te Twoje cukierki zmieniają kolor jak są zatrute, to chyba oczywiste, że ich nie weźmiesz, nie? Widać je przecież.
- Ania, przestań. Krzywdę jej robisz.
- Nie. To mnie krzywdę zrobiono, że z zamkniętymi oczami mi kazano przez życie iść. Tobie krzywdę zrobiono, a temu nerwusowi to już w ogóle. Ja poznałam kilku jej znajomych już i to jak jeszcze w liceum była. Z zagranicy, niektórzy mieli inny kolor skóry, niektórzy mówili w innym języku i musiała mi tłumaczyć, niektórzy byli cali obkolczykowani i w dredach, że normalnie to byś nie podeszła. Wiesz jacy to mili ludzie są? Oni mnie nie rozumieli, ja ich nie rozumiałam, ale mi tapetę położyli w pokoju, łóżko przenieśli, do sklepu po zakupy poszli. Jedna dziewczyna to mi nawet ciasto przyniosła. Takie od nich, u nas się takiego nie robi. Kiedyś bym nawet kebaba nie skosztowała, bo to nie nasze, ale Ty wiesz jakie to jest pyszne? Jeszcze jak tym sosem poleją. Ja to cały ostatni tydzień jadłam dzień w dzień, aż się na wagę boję stanąć.
- Ania Ciebie przekupili. Poza tym nie znasz wszystkich, nie możesz powiedzieć, że wszyscy są dobrzy.
- Guzik, a nie przekupili. Ja bym to ciasto od tej dziewczyny mogła codziennie jeść. Jak ona się zwała?
- Natasha.
- No. Ona mięsa nie je, bo jej szkoda zwierząt. Taka dobra dziewczyna. Wy nawet części tych ludzi nie znacie, a oceniacie najwięcej. Człowiekowi się tak nie da metki przykleić i gotowe. Jak się czegoś nie zna, to się tego boi, ale jak już się pozna, to się okazuje, że wcale nie było czego się bać.
- Tadzik wraca, może już go nie denerwuj. Po co się kłócić?
- A czy ja się kłócę? Tadeusz? Wracaj tu, ja nie skończyłam.
- Ale ja skończyłem.
- To nikt Ci nie każe mówić. Słuchać będziesz. Ja się całe życia nasłuchałam pierdół. Teraz Wy się możecie nasłuchać czegoś mądrzejszego.
- I co, mam słuchać jak tu będziesz piać jacy to wszyscy dobrzy i jak dla niej każdy będzie dobry, tak?
- Nie każdy Tadeusz, a mądry. Taki co to nie tylko mówić, ale i słuchać potrafi. Ja to bym chciała żeby to był ktoś taki żeby z nim wytrzymała te wszystkie lata i się nie zastanawiała jak uciec. Żeby nawet jak będą różni, to żeby byli tacy sami. Żeby się troszczyli o siebie i sami sobie siebie wybrali, a nie z przymusu. To jaki ten ktoś będzie z zewnątrz to już mnie mało obchodzi. Ja to bym chciała żeby mnie ktoś tak powiedział jak młoda byłam, ale nikt mi nie powiedział, to teraz ja mówię. A jak zły dla niej będzie, to go do mnie przyprowadzi i lachą się go dwa razy pogłaszcze po głowie, to od razu zmądrzeje. A jak nie, to się poprawi z drugiej strony żeby równo puchło i wtedy już na pewno dotrze. Bo ja to chcę żeby moje dzieci miały lepiej niż ja miałam wiesz Tadzik? A lepiej mieć nie będą jak je będziesz takimi słowami nienawiści karmił. Bo ta nienawiść im wejdzie do ciała Tadeusz i wyjdzie w postaci takiego soczystego pierda prosto na Ciebie i w te Twoje otwarte usta, zobaczysz. Wszyscy kiedyś umrzemy i zjedzą nas robaki. Zostaną z nas same szkielety Tadzik. Takie same u każdego, tylko jedne mniejsze, a drugie większe. Po tym szkielecie nie poznasz, czy to był biały, czarny, czy gej Tadziu. Po trumnie też nie, chociaż dla mnie to XXL trzeba będzie zamówić.
Tego dnia nikt już nie podjął dyskusji o wielokulturowościach i tolerancji.

Byłam z mojej babci strasznie dumna.
To była kobieta która stanęłaby przed bramą do nieba ubrana w tęczową flagę, z petem w jednej dłoni, koniaczkiem w drugiej i poprosiła o rozmowę z szefem, bo ona by chciała negocjować warunki umowy.

Gdziekolwiek teraz jest, mam nadzieję, że ma z kim dyskutować.

poniedziałek, 17 czerwca 2019

Lab-dżungla

Studiuję. Chyba każda żywa jednostka która jest tutaj od jakiegoś czasu już o tym wie.

Co dokładnie studiuję?

Ochronę środowiska. Brzmi fajnie, lekko i przyjemnie. Kojarzy się z ekologami biegającymi za króliczkami i przypinającymi się do drzew. W mózgu wielu ludzi buduje się obraz hipisa z kwiatami we włosach i piosenką na ustach kiedy słyszą o moim kierunku.

Co moje studia mają z tym obrazem wspólnego?

Absolutnie nic.

Prawda jest taka, że Politechnika ma podział na kierunki w większości przypadków tylko żeby stworzyć pozory różnicy w systemie studiowania. To złudzenie. Materiałem różnią się tylko wydziały. Kierunki zaczynają mieć swoje przedmioty tak na drugim / trzecim semestrze. Problem polega na tym, że one tylko brzmią inaczej.

Dam Wam przykład:

Ochrona środowiska ma przedmiot który nazywa się "Zagospodarowanie odpadami i procesy ich przeróbki".
Inżynieria środowiska posiada "Techniki minimalizacji odpadów".
Energetyka - "Gospodarkę Odpadami i Recykling".
Inżynieria bezpieczeństwa za to "Unieszkodliwianie Odpadów Niebezpiecznych".

Widać do czego zmierzam? To jeden i ten sam przedmiot, tylko nazwę ma zmienioną. Dzieje się na nim z grubsza to samo i chodząc na wykłady grupy innego kierunku można spokojnie zaliczać ten przedmiot na własnym kierunku.

Coś co kryje się pod nazwą "Ochrona środowiska" jest tak naprawdę zbiorem informacji zarówno konstrukcji maszyn i urządzeń o których nie powinniśmy mieć pojęcia, jak i zagadnieniami z ekonomii, psychologii, chemii, fizyki, geologii, informatyki i wielu innych.
Najwidoczniej inżynier musi wiedzieć wszystko. Bez wyjątków.

Ten post nie jest jednak rantem na Uczelnię. Jest rantem na jedną konkretną salę laboratoryjną. 
Politechnika ma wiele pięknych i nowoczesnych sal, przystosowanych do przeprowadzania w nich testów wszelakich. Sale te są rozmieszczone w różnych budynkach. Jedne są bardzo nowoczesne, inne pamiętają jeszcze jak po ziemi stąpały mamuty, ale jedna z nich wyróżnia się z tłumu.
Sala ta jest chyba najstarszą salą jaka istnieje we wszystkich czterech budynkach i mam wrażenie, że od momentu wybudowania, nic nie zmieniło się zarówno w jej wyglądzie, jak i urządzeniu. Właściwie nie wiem dlaczego ktokolwiek ma tam jeszcze zajęcia. Samych sal jest tyle, że zawsze zostaje ich kilka wolnych.
Jest to więc kwestia przyzwyczajenia prowadzącego, albo przymuszenie nas do pracy w warunkach polowych żebyśmy mogli konstruować pompownie wód opadowych w wojennych okopach, używając tylko śliny i tuby po Pringlesach.

Od progu sali witają nas girlandy kabli, drucików i przewodów. Wiszą z sufitu jak liany w dżungli i wiją się po podłodze jak jadowite węże. 
Pierwsze zdanie prowadzącego to:
- Nie dotknijcie ich przypadkiem, bo są podpięte do bardzo ważnych urządzeń których zepsuć nie chcecie.
Challenge accepted. Pierwsza misja - nie dotykać kabli. Pewnie przez wiele z tych przewodów przepływa też prąd, więc jest to dodatkowa motywacja.
Wchodzimy do środka, odziani w fartuchy, gogle i rękawiczki, szukając wolnej przestrzeni na podłodze i manewrując między niebezpiecznym spaghetti.
Jestem pewna, że po dwóch semestrach tego skakania przez "gumę" i zabawy w "podłoga to lawa" mogłabym już startować na primabalerinę, nie ma opcji żeby mnie nie przyjęli po takich codziennych treningach jeziora łabędziego.
Dostajemy instrukcję w dłoń, profesor wskazuje gdzie szukać odczynników i które z palników są zepsute, ostrzega przed silnymi kwasami i zostajemy pozostawieni sami sobie. Każdy zabiera się do pracy w swojej sekcji i usiłując nie zabić się nawzajem w maleńkim pomieszczeniu pełnym przewodów i syczących zbiorników, tańczymy sobie wesoło jak dzieci wokół majowego słupa.
Biorę litrową zlewkę i maszeruję do wypatrzonego wcześniej kranu. Mam zdobyć dwa litry wody, ale jako, że największy pojemnik ma tylko litr, ta podróż czeka mnie dwukrotnie. Wiję się między przewodami i po dotarciu na miejsce odkręcam kurek.
Coś nie działa. Woda kapie jakby chciała, ale nie mogła. Już moje łzy mają większe ciśnienie. Odkręcam kurek mocniej, bojąc się, że za chwilę zostanie mi w dłoni. Bez zmian. W takim tempie napełnię te zbiorniki gdzieś tak za dwadzieścia lat, więc przekręcam kurek jeszcze mocniej. Słyszę stukanie w rurach i wiem już, że popełniłam błąd.
Atakuje mnie wodospad lodowatej wody. Walczę z "hydrantem" i usiłuję zakręcić kran na oślep, ponieważ przez spływające wodą gogle nie widzę nic. W tym samym czasie druga sekcja usiłuje odpalić palnik w którym gazu jest tyle, co u mnie wody w początkowym etapie jej pobierania. Teraz na brak wody nie narzekam. Jeśli za chwilę nie zakręcę kranu utoniemy wszyscy.
Udaje mi się i wycierając twarz spoglądam do zapełnionej w połowie zlewki. Gotowa na kolejny wybuch ciśnienia w rurach majstruję ostrożnie przy kraniku jak włamywacz przy pokrętle do sejfu i staram się nie wywołać Posejdona, który się gdzieś w tej konstrukcji ukrywa.
Druga sekcja dalej walczy z palnikami, zużywając drugie opakowanie zapałek.
Za chwilę będą musieli radzić sobie krzemieniem.
Została jeszcze jedna osoba, majstrująca przy dawkach kwasu i starająca się odczytać z pożółkłej etykiety jego stężenie.
Normalnie wykonalibyśmy to ćwiczenie w pół godziny. Mam jednak wrażenie, że zejdzie nam przy nim drugie tyle.
Udaje mi się zapełnić zlewkę i pozostać względnie suchą, więc wracam przeplatanką do saperki od kwasów, wymijając po drodze zespół pirotechników.
Kładę zlewkę na stole i wracam tą samą drogą. Urządzenia i komputery podpięte pod okablowanie wydają niepokojące dźwięki kiedy przypadkiem szturchnie się jakiś drucik. Twister audio wychodzi mi coraz lepiej i płynę do kraniku szybciej niż za pierwszym razem.
Gazownicy podpalają w końcu palnik i usiłują uruchomić dygestorium.
Walczę ze strumieniem i słyszę z boku niepokojące dźwięki. To nie kabelki. To dygestorium daje znać o braku ciągu.
Po otrzymaniu informacji od prowadzącego, że na całym obiekcie działa tylko jedno dygestorium - to pod oknem, zespół przenosi się ze swoją pochodnią i fiolkami na drugi koniec sali. Palnik raz gaśnie, raz się zapala, a raz służy za miotacz ognia, bo rurka od gazu jest powgniatana i wywołuje różnice przepływów. 
Jako syrenka cała pokryta wodą czuję się dość bezpiecznie, ale martwi mnie widok płomieni balansujących wokół włosów koleżanki przy kwasach. Para tańczy walca w ogniu pół metra od niej w rytm piszczących przewodów, które nucą pieśń swego ludu. Lekko kapiąca dostarczam drugi litr na miejsce. Jest mi zdecydowanie chłodniej.
Coś dymi się pod dygestorium zespołowi palaczy, a ja wyruszam na misję w poszukiwaniu wagi i spekolu, niosąc ze sobą gotowe próbki. Odnajduję urządzenie którego rok produkcji jest jednocześnie datą moim narodzin i wciskam odpowiednie guziczki. Waga w tym czasie się konfiguruje.
Coś piszczy przy oknie, a koleżanka walczy z pieniącym się kwasem.
Ja natomiast dalej czekam na konfigurację wagi.
Spektrofotometr raz pokazuje wartości ujemne, a raz dodanie jakby nie robiło mu to żadnej różnicy. Mnie natomiast robi. Z Tego powinna wyjść tylko wartość dodatnia.
Przychodzi kolej drugiego zespołu na walkę z kranem. Im też za chwilę będzie chłodniej. Koleżanka z drużyny przeżywa chyba jakiś kryzys egzystencjalny bo zaczyna mamrotać do siebie.
Ja dalej czekam na konfigurację wagi.
Przedzieram się przez kable i docieram do profesora, zgłaszając mu problem z ważeniem. Zostaję odesłana do innej sali, by tam użyć wagi. Wchodzę do sali. Jest czysto, jest spokojnie, nic nie mryga i nie wydaje z siebie dźwięków. Po ważeniu wracam do sali głównej. Połowa zespołu wygląda jakby za chwilę mieli dostać depresji, druga połowa jakby już jej dostali. Wszyscy tańczą i walczą z urządzeniami, nic się nie zmieniło. Siadam przy spekolu i usiłuję negocjować z nim prawidłowe wyniki. Ogniści odwalają spidermana przy ścianach, żeby donieść wyniki swoich wypocin na stanowisko.
Po dwóch godzinach wszyscy kończą.
Wyniki nie pokrywają się z założeniami, a wykresy właściwie nie istnieją.
Wszyscy jednak przeżyli i nikt nie stracił włosów, ani poczytalności. Można więc powiedzieć, że nie jest tak źle.
Wychodzimy z sali szczęśliwi, że to już koniec i zrozpaczeni myślą, że jutro również musimy tu wrócić.
Wszyscy czują się jak McGyver.
Waga dalej się konfiguruje i ten stan nie zmienia się również dnia następnego.

niedziela, 16 czerwca 2019

Odzienie wierzchnie to przeżytek 2 (?)

Pamiętacie post o topless panach w średnim wieku, jeżdżących komunikacją miejską?

Jeśli nie, zapraszam tutaj:


Odzienie wierzchnie to przeżytek


Jeśli tak, to mamy kontynuację (niestety).
W moim mieście trwa obecnie festyn. Na scenie na powietrzu występują wokaliści i rozstawione zostały różne atrakcje dla dzieci: dmuchane zamki, małe coastery i baseny z kulkami. Całe rodziny przychodzą na piknik i zjeść watę cukrową.
Impreza nie w moim typie, ale ludzie bawią się dobrze.
Wszystko pachnie popcornem i imitacją masła, małe gnomy drą się i haftują dopiero co pochłoniętym hot-dogiem na karuzeli, tatusiowie siedzą przy stołach i delektując się chmielowym napojem bogów rozmawiają o życiu. Ktoś na scenie produkuje się w upale, ktoś wykłóca się o zgubionego przez pociechę bucika w zamku z kulkami.
Obchodzę festyn dookoła i szukam cienia dla mojej foki na smyczy.

Wśród tłumu ubranych (mniej lub bardziej) ludzi widzę oczywiście kilku nudystów z cenzurą dolną. Jak zwykle przedział wiekowy tych ludzi to 50 +. Krążą między rodzinami z żółtym płynem w jednorazowym kubeczku i ocierają się ciałami o ludzi. Jest tłum, nie da się przejść inaczej. Widać, że jest to niekomfortowe dla otoczenia, ale przecież mr McGee ma pod pachą otoczenie. Jemu jest gorąco i w koszulce byłoby mu bardziej gorąco.
Na początku jest tylko jeden, ale jego zachowanie zachęca resztę i po chwili naliczam już trzech.
Zapytani przez kogoś czy im nie za chłodno, odpowiadają "Przecież Ty się też możesz rozebrać, kto Ci broni?".
Czwarty dziadzio zostaje powstrzymany przez jego żonę, za co jestem jej bardzo wdzięczna. Zwijam się stamtąd, zanim plaga obejmie więcej uprażonych słońcem umysłów.
Kiedy chwilę później wracamy z Morświnem do domu, zauważam jeszcze jednego jegomościa, który po obmyciu ramion w fontannie, gramoli się przez piasek na placu zabaw w drodze do klatki schodowej swojego domu.


Cenzura na klacie, bo rozmiar miseczek większy niż u niejednej kobiety.
Żeby więc panie nie dostały kompleksów a Google nie określił tego jako treści 18+ zachowujemy anonimowość tego pana... i jego biustu.
Ja naprawdę rozumiem wiele. Wiem, że jest niemiłosiernie gorąco i niektórzy źle znoszą upały. Można jednak wtedy nałożyć sobie na kark namoczony ręcznik, zainwestować w mały wiatraczek na baterie, albo wachlarzyk, zabrać z domu parasolkę, lub po prostu zostać w mieszkaniu, gdzie można biegać sobie na waleta do woli.
Zaakceptować nawet można tak luźny "strój" jeśli występuje na ławeczce przed blokiem, albo w parku gdzie nie przewija się obecnie wiele osób. Pomijając walory wizualne, nie trzeba się wtedy z człowiekiem przytulać żeby go wyminąć.

Pchanie się się jednak do autobusu, na festyn, czy do marketu gdzie jest niemiłosiernie dużo ludzi i klejenie się do nich jak naklejka jest średnio fajne.

Niestety jest coraz cieplej i trzeba będzie liczyć się z faktem, że populacja takich osobistości może się zwiększyć. 

sobota, 15 czerwca 2019

Zakaz dotykania psa

Wracam z uczelni. W jednej ręce fartuch, w drugiej próbki, na plecach miliony monet zakonserwowane w podręcznikach, z których cokolwiek zrozumieć potrafi tylko profesor.
Wychodzę zza zakrętu na ostatnią prostą, walcząc z oślepiającym słońcem i widzę na ławce moją mamę. Tuż przy niej śpi moje futrzane 30 kg miłości. Morfina najwidoczniej zmęczona upałem ucięła sobie drzemkę na matczynej stopie i znając tego psa, niemiłosiernie ją już ośliniła. 
Nie trzeba będzie wieczorem myć. 
Nie mogę powstrzymać rosnącego rogala na mojej twarzy. Prawdopodobnie każdy właściciel reaguje tak na widok swojego futrzaka, śpiącego snem niewinnych.
Rodzicielka rozmawia o czymś z kobietą siedzącą obok. Nic mi nie mówi ta twarz i raczej nigdy jej wcześniej nie widziałam. Przekładam wszystko do jednej ręki, żeby drugą móc poświęcić na mizianie mojej kokosanki. Zbliżam się do ławki, rzucam szybkie "dzień dobry", nie chcąc przeszkadzać w rozmowie i schylam się do ptysia. Morświn otwiera oczy i sennie się przeciąga. Nie ma pojęcia w jakim się teraz znajduje wymiarze, ale skoro głaszczą - znaczy, że jest w tym właściwym.
- No co za bezczelność - mówi głośniej obca mi kobieta i przez chwilę myślę, że to część dialogu, jaki prowadzi z moją mamą. Nie podsłuchiwałam, więc nie wiem o czym jest rozmowa. Jestem zajęta smyraniem psa.
Po chwili ciszy orientuję się, że coś jest nie tak i podnoszę wzrok.
Gdyby spojrzenie mogło zabijać, leżałabym trupem na tym chodniku.
- Do pani mówię, tak - rzecze kobieta. Rozglądam się niepewnie. Nie ma innej możliwości, patrzy na mnie.
- Słucham? - pytam zdezorientowana, bo pojęcia nie mam o co chodzi.
- Co? Nie wie, że się trzeba spytać najpierw czy psa można dotknąć? A jakby agresywny był? Odszkodowanie chce wyłudzić za pogryzienie? A może paluszki się znudziły? Poza tym pies śpi i może się wystraszyć jak mu tak nagle obcy podejdzie.
Jestem w lekkim szoku. Albo nie rozumiem żartu, albo kobieta mówi poważnie.
Wygląda jakby mówiła poważnie, a jej fryz na "żądam rozmowy z menadżerem" dodaje jej chyba pewności siebie, więc kontynuuje tym razem mówiąc do mojej mamy:
- Te ludzie to teraz myślą, że pies to jakieś publiczne dobro. Wszędzie te łapy pchają bez pytania.
- Ale, bo to jest... - zaczyna moja mama. 
Kobieta nie daje jej jednak dokończyć.
- Pani jej nie broni! Dorosła jest, tak ciężko spytać czy wolno? Jak mnie denerwują tacy podbiegacze. Pani nie? To pani pies.
- Tak właściwie to mojej córki...
- Ale mieszka z panią, więc jest pani. Nie denerwuje to pani?
- Tak właściwie to nie.
- To pani ma cierpliwość, naprawdę. Mnie to tak wkurza...
- To może ja już pójdę - wtrącam, w otępieniu odbierając mamie smycz.
- Masz klucze? - pyta rodzicielka, nie zamierzając mnie bronić przed atakującą.
Zapamiętam to sobie.
- Tak, mam - mówię i wchodzę z ptysiem na schody.
Grzebiąc w plecaku, wsłuchuję się w niezręczną ciszę i spoglądam dyskretnie za siebie.
- To... ale, co? Czemu pani jej psa dała? - pyta kobieta na której czole tworzy się zmarszczka tak wielka, że szparagi można sadzić.
- To moja córka właśnie.
Co dzieje się dalej nie słyszę, ponieważ znajduję klucze, otwieram drzwi i wchodzę do domu.
Mama wraca kilka minut później. Ponoć nowa sąsiadka z którą rozmawiała coś sobie nagle przypomniała i musiała już iść.
Pewnie zostawiła żelazko na gazie. 
No nic, miło było poznać troskliwą panią, która walczy o przestrzeń osobistą okolicznych psów.
Szanuję taki styl bycia.