Dzień 1
Znalazłam słoik. Stoi wysoko, na półce w kuchni. Pachnie słodko, na pewno jest w nim coś dobrego. Chcę to zjeść. Może jak wystarczająco długo skoncentruję na nim wzrok, to słoik zacznie się topić i rozpadnie. Nie zaszkodzi spróbować.
Dzień 2
Słoik się nie rozpadł, a patrzyłam na niego bardzo długo. Czas na plan B. Zacznę się ślinić i kiedy będzie już tyle śliny, że zacznę w niej pływać, to wyprze mnie ona do góry i dosięgnę do słoika. Potem zjem tę ślinę i nie będzie śladu. Jestem genialna.
Dzień 3
Plan ze śliną nie wypalił, ale tylko dlatego że ktoś co chwila wycierał podłogę. Może po prostu poproszę kogoś o ten słoik? Zacznę żebrać, zrobię smutne oczy i jakąś sztuczkę, to zawsze działa.
Dzień 4
Dostałam! Co prawda tylko łyżeczkę. Matka nazwała to miodem. Ludzie lubią wszystko nazywać i produkować nowe wyrazy. Chciałam więcej, nawet piątkę przybiłam, ale matka powiedziała, że nie bo będę za gruba. Powiedziała jeszcze, że ktoś robi się za gruby jak pochłania za dużo jedzenia. Brzmi pysznie, chcę być gruba!
Dzień 5
Pojawił się nowy słoik. Ten pachnie inaczej, ale i tak go chcę. Prośby nie działają, powiedzieli mi że to nie jest do jedzenia. Skoro nie jest do jedzenia, to dlaczego jest w słoiku? Oszukiści...
Dzień 6
Słoik zniknął! Rano był, a kiedy matka wyszła, to już go nie było. Pewnie go zabrała, żeby opychać się sama. Czasem znika na długo i zabiera ze sobą takie śmieszne, białe ubranie. Mówi, że idzie do "laboratorium". Dziwnie potem pachnie, jak płyn do podłogi. Ciekawe co to za miejsce i dlaczego nie chce zabrać mnie ze sobą. Próbowałam kiedyś wejść do jej torby, ale zmieściły się tylko łapki. Zauważyła mnie, chociaż stałam nieruchomo i w ogóle nie patrzyłam w jej kierunku. Nigdy mnie tam nie zabiera. Pewnie świetnie się tam bawią i jedzą dobre rzeczy ze słoika.
Dostałam ciastko, jak wróciła. To nie to samo co słoik, ale ciastka są smaczne. Lubię ciastka.
Dzień 7
Znalazłam dziś bułę na dworze! Pachniała smacznie i już chciałam ją zjeść, kiedy matka krzyknęła "zostaw". Zawsze krzyczy "zostaw" jak znajdę coś fajnego do jedzenia. A ja nie chcę "zostaw". Mogła powiedzieć że też chce, przecież bym się z nią podzieliła, ale ona zabrała bułę i wyrzuciła do kosza. Zupełnie dobrą bułę! Taka jest mądra i wie wszystko, a wyrzuca całkiem smaczne jedzenie.
Dzień 8
Ciekawe po co ludziom nasze kupki. Zbierają je do worków, a potem wyrzucają. Może nie znaleźli jeszcze takiej, która by ich zadowoliła? Może szukają tam ciastek. Tam nie ma ciastek, sama sprawdzałam. Próbowałam im powiedzieć, że nie ma tam ciastek, ale oni dalej zbierają te kupki. Może liczą, że coś w końcu z nich wypadnie. Pewnie mają rację.
Dzień 9
Byłam u przyjaciela w śmiesznym, białym ubraniu. Podobne matka zabiera do "laboratorium". To mój przyjaciel, bo daje mi ciastka. Dużo ciastek! Najpierw zawsze mnie ogląda, patrzy do ucha, albo nosa. Chyba czegoś tam szuka. Czasem kłuje jakimś dziwnym czymś, albo wkłada mi coś do tyłka, ale zawsze potem jest ciastko, więc niech szuka czego chce. Może coś tam zgubił. Ludzie chyba gubią wiele rzeczy. Kiedyś przyjaciel wbił mi się w łapę i popłynął taki czerwony soczek. Raz wypiłam trochę tego soczku i był całkiem smaczny, więc skoro on też chciał spróbować, to musiałam się podzielić. W końcu on też się ze mną dzieli ciastkami. Ciekawe, czy ludzie też mają w sobie taki soczek. Chyba nie, skoro muszą go pożyczać od nas.
Dostałam ciastko na drogę, przyjaciel jest fajny. Lubię go. Mam nadzieję, że kiedyś znajdzie to czego szuka.
Dzień 10
Nakarmiłam dziś tego okrągłego pieska, co jeździ po domu i robi dużo hałasu. Musi być strasznie głodny, skoro zawsze szuka czegoś na podłodze. Dałam mu kilka chrupek i szybko je zjadł. Matka chyba go głodzi, ale nie mam pojęcia dlaczego. Może dlatego ten piesek nie chce się bawić i tyle śpi. On po prostu nie ma siły. Jak znowu się obudzi dam mu ciastko, może wtedy zostaniemy przyjaciółmi. Położyłam na nim sznurek, żeby nie było mu smutno, kiedy wyjdę na spacer i on zostanie w domu sam. Sznurki są fajne, można je żuć kiedy jest nudno.
Dzień 11
Ktoś na spacerze powiedział, że jestem "brzydka". Nie wiem, co to znaczy, ale matka się roześmiała, więc to chyba dobrze. Potem była trochę wkurzona, czyli to chyba nie jest dobrze. Czasem nie rozumiem ludzi. Ludzie są skomplikowani.
Dostałam banana i matka powiedziała, że wcale nie jestem brzydka. Jeśli to słowo oznacza, że będę dostawać banany to chcę być brzydka.
Dzień 12
Matka dzisiaj przyszła strasznie smutna, a w rękach trzymała jakieś papiery. Papier często sprawia, że ludzie są smutni. Zwłaszcza kiedy przychodzi on w kopercie i przynosi go człowiek z dużą torbą. Chciałam zjeść papier, ale mi nie pozwoliła. Przyniosłam jej sznurek, potem piłeczkę, a nawet mojego pluszowego grzybka i nic! Dalej była smutna. Chciałam dać jej ciastko, ale słoik stał za wysoko. Dopiero kiedy przyniosłam skarpetkę z prania, to trochę się uśmiechnęła. Poszłam więc po drugą, ale nie mogłam jej znaleźć. Znalazłam za to but. But pasuje do skarpetki. Chyba są kolegami.
Dzień 13
Matka kroiła w kuchni kiszonego ogórka. Siłą woli i chrumkaniem chciałam zrzucić go ze stołu i raz prawie mi się udało, ale zatrzymał się na krawędzi i został przesunięty. Dostałam plasterek, kiedy skończyła. Chyba dlatego, że ładnie się śliniłam. To była naprawdę piękna kałuża ze śliny.
Dzień 14
Nie mogę biegać. Matka mi mówiła czemu, ale nie słuchałam. I tak nie rozumiem większości tych skomplikowanych słów. Po co ludziom tyle wyrazów? Dlaczego nie używać tylko tych miłych, jak "ciastko", "obiad", albo "spacer". Wiem co znaczy "siad", "łapa", "leżeć", czy "daj głos". Wszystkie sprawiają, że jeśli zrobi się jakąś czynność, ludzie dają za to ciastka. Bardzo dobre słowa. Są też złe słowa, jak "zostaw", albo "nie". Powinno się ich zakazać. Za te słowa nie dostaje się ciastek, więc po co one są? Co prawda nie mogę biegać i to źle, ale matka daje mi za to różne smaczne rzeczy schowane w zabawkach, więc to dobrze. Lubię biegać, ale ciastka lubię bardziej.
Dzień 15
Moje człowieki wyrzuciły dzisiaj całkiem dobre jajka! Pachniały inaczej, tak intensywnie. Matka mówiła coś o "salmonelli". Nie wiem co to. Chyba coś dobrego. Chciałam to jajko, ale usłyszałam tylko "nie, bo byś się pochorowała i dostała biegunki". Co to jest? Coś z bieganiem? Bieganie i coś dobrego to przecież dobry zestaw.
Wnioski:
Ludzie są dziwni. Robią za dużo słów i za mało wąchają się po tyłkach. Chyba dlatego są czasem tacy nerwowi. Wyrzucają dużo jedzenia do kosza. Może kosz też musi jeść? Jeśli tak, to je bardzo dużo. Chyba też chce być gruby. Małe ludzie są fajne, chyba bardziej rozumieją o co chodzi, niż więksi ludzie. Do tego łatwiej ich polizać po twarzy i pachną mlekiem.
Lubię ludzi i lubię ciastka. Ludzie zazwyczaj mają ciastka, więc wszystko się zgadza.
Czasem zastanawiają się, czy lepiej jest mieć ciastko, czy zjeść ciastko.
Jednak po co mieć ciastko, jeśli nie można go zjeść?
Niemądre te ludzie czasem, bardzo niemądre, ale trzeba ich kochać i dużo lizać. Wtedy oni się cieszą, chociaż nie merdają ogonami, bo ich nie mają. Chyba ktoś im zabrał. Pewnie to ten sam, co zabrał im soczek z żyłek.
Ludzie cały czas czegoś szukają, a przecież najważniejsze już mają. Mają ciastka. Chyba próbują znaleźć ich więcej.
Tak musi być. To jedyne wyjaśnienie.
Etykiety
- Bez udziału zwierzat (304)
- Legendy (8)
- Przykre (109)
- Wiara w ludzkosc (358)
- Z humorem (530)
- Zdjeciowe (58)
Co tu się dzieje?
Witam!
Szybkim wstępem: Morfina to moja suka (Golden Retriever), przez którą wielokrotnie jestem świadkiem sytuacji których normalnie bym nie zobaczyła. Te sytuacje są opisywane na tym właśnie blogu. Jeśli jesteś tu przypadkiem to wiedz, że bardzo zbłądziłeś.
niedziela, 14 października 2018
sobota, 13 października 2018
Słoik to twardy zawodnik
Jest 5:45. Budzi Cię donośny krzyk zachrypniętego mężczyzny, dobiegający z zewnątrz:
- No ciąg żesz Zenek, czemu nie ciągniesz? -
Skoro już otwarłaś oczy, postanawiasz sprawdzić co to za Zenek, co ten Zenek ciągnie, po co to ciągnie i dlaczego robi to tak głośno.
Rozsuwasz rolety, owijasz się w koc i otwierasz okno. Dźwięki zyskują na głośności i wyrazistości i słyszysz ponownie:
- Zenek kurwa, ale Ty się postaraj, bo Ty się nic nie starasz -
Za oknem, na środku lokalnego trawnika stoi jegomość z ręką w słoiku, oraz drugi, który ciągnąc za ten słoik próbuje wydobyć rękę kolegi.
Idziesz po herbatę, zapowiada się ciekawie. Kiedy wracasz widzisz, że wokół mężczyzn zgromadziła się już widownia, która buja się w rytm bicia ich serc i głośno kibicuje kolegom w walce ze słoikiem. Wszyscy zdają się być świeżo zakropieni sokiem z gumijagód, a niektórzy z nich haftują nawet tubisiowym kremem za rogiem sklepu. Siorbiesz herbatkę i widzisz, że do improwizacji "Rzepki" Juliana Tuwima dołącza jeszcze jeden aktor. Strojem i bladością twarzy pasujący raczej do roli Voldemorta z Harrego Pottera, ale w końcu to teatr improwizowany, więc przymykasz oko. Gość w płaszczu zachodzi Zenka od tyłu i już myślisz, że przedstawienie zmieni się nagle w spektakl dla dorosłych, kiedy Czarny Pan chwyta kolegę pod ramiona i ciągnie go w stronę przeciwną do kierunku ciągnięcia słoika.
- Aaa! Urwiecie mi rękę, pojebało Was? - pyta kulturalnie właściciel szklanej ręki i operacja zostaje na chwilę przerwana.
- Ej, a może by tak pokręcić? - pyta ktoś z widowni.
- Chodź tu Bogdan, pomożesz Ryśkowi, Łysy idź z drugiej strony -
Pomysł szybko zostaje zaakceptowany i już po chwili po stronie słoika staje dwóch mężczyzn, a po stronie właściciela utkniętej ręki trzech.
Gdyby ktoś się pogubił: Rysiek za słoik, Bogdan za Ryśka, Zenek za rękę, Zorro za Zenka, Łysy za Zorra, a na przyczepkę jeszcze grubasek, który jakby się tak skupił to by przeciągnął cały ten łańcuszek jedną ręką jak Hulk Thora w Ragnaroku. Pocą się, sapią, stękają srogo, ciągną i ciągną wyciągnąć nie mogą.
- To trzeba posmarować czymś tłustym - rzuca kolejna osoba z tłumu, w której głowie grają szanty
- To leć do sklepu, kup masło albo olej co tańsze Andrzej -
Andrzej wraca z margaryną i setunią czystej, bo go po drodze pragnienie złapało, a jak wiadomo dobre nawodnienie jest podstawą zdrowego życia.
Następuje namaślanie Zenka, a konkretnie jego ręki aż do pachy, bo nigdy nic nie wiadomo i po ustawieniu rozgrywających na polu, zawodnicy próbują ponownie.
Rysiek za słoik, Bogdan za Ryśka, Andrzej za Bogdana, Mietek za Andrzeja, Zenek za rękę, Zorro za Zenka, Łysy za Zorra, Gruby za Łysego i za Grubym to już nikt nie stanął bo się bał, że jak ten łańcuch runie, to żebra będą się kończyć przy udach. Pocą się, sapią, stękają srogo, ciągną i ciągną wyciągnąć nie mogą.
- Trudno, nalejesz se tam wody, kupisz welonkę i będziesz miał akwarium -
Dowcipniś po rzuceniu tego jakże innowacyjnego pomysłu milknie, ponieważ zostaje znokautowany przez uzbrojonego w słoik Zenka. Tłum rozdziela dwóch Gladiatorów i przychodzi kolej na pomysł ostateczny.
- Rozbij ten cholerny słoik -
Zenkowi dwa razy nie trzeba powtarzać. Zenek namierza wzrokiem mur i rozpędza się w jego stronę. Błąd hamowania, śliska nawierzchnia pozostała po procesie nawadniania i Zenek ląduje na murze w stylu rannego orła. Skrzydłami na boki.
Sukces, misja spełniona, jednak tak tylko w 70 %, bo części słoika znajdują się teraz w ręce Zenka, który cały zaczyna opływać ketchupem.
Ktoś wyciąga komórkę, kilka chwil później podjeżdża karetka i radiowóz. Zenek odjeżdża, panowie zostają, by podmuchać w pistolecik, części słoika leżą porozrzucane na chodniku.
Przedstawienie ma niestety luki w scenariuszu: nie dowiadujemy się jaki skarb ukryty był w słoiku, że wart był on ręki Zenka, gdzie teraz znajduje się skarb, gdzie znajduje się Zenek, co z resztą rycerzy, czy ruszyli Zenkowi na ratunek?
Taki cliffhanger oznacza tylko jedno, będzie sequel.
Mam nadzieję, że postanowią jednak przesunąć godziny tego widowiska na jakąś późniejszą porę, jeszcze trochę a zaspałabym na kluczowe wątki.
- No ciąg żesz Zenek, czemu nie ciągniesz? -
Skoro już otwarłaś oczy, postanawiasz sprawdzić co to za Zenek, co ten Zenek ciągnie, po co to ciągnie i dlaczego robi to tak głośno.
Rozsuwasz rolety, owijasz się w koc i otwierasz okno. Dźwięki zyskują na głośności i wyrazistości i słyszysz ponownie:
- Zenek kurwa, ale Ty się postaraj, bo Ty się nic nie starasz -
Za oknem, na środku lokalnego trawnika stoi jegomość z ręką w słoiku, oraz drugi, który ciągnąc za ten słoik próbuje wydobyć rękę kolegi.
Idziesz po herbatę, zapowiada się ciekawie. Kiedy wracasz widzisz, że wokół mężczyzn zgromadziła się już widownia, która buja się w rytm bicia ich serc i głośno kibicuje kolegom w walce ze słoikiem. Wszyscy zdają się być świeżo zakropieni sokiem z gumijagód, a niektórzy z nich haftują nawet tubisiowym kremem za rogiem sklepu. Siorbiesz herbatkę i widzisz, że do improwizacji "Rzepki" Juliana Tuwima dołącza jeszcze jeden aktor. Strojem i bladością twarzy pasujący raczej do roli Voldemorta z Harrego Pottera, ale w końcu to teatr improwizowany, więc przymykasz oko. Gość w płaszczu zachodzi Zenka od tyłu i już myślisz, że przedstawienie zmieni się nagle w spektakl dla dorosłych, kiedy Czarny Pan chwyta kolegę pod ramiona i ciągnie go w stronę przeciwną do kierunku ciągnięcia słoika.
- Aaa! Urwiecie mi rękę, pojebało Was? - pyta kulturalnie właściciel szklanej ręki i operacja zostaje na chwilę przerwana.
- Ej, a może by tak pokręcić? - pyta ktoś z widowni.
- Chodź tu Bogdan, pomożesz Ryśkowi, Łysy idź z drugiej strony -
Pomysł szybko zostaje zaakceptowany i już po chwili po stronie słoika staje dwóch mężczyzn, a po stronie właściciela utkniętej ręki trzech.
Gdyby ktoś się pogubił: Rysiek za słoik, Bogdan za Ryśka, Zenek za rękę, Zorro za Zenka, Łysy za Zorra, a na przyczepkę jeszcze grubasek, który jakby się tak skupił to by przeciągnął cały ten łańcuszek jedną ręką jak Hulk Thora w Ragnaroku. Pocą się, sapią, stękają srogo, ciągną i ciągną wyciągnąć nie mogą.
- To trzeba posmarować czymś tłustym - rzuca kolejna osoba z tłumu, w której głowie grają szanty
- To leć do sklepu, kup masło albo olej co tańsze Andrzej -
Andrzej wraca z margaryną i setunią czystej, bo go po drodze pragnienie złapało, a jak wiadomo dobre nawodnienie jest podstawą zdrowego życia.
Następuje namaślanie Zenka, a konkretnie jego ręki aż do pachy, bo nigdy nic nie wiadomo i po ustawieniu rozgrywających na polu, zawodnicy próbują ponownie.
Rysiek za słoik, Bogdan za Ryśka, Andrzej za Bogdana, Mietek za Andrzeja, Zenek za rękę, Zorro za Zenka, Łysy za Zorra, Gruby za Łysego i za Grubym to już nikt nie stanął bo się bał, że jak ten łańcuch runie, to żebra będą się kończyć przy udach. Pocą się, sapią, stękają srogo, ciągną i ciągną wyciągnąć nie mogą.
- Trudno, nalejesz se tam wody, kupisz welonkę i będziesz miał akwarium -
Dowcipniś po rzuceniu tego jakże innowacyjnego pomysłu milknie, ponieważ zostaje znokautowany przez uzbrojonego w słoik Zenka. Tłum rozdziela dwóch Gladiatorów i przychodzi kolej na pomysł ostateczny.
- Rozbij ten cholerny słoik -
Zenkowi dwa razy nie trzeba powtarzać. Zenek namierza wzrokiem mur i rozpędza się w jego stronę. Błąd hamowania, śliska nawierzchnia pozostała po procesie nawadniania i Zenek ląduje na murze w stylu rannego orła. Skrzydłami na boki.
Sukces, misja spełniona, jednak tak tylko w 70 %, bo części słoika znajdują się teraz w ręce Zenka, który cały zaczyna opływać ketchupem.
Ktoś wyciąga komórkę, kilka chwil później podjeżdża karetka i radiowóz. Zenek odjeżdża, panowie zostają, by podmuchać w pistolecik, części słoika leżą porozrzucane na chodniku.
Przedstawienie ma niestety luki w scenariuszu: nie dowiadujemy się jaki skarb ukryty był w słoiku, że wart był on ręki Zenka, gdzie teraz znajduje się skarb, gdzie znajduje się Zenek, co z resztą rycerzy, czy ruszyli Zenkowi na ratunek?
Taki cliffhanger oznacza tylko jedno, będzie sequel.
Mam nadzieję, że postanowią jednak przesunąć godziny tego widowiska na jakąś późniejszą porę, jeszcze trochę a zaspałabym na kluczowe wątki.
piątek, 12 października 2018
Prezentacja z angielskiego
Kiedy chodziłam jeszcze do liceum, zawsze przed świętami Bożego Narodzenia organizowane były "luźne" zajęcia, żeby nie zmuszać ludzi do ciężkiej pracy umysłowej, kiedy Ci myślami byli już przy barszczu z uszkami i makowcu. Sprowadzało się to do tego, że na polskim słuchaliśmy kolęd po hebrajsku (nie pytajcie),
na francuskim oglądaliśmy filmy, które niekoniecznie były w tematyce świątecznej, ale były po francusku więc co za różnica, na łacinie czytaliśmy o żabkach, które się nie dogadywały w stawiku, a na angielskim robiliśmy świąteczne prezentacje. Kilka slajdów w PowerPoincie, które w języku angielskim opisywały jakieś bożonarodzeniowe tradycje. Tak naprawdę prezentacja miała tematykę dowolną, grunt żeby w jakiś sposób nawiązywała do świąt i nie była zbyt długa. Pracę można było wykonywać w parach, więc ja i moja przyjaciółka stwierdziłyśmy, że we dwie pójdzie szybciej. Umówiłyśmy się u mnie w domu i po szybkiej pracy "kopiuj - wklej" na temat podstaw obchodzenia Wigilii, postanowiłyśmy nieco urozmaicić projekt, żeby nam ludzie nie posnęli jak czwarty raz z rzędu będą słyszeć o tym samym. Jako maniaczki YouTube'a przeklikałyśmy kilka filmów i znalazłyśmy się w dziwnej części serwisu. Każdy tam trafia raz na jakiś czas i zawsze dzieje się to przypadkiem.
Natrafiłyśmy na film "Surfin' Bird Christmas No.1 2010 starring Matt Whistler OFFICIAL" i z jakiegoś nieznanego mi teraz powodu, postanowiłyśmy umieścić go w prezentacji jako zakończenie z humorem.
Żebyście wiedzieli o czym w ogóle mowa, zanim przeczytacie cześć dalszą obejrzyjcie to dzieło popkultury poniżej:
Głównie filmik sprowadza się do dziwnego tańca, wykonywanego w dość oryginalnym kostiumie, w środku miasta w sezonie świątecznym. Jest świąteczne? Jest. Wpasowuje się w tematykę? Jak najbardziej, w końcu jest zima, gość ma na sobie strój Mikołaja... na Bahamach. Wszystko pasuje.
Coś, jakiś wewnętrzny głos powinien nas wtedy zatrzymać. Powinnyśmy stanąć i stwierdzić "Ej, to jest niewłaściwe, to w końcu przedmiot szkolny, tę prezentację będzie oglądać nauczycielka. Macie nasrane w głowach, przestańcie", ale zamiast tego pomyślałyśmy "Przecież każdy ma poczucie humoru, wklejaj to i jedziemy".
Kiedy nadszedł czas przedstawiania naszych wypocin, odważnie zgłosiłyśmy się jako pierwsze. Podeszłyśmy do komputera z uśmiechami na ustach, przypominając sobie jakąż to zabawną sobie wymyśliłyśmy końcówkę. Włączyłyśmy projektor, odpalił się wielki ekran z naszą prezentacją i zaczęłyśmy opowiadać. Szybko przeszłyśmy przez część merytoryczną naszego przedstawienia i zatrzymałyśmy PowerPointa na ostatnim slajdzie.
- A teraz przedstawimy Wam krótki filmik w tematyce świątecznej na rozluźnienie - stwierdziła moja przyjaciółka, po czym kliknęła "Enter". W momencie naciśnięcia przycisku, wiedziałam już że popełniłyśmy straszny błąd i że teraz już go nie naprawimy. Przepadło. Z każdą kolejną minutą coraz bardziej utwierdzałam się w tym przekonaniu i wiedziałam, że moja przyjaciółka czuła to samo. To były najdłuższe trzy minuty mojego życia. W połowie filmiku, współwinowajczyni zaczęła szturchać mnie w ramię i szeptać:
- Paulina spójrz na nich, zobacz! -
Nie musiałam jednak patrzeć. Czułam ich oskarżycielski wzrok przez skórę. Mój poziom zażenowania i wstydu rósł w zastraszającym tempie, dlatego postanowiłam wlepić wzrok w ekran monitora i nawet nie spoglądać na reakcję ludzi. Przyjaciółka szarpała mnie za rękaw, a ja twardo udawałam, że wcale tego nie czuję. Sądząc po ciszy i fakcie, że śmiała się tylko jedna jedyna dziewczyna w klasie, wzbudziłyśmy niemały szok swoim innowacyjnym pomysłem pokazania półnagiego faceta, w stroju rodem z placu Pigalle, przewijającego się przez Brighton w środku zimy, tańczącego swój piękny taniec, jakby jutra miało nie być. Wiedziałam, że filmik kiedyś się skończy i będę musiała spojrzeć w oczy tym wszystkim milczącym ludziom. Tak bardzo nie chciałam, żeby ta chwila nastąpiła. Nie mogłam uwierzyć, że kiedykolwiek dołączenie tego arcydzieła do prezentacji wydało nam się dobrym pomysłem. Modliłam się tylko, żeby w tym momencie do sali nie wszedł dyżurny albo co gorsza... dyrektorka. To dopełniłoby dzieła. Obserwatorzy milczeli, koleżanka zanosiła się śmiechem, przyjaciółka szarpała mnie za rękaw, a ja siedziałam wlepiona w monitor i zastanawiałam się, czy przeżyję próbę ucieczki oknem z drugiego piętra. Film dobiegł końca, wszystko umilkło i musiałam w końcu zmusić się do spojrzenia na publikę. To co zobaczyłam na ich twarzach i w wytrzeszczonych oczach było mieszanką strachu, szoku i niedowierzania. Zupełnie jakbyśmy wygłosiły hasło nawołujące do rebelii i obalenia rządu. Przebiegłam wzrokiem po oszołomionych twarzach i tej jednej, zapłakanej ze śmiechu, która właśnie ocierała łzy chusteczką i zatrzymałam się na nauczycielce. Pani Magister miała chyba flashbacki z Wietnamu i kiedy w końcu zorientowała się, że patrzy już na nią cała klasa, postanowiła odchrząknąć i przemówić.
- No więc... to było... a co Wy o tym myślicie? - rzuciła do klasy. Klasa jednak milczała dalej. Klasa nie chciała mieć niż wspólnego z tym co tutaj przed chwilą zaszło i szczerze mówiąc nie mogłam ich za to winić.
- To było piękne - odpowiedziała ta jedna dziewczyna, którą ten filmik rozbawił i miałam w tamtym momencie ochotę wręczyć jej bukiet róż.
- No cóż, to było na pewno... odważne. Kontrowersyjne też... to może ktoś następny z prezentacją? -
Nie trzeba mi było dwa razy powtarzać, wyciągnęłam pendrive z USB i ulotniłam się z fotela tak szybko, na ile pozwalały mi na to miękkie nogi. Przez resztę zajęć unikałam kontaktu wzrokowego właściwie z każdą osobą w klasie, włączając w to moją przyjaciółkę, której kolory zmieniały się z czerwieni w śnieżną biel. Ja zapewne wyglądałam podobnie. Nie pamiętam o czym właściwie były pozostałe prezentacje, ale jestem przekonana, że to nasza została zapamiętana najbardziej.
Rok później, w okresie przedświątecznym nie robiliśmy już prezentacji. W kolejnych latach również nie. Nauczycielka stwierdziła, że lepiej zrobi, kiedy puści nam anglojęzyczny film, na przykład Opowieść wigilijną.
Mam dziwne wrażenie, że to my przyczyniłyśmy się do zmiany koncepcji, która obowiązywała w tej szkole od lat. Może to lepiej, że nie użyłyśmy drugiego filmiku, który pierwotnie miał się pojawić w prezentacji. Chociaż teraz już sama nie wiem, czy zminimalizowałyśmy szok, czy zrobiłybyśmy to wybierając opcję drugą. Oceńcie sami, film pod spodem:
Warto poświęcić te trzy minuty na jego obejrzenie w całości, ja bawiłam się przednio widząc to pierwszy raz sześć lat temu, jak i teraz, przypominając sobie jakim byłam dziwnym uczniem.
czwartek, 11 października 2018
Goły poślad princessy
Bystrość Morfiny jest czasami zaskakująca...
Księżniczka bawiła się grzecznie w salonie w "Jak przeprowadzić operację na misiu nie niszcząc go", podczas kiedy ja czytałam książkę w drugim pokoju.
Nagle usłyszałam stukot pazurków i sekundę później pies cały w panice przybiegł do mojego pokoju.
Morfina zwykle reaguje tak w trzech sytuacjach:
1. Ktoś puszczał petardy i świnek przyszedł skryć się pod łóżkiem
2. Ktoś krzyczał na dworze i świnek przyszedł po mnie, żebym pomogła tej osobie
3. Świnek stracił mnie z oczu na sekundę, a wiedział że nie wychodziłam, więc przyszedł mnie szukać.
Jako że Morfi stała koło mnie, a jej histeria nie ustawała wykluczyłam trzecią opcję, a nie słysząc żadnych dźwięków z zewnątrz wykluczyłam też dwie poprzednie.
- Co jest Morfi? -
Puchate dziecko spojrzało na mnie wymownie i popiskując schyliło łeb do ogona. Moją pierwszą myślą było: coś ją zabolało, albo ugryzło, lub coś się stało z miejscem pooperacyjnym. Obejrzałam dokładnie udo psa i jego okolice i nie zauważyłam nic niepokojącego.
- No ale o co Ci chodzi? -
Morfina burknęła z dezaprobatą, jakby miała dość użerania się z idiotami i podsunęła mi tyłek po sam nos.
"Masz, patrz. Teraz widzisz?"
Jedyne co jednak widziałam to jej goły pośladek, na którym sierść zaczynała dopiero odrastać.
- Morfi nic tu nie masz -
Zorientowałam się, że w tym właśnie pies zauważył problem. Z połowy tyłka zniknęło futro. Na lewym udzie było gęste i puchate, a na prawym znajdował się tylko meszek.
- Ty sobie chyba żartujesz. Nie masz tam futra od trzech tygodni i zorientowałaś się dopiero teraz? -
"Gdzie jest moje futro?" Mówiły jej oczy i podsuwany w okolicę uda pysk. "Oddaj".
- Morfi miałaś operację, pamiętasz? Musieli Ci wyciąć sierść. Patrz, widzisz? Blizna -
"Guzik mnie obchodzi blizna matka, gdzie jest moje okrycie wierzchnie? Jestem taka naga!"
- Skończ panikować, odrośnie Ci -
"Ty chyba nie widzisz powagi sytuacji. Czego chcesz w zamian? Masz, masz misia, oddaj futro".
Odsunęłam podanego miśka na bok i zaczęłam się zastanawiać dlaczego właściwie przeprowadzałam tę dyskusję, przecież ona nie miała szans zrozumieć, że to czego jej teraz brakuje odrośnie za kilka miesięcy. Nie wiem jaki proces zaszedł w jej głowie, że liżąc to miejsce wielokrotnie, zorientowała się dopiero teraz że czegoś na nim brakuje, ale jej szybkość reakcji była powalająca.
"Oddaj futro, to zapomnimy o całej sytuacji... i to ciastko ze słoika w kuchni, w ramach rekompensaty".
Poszłam po banana, żeby odwrócić jej uwagę od ubytku. Owoc został pochłonięty, ale Morświnowi dalej coś nie pasowało. Odwracał się, wąchał nagie miejsce i patrzył na mnie, jakby chciał powiedzieć:
"Tam dalej nie ma futra, zrób coś. Nie mogę się tak pokazać na mieście".
Nie było rady, musiałam jakoś naprawić problem jej nagości, dopóki jej pokopany umysł nie skupił się na czymś innym. Co nastąpiło jakieś trzy minuty później.
Moim zdaniem wyszło zacnie. Muszę jednak uważać, żeby nie zauważyła dalszych ubytków w trzech pozostałych miejscach. Trzeba pozakrywać lustra. Nie mam aż tyle sztucznego futra...
Księżniczka bawiła się grzecznie w salonie w "Jak przeprowadzić operację na misiu nie niszcząc go", podczas kiedy ja czytałam książkę w drugim pokoju.
Nagle usłyszałam stukot pazurków i sekundę później pies cały w panice przybiegł do mojego pokoju.
Morfina zwykle reaguje tak w trzech sytuacjach:
1. Ktoś puszczał petardy i świnek przyszedł skryć się pod łóżkiem
2. Ktoś krzyczał na dworze i świnek przyszedł po mnie, żebym pomogła tej osobie
3. Świnek stracił mnie z oczu na sekundę, a wiedział że nie wychodziłam, więc przyszedł mnie szukać.
Jako że Morfi stała koło mnie, a jej histeria nie ustawała wykluczyłam trzecią opcję, a nie słysząc żadnych dźwięków z zewnątrz wykluczyłam też dwie poprzednie.
- Co jest Morfi? -
Puchate dziecko spojrzało na mnie wymownie i popiskując schyliło łeb do ogona. Moją pierwszą myślą było: coś ją zabolało, albo ugryzło, lub coś się stało z miejscem pooperacyjnym. Obejrzałam dokładnie udo psa i jego okolice i nie zauważyłam nic niepokojącego.
- No ale o co Ci chodzi? -
Morfina burknęła z dezaprobatą, jakby miała dość użerania się z idiotami i podsunęła mi tyłek po sam nos.
"Masz, patrz. Teraz widzisz?"
Jedyne co jednak widziałam to jej goły pośladek, na którym sierść zaczynała dopiero odrastać.
- Morfi nic tu nie masz -
Zorientowałam się, że w tym właśnie pies zauważył problem. Z połowy tyłka zniknęło futro. Na lewym udzie było gęste i puchate, a na prawym znajdował się tylko meszek.
- Ty sobie chyba żartujesz. Nie masz tam futra od trzech tygodni i zorientowałaś się dopiero teraz? -
"Gdzie jest moje futro?" Mówiły jej oczy i podsuwany w okolicę uda pysk. "Oddaj".
- Morfi miałaś operację, pamiętasz? Musieli Ci wyciąć sierść. Patrz, widzisz? Blizna -
"Guzik mnie obchodzi blizna matka, gdzie jest moje okrycie wierzchnie? Jestem taka naga!"
- Skończ panikować, odrośnie Ci -
"Ty chyba nie widzisz powagi sytuacji. Czego chcesz w zamian? Masz, masz misia, oddaj futro".
Odsunęłam podanego miśka na bok i zaczęłam się zastanawiać dlaczego właściwie przeprowadzałam tę dyskusję, przecież ona nie miała szans zrozumieć, że to czego jej teraz brakuje odrośnie za kilka miesięcy. Nie wiem jaki proces zaszedł w jej głowie, że liżąc to miejsce wielokrotnie, zorientowała się dopiero teraz że czegoś na nim brakuje, ale jej szybkość reakcji była powalająca.
"Oddaj futro, to zapomnimy o całej sytuacji... i to ciastko ze słoika w kuchni, w ramach rekompensaty".
Poszłam po banana, żeby odwrócić jej uwagę od ubytku. Owoc został pochłonięty, ale Morświnowi dalej coś nie pasowało. Odwracał się, wąchał nagie miejsce i patrzył na mnie, jakby chciał powiedzieć:
"Tam dalej nie ma futra, zrób coś. Nie mogę się tak pokazać na mieście".
Nie było rady, musiałam jakoś naprawić problem jej nagości, dopóki jej pokopany umysł nie skupił się na czymś innym. Co nastąpiło jakieś trzy minuty później.
Moim zdaniem wyszło zacnie. Muszę jednak uważać, żeby nie zauważyła dalszych ubytków w trzech pozostałych miejscach. Trzeba pozakrywać lustra. Nie mam aż tyle sztucznego futra...
środa, 10 października 2018
Jeśli ktoś Wam dokucza, zjedzcie go
Kiedy tak naprawdę powinno się przejść na dietę i zwolnić trochę pochłanianie pączków i innych schabowych?
Kiedy ludzie patrzą na Ciebie nieprzychylnie, kiedy niesiesz fast fooda?
Olać ich, kto by się przejmował opinią społeczną. Przecież zawsze znajdzie się ktoś, komu coś nie będzie w Tobie pasować. Orientacja, poglądy religijne, poglądy polityczne, kolor włosów, czy leworęczność. Jeśli jest chęć, można przyczepić się do wszystkiego.
Wyniki badań?
Tak, to jest powód. Jednak czasem Twoje wyniki badań mówią "Wszystko jest w porządku tłuścioszku", a waga odpowiada "proszę wchodzić pojedynczo".
No to może, kiedy nie mieścisz się w dawne ubrania?
Zbiegły się w praniu. Stanowczo, nie ma innej opcji. Poza tym to ubrania mają dostosować się do Ciebie, a nie Ty do ubrań.
Kiedy ktoś pyta który miesiąc, ale to tylko ciąża spożywcza?
Trochę dystansu. Najwyżej ktoś ustąpi Ci miejsca w autobusie.
Przytoczę tutaj przykład osobisty.
Kiedy moja babcia chodziła jeszcze po tej planecie, to chodziła głównie po lekarzach. Nie robiła tego z nudów, była po prostu w kiepskim stanie właściwie od kiedy pamiętam. Sporo czasu spędzała też w szpitalach. Jako, że nie mogła wychodzić, reszta rodziny (jej dzieci i wnuki) zobowiązana była do transportu wody, jedzenia, papierosków (pod tym względem babcia była niereformowalna), krzyżówek, dwójek do telewizora i wymiany piżam czy bielizny.
Przyszła moja kolej, ale jako że nie posiadałam ani samochodu, ani prawa jazdy poprosiłam bezpłatną pomoc transportową o przysługę. Mówię tutaj o mojej przyjaciółce. Spakowałyśmy co było potrzebne i obładowane jak wielbłądy pustynnego handlarza zaczęłyśmy toczyć się w stronę szpitala. Po dłuższej chwili udało nam się dotrzeć na miejsce i obie lekko zmęczone, poowijane w kurtki (środek zimy) i zasapane wtłoczyłyśmy się do windy. Wybierałyśmy się na internę, która w tym szpitalu znajdowała się na trzecim piętrze, tuż nad chirurgią i tuż pod ginekologią i oddziałem położniczym. Na pierwszym piętrze dosiadł się wysoki jegomość i widząc nas: dwie obładowane kobiety przy kości, obleczone w puchowe kurtki i z siatami wyładowanymi wodą i jedzeniem, jakby jutra miało nie być, postanowił zagadać:
- Panie na czwarte piętro? -
- Nie, na trzecie -
Mężczyzna zmierzył nas z góry do dołu i spytał:
- Na pewno? -
- Tak, na pewno -
- Skoro tak mówicie -
Pragnę w tym miejscu przypomnieć, że na czwartym piętrze znajdowało się położnictwo. Dotarło to do nas zbyt późno żeby zripostować.
Czy ktoś się przejął? Ja na pewno nie. Sytuacja była bardziej zabawna niż frustrująca.
Dlaczego właściwie podejmuję ten temat?
Już odpowiadam. W klasie mojej kuzynki, jedna z dziewczynek która notorycznie była wyzywana od grubych wielorybów, czy hipopotamów, mimo że nie miała zbyt dużej nadwagi postanowiła się głodzić. Robiła to tak dyskretnie, że rodzice nie zorientowali się dopóki trzynastolatka nie zasłabła trzy razy w ciągu jednych zajęć. Po odwiedzeniu lekarza okazało się, że to wstęp do anoreksji, a organizm dziecka jest bardzo wyniszczony. Przez miesiące żywiła się tylko głodowymi porcjami, ponieważ jacyś inteligentni inaczej koledzy z jej klasy postanowili znaleźć kozła ofiarnego i trochę się zabawić.
Ofiarą początkowo miała być moja kuzynka, ale jako że język ma bardziej cięty niż powinna, rzuciła tylko do chłopaka:
- Cóż, ja mogę schudnąć, ale Ty już nie zmądrzejesz - i sprawa została zamknięta, a koledzy musieli poszukać innej ofiary.
Także zwracam się teraz do obu płci. Dopóki nie niszczycie tym swojego organizmu i Wasze wyniki są dobre, a w swoim ciele czujecie się dobrze, nie ma co zadręczać się kompleksami.
Jeśli chcecie się odchudzać to świetnie, ale róbcie to dla siebie, żeby czuć się komfortowo, nie dlatego że komuś innemu nie podoba się Wasza aparycja.
Żeby jednak reszta świata Was zaakceptowała, najpierw musicie zaakceptować sami siebie. Nie zrozumcie mnie źle. Przesadna otyłość jest groźna dla zdrowia i życia i nie wymaga akceptacji, lecz pomocy. Jednak to, że ważysz trzy kilogramy więcej niż w zeszłym roku i zrzucisz je dopiero w lecie, bo zima to czas odkładania tłuszczyku naprawdę nie jest powodem do zmartwień. Nie przeginajmy w żadną stronę i dajmy żyć innym.
Amen.
Kiedy ludzie patrzą na Ciebie nieprzychylnie, kiedy niesiesz fast fooda?
Olać ich, kto by się przejmował opinią społeczną. Przecież zawsze znajdzie się ktoś, komu coś nie będzie w Tobie pasować. Orientacja, poglądy religijne, poglądy polityczne, kolor włosów, czy leworęczność. Jeśli jest chęć, można przyczepić się do wszystkiego.
Wyniki badań?
Tak, to jest powód. Jednak czasem Twoje wyniki badań mówią "Wszystko jest w porządku tłuścioszku", a waga odpowiada "proszę wchodzić pojedynczo".
No to może, kiedy nie mieścisz się w dawne ubrania?
Zbiegły się w praniu. Stanowczo, nie ma innej opcji. Poza tym to ubrania mają dostosować się do Ciebie, a nie Ty do ubrań.
Kiedy ktoś pyta który miesiąc, ale to tylko ciąża spożywcza?
Trochę dystansu. Najwyżej ktoś ustąpi Ci miejsca w autobusie.
Przytoczę tutaj przykład osobisty.
Kiedy moja babcia chodziła jeszcze po tej planecie, to chodziła głównie po lekarzach. Nie robiła tego z nudów, była po prostu w kiepskim stanie właściwie od kiedy pamiętam. Sporo czasu spędzała też w szpitalach. Jako, że nie mogła wychodzić, reszta rodziny (jej dzieci i wnuki) zobowiązana była do transportu wody, jedzenia, papierosków (pod tym względem babcia była niereformowalna), krzyżówek, dwójek do telewizora i wymiany piżam czy bielizny.
Przyszła moja kolej, ale jako że nie posiadałam ani samochodu, ani prawa jazdy poprosiłam bezpłatną pomoc transportową o przysługę. Mówię tutaj o mojej przyjaciółce. Spakowałyśmy co było potrzebne i obładowane jak wielbłądy pustynnego handlarza zaczęłyśmy toczyć się w stronę szpitala. Po dłuższej chwili udało nam się dotrzeć na miejsce i obie lekko zmęczone, poowijane w kurtki (środek zimy) i zasapane wtłoczyłyśmy się do windy. Wybierałyśmy się na internę, która w tym szpitalu znajdowała się na trzecim piętrze, tuż nad chirurgią i tuż pod ginekologią i oddziałem położniczym. Na pierwszym piętrze dosiadł się wysoki jegomość i widząc nas: dwie obładowane kobiety przy kości, obleczone w puchowe kurtki i z siatami wyładowanymi wodą i jedzeniem, jakby jutra miało nie być, postanowił zagadać:
- Panie na czwarte piętro? -
- Nie, na trzecie -
Mężczyzna zmierzył nas z góry do dołu i spytał:
- Na pewno? -
- Tak, na pewno -
- Skoro tak mówicie -
Pragnę w tym miejscu przypomnieć, że na czwartym piętrze znajdowało się położnictwo. Dotarło to do nas zbyt późno żeby zripostować.
Czy ktoś się przejął? Ja na pewno nie. Sytuacja była bardziej zabawna niż frustrująca.
Dlaczego właściwie podejmuję ten temat?
Już odpowiadam. W klasie mojej kuzynki, jedna z dziewczynek która notorycznie była wyzywana od grubych wielorybów, czy hipopotamów, mimo że nie miała zbyt dużej nadwagi postanowiła się głodzić. Robiła to tak dyskretnie, że rodzice nie zorientowali się dopóki trzynastolatka nie zasłabła trzy razy w ciągu jednych zajęć. Po odwiedzeniu lekarza okazało się, że to wstęp do anoreksji, a organizm dziecka jest bardzo wyniszczony. Przez miesiące żywiła się tylko głodowymi porcjami, ponieważ jacyś inteligentni inaczej koledzy z jej klasy postanowili znaleźć kozła ofiarnego i trochę się zabawić.
Ofiarą początkowo miała być moja kuzynka, ale jako że język ma bardziej cięty niż powinna, rzuciła tylko do chłopaka:
- Cóż, ja mogę schudnąć, ale Ty już nie zmądrzejesz - i sprawa została zamknięta, a koledzy musieli poszukać innej ofiary.
Także zwracam się teraz do obu płci. Dopóki nie niszczycie tym swojego organizmu i Wasze wyniki są dobre, a w swoim ciele czujecie się dobrze, nie ma co zadręczać się kompleksami.
Jeśli chcecie się odchudzać to świetnie, ale róbcie to dla siebie, żeby czuć się komfortowo, nie dlatego że komuś innemu nie podoba się Wasza aparycja.
Żeby jednak reszta świata Was zaakceptowała, najpierw musicie zaakceptować sami siebie. Nie zrozumcie mnie źle. Przesadna otyłość jest groźna dla zdrowia i życia i nie wymaga akceptacji, lecz pomocy. Jednak to, że ważysz trzy kilogramy więcej niż w zeszłym roku i zrzucisz je dopiero w lecie, bo zima to czas odkładania tłuszczyku naprawdę nie jest powodem do zmartwień. Nie przeginajmy w żadną stronę i dajmy żyć innym.
Amen.
wtorek, 9 października 2018
Wódka i kiełbasa, do budy hopsasa
Powszechną prawdą jest, że pijani ludzie miewają dziwne pomysły, ponieważ granica między brawurą, a głupotą często zaciera się po procentach.
Mój dziadek był człowiekiem, który psy tolerował tylko jeśli nie znajdowały się w polu jego widzenia. Szczerze nienawidził właściwie wszystkiego, co nie było człowiekiem i czego nie można było umieścić na talerzu. Tak było przez większość czasu, jednak ognista woda dawka 0,7 potrafiła chociaż na chwilę zmienić jego punkt widzenia. Czasem nie było to ani bezpieczne, ani rozsądne.
Zaraz po urodzeniu się mojego wujka (drugiego syna mojego dziadka) odbyła się mocno zakrapiana impreza kolejarzy, którym był wtedy mój dziadek. Zabawa zorganizowana była na wsi, było na niej mnóstwo osób i jeszcze więcej jedzenia. Na podwórku organizatora, jak to na wsi bywało stał przypięty do budy pies. Nie był to jednak zwykły pies, zwierzę było tak wielkie i zajadłe, że nikt nie był na tyle niepoważny, by zbliżać się do niego na długość łańcucha.
Pępkowe trwało już kilka godzin i większość ekipy nie była w stanie określić swojego położenia względem podłoża. Między moim dziadkiem, a jego kumplem, który póki co utrzymywał pozycję dwunożną wywiązał się taki oto dialog:
- E... a... poedzieć Ci coś? -
- No mów -
- Ale, ale chcesz wiedzieć? -
- No mów, no mnie nie powiesz? Komu powiesz jak mnie nie powiesz? -
- To ja Ci powiem. Ty jesteś naprawdę porządnym człowiekiem... ale słuchaj, bo Ci mówię, suchaj. Naprawdę, naprawdę porządny z Ciebie człowiek -
- No też Ci coś powiem... ale poczekaj, poczekaj, pomalutku. Suchaj nie ma się co spieszyć nie? No. Ty to dla mnie jak brat jesteś, ale no naprawdę, mówię Ci -
Rozmowa zakończyłaby się pewnie małżeństwem, gdyby nie fakt że obaj panowie byli żonaci. Kaskadę czułości przerwał jednak trzeci jegomość, który chwiejnym krokiem dołączył do dyskusji i rzucił w stronę mojego dziadka:
- Ej, a Ty to odważny jesteś? Jesteś odważny? -
- Ja? A kto ma syna, Ty czy ja? -
- To Twoja baba rodziła, a nie Ty -
- A kto zrobił? Ja. Mój syn -
- To jest żaden dowód, to jest fart -
- Chcesz dowód? Dać Ci dowód? Co mam zrobić? -
- Ale nie szalej, nie szalej -
- Mów cokolwiek, ja Ci... wszystko zrobię, zoaczysz -
- Słyszałem że się psów boisz, a taki niby jesteś kozak -
- Ja się psów boję? Ja? Psy to się mnie boją -
- A to wejdź o tam, do budy i zaszczekaj -
Dziadek niewiele myśląc i czując, że jego męstwo jest zagrożone zachwiał się i odpowiedział:
- A co Ty myślisz, że ja nie wejdę? Tak myślisz? To coś Ci poiem. Źle myślisz. Patrz. Patrz i się ucz -
Dziadek ruszył zamaszystym krokiem w stronę budy, jednak wiatr z północy zmienił nieco jego trajektorię i przyszły pogromca psów wylądował obok stołu. Tak konkretnie to pod nim. Dobrzy ludzie pomogli wojownikowi obrać prawidłowy kurs i po pewnych komplikacjach, składających się na krzywe podłoże i wiotkie nogi, podszedł on do warczącego psa, który obnażonymi zębami i zjeżoną sierścią wysyłał jasny komunikat: nie zbliżaj się.
Całe podwórko oglądało wtedy wyczyn i większość była zapewne naszykowana na krwawe widoki i oglądanie głowy pozbawionej twarzy. Dziadek opadł na kolana i spojrzał w oczy psu, który uznał najwyraźniej że bezpieczniej będzie się wycofać przed wariatem i uciec do budy. Warczenie dalej dobiegało z otworu i tym razem było głębsze i donioślejsze.
Dziadek obrócił się do obserwujących kumpli i krzyknął:
- Pacz i się ucz -
Po czym wcisnął się do psiej budy. Warczenie ucichło. Po chwili słychać już było tylko szczekanie... mojego dziadka, który dopełniał swego słowa. Bohater wieczoru opuścił psią budę i zbierając oklaski i wiwaty zapitej tłuszczy podszedł do stołu, by tam chełpić się swym męstwem i odwagą.
Ludzie pytali jak tego dokonał, a on odpowiadał im, że pies ma wiedzieć kto tu jest szefem.
Prawda była jednak taka, że zahaczając o stół mój dziadek zwinął kawałek kiełbasy, który ukrył w swoich ustach i w budzie wypluł go, żeby zająć czymś wściekłego psa. Zwierzę prawdopodobnie było też oszołomione zachowaniem obcego faceta, który wepchnął mu się bezczelnie do domu, ignorując instynkt samozachowawczy i wszelkie ostrzeżenia, a do tego na kilometr walił gorzelnią. Pies przyjął jednak podarek od szaleńca i łaskawie postanowił nie odgryźć mu tyłka.
Historia wydała się dopiero na kolejnym pępkowym, kiedy dziadek przyznał się do całej sytuacji. Wtedy sam zaczął zdawać sobie sprawę, że igrał tamtej nocy ze śmiercią i że ta historia mogła skończyć się bardzo źle.
Czy jednak zaprzestał praktyk popisywania się swoją głupotą przed kolegami, kiedy w krwi pływały promile?
Nie.
Kilka lat później założył się, że zdoła pocałować byka w jądra. Nie zdołał. Ludzki nos okazał się bardzo kruchy, a bycze jaja zbyt niedostępne.
Mój dziadek był człowiekiem, który psy tolerował tylko jeśli nie znajdowały się w polu jego widzenia. Szczerze nienawidził właściwie wszystkiego, co nie było człowiekiem i czego nie można było umieścić na talerzu. Tak było przez większość czasu, jednak ognista woda dawka 0,7 potrafiła chociaż na chwilę zmienić jego punkt widzenia. Czasem nie było to ani bezpieczne, ani rozsądne.
Zaraz po urodzeniu się mojego wujka (drugiego syna mojego dziadka) odbyła się mocno zakrapiana impreza kolejarzy, którym był wtedy mój dziadek. Zabawa zorganizowana była na wsi, było na niej mnóstwo osób i jeszcze więcej jedzenia. Na podwórku organizatora, jak to na wsi bywało stał przypięty do budy pies. Nie był to jednak zwykły pies, zwierzę było tak wielkie i zajadłe, że nikt nie był na tyle niepoważny, by zbliżać się do niego na długość łańcucha.
Pępkowe trwało już kilka godzin i większość ekipy nie była w stanie określić swojego położenia względem podłoża. Między moim dziadkiem, a jego kumplem, który póki co utrzymywał pozycję dwunożną wywiązał się taki oto dialog:
- E... a... poedzieć Ci coś? -
- No mów -
- Ale, ale chcesz wiedzieć? -
- No mów, no mnie nie powiesz? Komu powiesz jak mnie nie powiesz? -
- To ja Ci powiem. Ty jesteś naprawdę porządnym człowiekiem... ale słuchaj, bo Ci mówię, suchaj. Naprawdę, naprawdę porządny z Ciebie człowiek -
- No też Ci coś powiem... ale poczekaj, poczekaj, pomalutku. Suchaj nie ma się co spieszyć nie? No. Ty to dla mnie jak brat jesteś, ale no naprawdę, mówię Ci -
Rozmowa zakończyłaby się pewnie małżeństwem, gdyby nie fakt że obaj panowie byli żonaci. Kaskadę czułości przerwał jednak trzeci jegomość, który chwiejnym krokiem dołączył do dyskusji i rzucił w stronę mojego dziadka:
- Ej, a Ty to odważny jesteś? Jesteś odważny? -
- Ja? A kto ma syna, Ty czy ja? -
- To Twoja baba rodziła, a nie Ty -
- A kto zrobił? Ja. Mój syn -
- To jest żaden dowód, to jest fart -
- Chcesz dowód? Dać Ci dowód? Co mam zrobić? -
- Ale nie szalej, nie szalej -
- Mów cokolwiek, ja Ci... wszystko zrobię, zoaczysz -
- Słyszałem że się psów boisz, a taki niby jesteś kozak -
- Ja się psów boję? Ja? Psy to się mnie boją -
- A to wejdź o tam, do budy i zaszczekaj -
Dziadek niewiele myśląc i czując, że jego męstwo jest zagrożone zachwiał się i odpowiedział:
- A co Ty myślisz, że ja nie wejdę? Tak myślisz? To coś Ci poiem. Źle myślisz. Patrz. Patrz i się ucz -
Dziadek ruszył zamaszystym krokiem w stronę budy, jednak wiatr z północy zmienił nieco jego trajektorię i przyszły pogromca psów wylądował obok stołu. Tak konkretnie to pod nim. Dobrzy ludzie pomogli wojownikowi obrać prawidłowy kurs i po pewnych komplikacjach, składających się na krzywe podłoże i wiotkie nogi, podszedł on do warczącego psa, który obnażonymi zębami i zjeżoną sierścią wysyłał jasny komunikat: nie zbliżaj się.
Całe podwórko oglądało wtedy wyczyn i większość była zapewne naszykowana na krwawe widoki i oglądanie głowy pozbawionej twarzy. Dziadek opadł na kolana i spojrzał w oczy psu, który uznał najwyraźniej że bezpieczniej będzie się wycofać przed wariatem i uciec do budy. Warczenie dalej dobiegało z otworu i tym razem było głębsze i donioślejsze.
Dziadek obrócił się do obserwujących kumpli i krzyknął:
- Pacz i się ucz -
Po czym wcisnął się do psiej budy. Warczenie ucichło. Po chwili słychać już było tylko szczekanie... mojego dziadka, który dopełniał swego słowa. Bohater wieczoru opuścił psią budę i zbierając oklaski i wiwaty zapitej tłuszczy podszedł do stołu, by tam chełpić się swym męstwem i odwagą.
Ludzie pytali jak tego dokonał, a on odpowiadał im, że pies ma wiedzieć kto tu jest szefem.
Prawda była jednak taka, że zahaczając o stół mój dziadek zwinął kawałek kiełbasy, który ukrył w swoich ustach i w budzie wypluł go, żeby zająć czymś wściekłego psa. Zwierzę prawdopodobnie było też oszołomione zachowaniem obcego faceta, który wepchnął mu się bezczelnie do domu, ignorując instynkt samozachowawczy i wszelkie ostrzeżenia, a do tego na kilometr walił gorzelnią. Pies przyjął jednak podarek od szaleńca i łaskawie postanowił nie odgryźć mu tyłka.
Historia wydała się dopiero na kolejnym pępkowym, kiedy dziadek przyznał się do całej sytuacji. Wtedy sam zaczął zdawać sobie sprawę, że igrał tamtej nocy ze śmiercią i że ta historia mogła skończyć się bardzo źle.
Czy jednak zaprzestał praktyk popisywania się swoją głupotą przed kolegami, kiedy w krwi pływały promile?
Nie.
Kilka lat później założył się, że zdoła pocałować byka w jądra. Nie zdołał. Ludzki nos okazał się bardzo kruchy, a bycze jaja zbyt niedostępne.
poniedziałek, 8 października 2018
Czysta słodycz na żołędziach
Moja siostra przyszła dziś do domu z zadaniem znalezienia "darów jesieni", które składać się miały na kasztany, żołędzie, liście i szyszki. Jako, że potrzeba czysto szkolna, a wiedza to ponoć potęgi klucz, trzeba było to dobro jakoś odnaleźć i zebrać. Zadanie nieproste, gdyż młodsze pędraki ogołociły kasztanowce w momencie, kiedy pojawiły się na nich pierwsze zalążki kolczastych kulek. Tak długo molestowały i okładały kijami drzewka, aż pospadało z nich wszystko włącznie z liśćmi. Jako że siostra posiadła stanowczy zakaz schylania się, do delegacji zostałam przydzielona ja... i Morfina. Odwiedziłyśmy wszystkie okoliczne kasztanowce i dęby, ale drzewka wyglądały jak po tornadzie. Ich historia była wypisana na ogołoconych patykach i obdartej od wspinania się korze. Małe rączki potrafią być takie okrutne. Nagle... urodzaj. Wielki, stary dąb. Żołędzi było pod nim tyle, że aż chrupały pod butami. Zabrałam się do zbierania darów natury i ich czapeczek, podczas kiedy pies stał obok i kontemplował po co mi to ustrojstwo. Nie wyglądało na smaczne i dziwnie pachniało. Kiedy świnek zobaczył, że podnoszę również szyszki, które leżały nieco dalej przy choinkach, postanowił mi pomóc i przynieść kilka wymamlanych i oślinionych egzemplarzy, co by się matka cieszyła i może dała to ciastko co to je chowała w kurtce.
Proces przebierania żołędzi trwał chwilę i nieco dalej, na ścieżce zauważyłam ojca z (na oko) trzylatkiem. Szkrab przenosił sobie znalezione żołędzie na chodnik i usypywał z nich mały stosik. Mężczyzna obserwował syna, ale był bardziej pochłonięty rozmową przez telefon niż tym co właściwie robiło jego dziecko. Tymczasem chłopczyk przenosił tak po jednym żołędziu, a kiedy odkrył że ma przecież dwie rączki, przenosił po dwa. Był absolutnie uroczy w tym co robił i po każdym odłożonym żołędziu wycierał rączki o spodnie, jakby były bardzo brudne. Ojciec w oczekiwaniu na osobę po drugiej stronie telefonu, która najwidoczniej zawiesiła rozmowę, podszedł do kopczyka, który chłopiec usypał i stwierdził krytycznie:
- Ale zobacz, te są popękane, zbieraj te ładne, duże -
- Ale te są ładne - odpowiedział chłopczyk i podniósł żołędzia bliżej oczu ojca - Tu ma dziurkę, ale tu ma taki inny kolor. Taki ładny -
- Jak uważasz - odpowiedział mężczyzna i wrócił do telefonu.
Chłopczyk zbierał i zbierał, a kopczyk robił się coraz większy. Po chwili ojciec zakończył rozmowę i przywołał dziecko do siebie, żeby mogli iść już dalej.
- Już idę! - zawołał chłopiec i wybrał jednego żołędzia ze stosiku, po czym podbiegł do swojego taty i powiedział:
- Tego wezmę, ten mi się najbardziej podoba -
- Dobrze, tylko chodź już, bo mama na nas czeka -
Chłopiec wziął mężczyznę za rękę i przeszedł z nim kawałek, w drugiej rączce dzierżąc swojego wybranego żołędzia. Po chwili jednak stanął, odwrócił się, puścił rękę taty i krzyknął:
- Zapomniałbym! - po czym potruchtał do dębu tak szybko, na ile pozwalały mu małe nóżki i przytulił się do drzewa. Był tak malutki w porównaniu do rośliny, że nie objął dębu nawet w jednej dziesiątej. Chłopiec wrócił pędem do taty i spytany dlaczego to zrobił odparł:
- Podziękowałem drzewowi za żołędzia -
To przypomniało mi o tym, że dorośli w pośpiechu i pędzie dnia codziennego stają się ślepi na rzeczy, które cieszyły ich kiedy byli jeszcze małymi smykami i że dzieci mogą dostrzec piękno tam, gdzie dorosły zobaczy tylko defekt i uszkodzenie.
Może warto się czasem zatrzymać na chwilę i nazbierać żołędzi, ulepić bałwana, porzucać się śnieżkami, czy zrobić wianek ze stokrotek. Bez powodu, tylko dlatego że jeszcze możemy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
